niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 11: Bójka

Jak to możliwe?!
Grant wzruszył obojętnie ramionami, starając się nie pokazać, że wściekłość buzuje w nim niemal tak samo mocno jak w stojącym przed nim uczniu.
- Nie wiem. Nie mają znaku, wypróbowałem wszystkie zaklęcia jakie znam...
- Ja go widziałem! - Rogacz ściągnął z nosa okulary, a następnie przetarł zmęczoną twarz. - Cholera, Adam! Byłem świadkiem jak Bellatrix się nim chwaliła!
- Wierzę ci, James, ale mam związane ręce. Widać Voldemortowi zależy by ich kryć, dopóki nie skończą szkoły - z zadowoleniem zauważył, że gryfon nawet nie wzdrygnął się na dźwięk pseudonimu, który postanowił przybrać ten szaleniec. Choć przecież nie powinien być zdziwiony: chłopak był krwią z krwi Euphemii Potter.
- Nie da się zrobić czegoś innego? Veritaserum nie rozwiąże sprawy?
Grant doskonale wiedział, jak bardzo James potrzebuje tego, by ślizgoni zostali odkryci i wydani wymiarowi sprawiedliwości. Na Merlina, sam chciał tego równie mocno, ale co z tego, skoro Ministerstwo hamowało każdy jego ruch?
- Nie możemy tak po prostu podać uczniom eliksiru prawdy bez uprzednich dowodów – pokręcił głową. - Takie jest prawo.
- Prawo jest głupie - burknął chłopak w odpowiedzi, siadając na parapecie. Wbił spojrzenie w widok za oknem, wyraźnie zastanawiając się nad kolejnym krokiem. - A moje słowo? To nie żaden dowód?
- Niestety - Grant uznał, że wieczorem zdecydowanie musi się napić czegoś mocniejszego. - Słowo przeciwko słowu. Tym bardziej twoje może zostać uznane za nieobiektywne w tej sytuacji. Niemal każdy uczeń potwierdzi, że nie jesteś największym fanem Lestrange'a.
- Cholera...- James przymknął oczy, opierając głowę o ścianę. Nie tego się spodziewał, zdecydowanie. Liczył, że sprawa szybko się rozwiąże, że udało mu się już teraz zrobić coś dobrego. A teraz okazuje się, że to wcale nie jest takie łatwe. Merlinie, kiedy w końcu będzie mógł walczyć?
- Będę ich obserwować - obiecał Adam, chwytając leżące na biurku wypracowania. - Zapewne teraz, gdy wiedzą, że węszę, będą bardziej ostrożni, jednak potrzebuję tylko małego potknięcia. A ono nastąpi, prędzej czy później - podszedł do ulubionego ucznia i położył dłoń na jego ramieniu. - Zrobię wszystko co w mojej mocy.
- Wiem.
- Muszę zacząć lekcję.
Jednym machnięciem różdżki otworzył drzwi, a klasa zapełniła się radosnym szczebiotem szóstoklasistów. James niechętnie zszedł z parapetu i podszedł do reszty Huncwotów, którzy jak zwykle wymieniali tajemnicze szepty.
- Połączcie się w pary i ustawcie jak zawsze - zawołał nauczyciel, skupiając na sobie uwagę wszystkich obecnych. - Na początek szybkie przypomnienie ostatnich zajęć. Vance - zwrócił się do uroczej blond krukonki. - Spróbuj rzucić na mnie retinaculum, a następnie...
Drzwi otworzyły się z hukiem i wpadły przez nie dwie gryfonki, zarumienione i widocznie zdyszane. Grant z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.
- Pollard, Evans. Szybko na miejsca.
Obie posłały mu przepraszające uśmiechy i ustawiły się naprzeciwko siebie, w pozycji do pojedynku, podobnie jak wszyscy pozostali.
Po dziesięciu minutach, kiedy Pettigrew niemal przypalił mu włosy, zorientował się, że nie potrafi się skupić. Myśli przelatywały przez jego głowę jak szalone i przekrzykiwały się wzajemnie, próbując ściągnąć na siebie jego uwagę. Sheffield, ślizgoni, śmierć Freddiego...Zazwyczaj nie miał problemu z wyciszeniem się i skupieniu na tym co najważniejsze: przetrwaniu oraz walce. Jednak dzisiaj czuł się zupełnie tak, jakby jego głowa żyła własnym życiem. Nie podobało mu się to.
Burknął w stronę uczniów jakieś polecenie, a sam zajął miejsce za biurkiem, jedynym stołem, który pozostawił w klasie. Odchylił głowę do tyłu, przymykając oczy i powoli licząc swoje oddechy. Jeden, dwa, trzy, cztery...
Melodyjny śmiech przebił się przez głosy wszystkich szóstoklasistów i sprawił, że auror poczuł się jeszcze gorzej sam ze sobą. Jakby nie miał wystarczająco dużo problemów!
Przez parę ostatnich dni skutecznie udawało mu się unikać Cathy, jednak doskonale wiedział, że nie będzie mógł wiecznie przed nią uciekać. Kto by w ogóle pomyślał, że on, Adam Grant, wielki auror, zdobywca orderów Merlina i bohater większości szkolnych opowieści, będzie chował się przed arogancką uczennicą? To brzmiało abstrakcyjnie. A jednak od tego wieczoru w barze, podczas którego przecież do niczego nie doszło, nie mógł spokojnie patrzeć w jej stronę. Tak nie powinno być. Do cholery, był nauczycielem, a ona zauroczoną nim uczennicą. Tylko, że teraz to on zachowywał się jak szesnastoletni szczeniak...
- W porządku! - zawołał nagle, odwracając się w stronę nastolatków. - Na dzisiaj koniec, macie wolne.
Byli widocznie zaskoczeni, ale nie na tyle głupi, żeby dyskutować. Szybko pozbierali swoje torby i minutę później w klasie pozostał już tylko Potter. No oczywiście.
- James, powiedziałem ci już wszystko co...
- A jakbym to ja podał im veritaserum? - chłopak szybko wciął mu się w zdanie.
- To nie jest eliksir, który tak po prostu możesz sobie podać. Wyrzucili by cię ze szkoły.
Udało mu się trochę ostudzić zapał gryfona, który w końcu pokręcił zdecydowanie głową.
- Nie, ja nie zamierzam tego zostawić. Zobaczysz, że prędzej czy później wpadnę na jakiś pomysł.
Adam nie miałby nic przeciwko „prędzej". James zrobił jakiś nieokreślony ruch ręką, prawdopodobnie mający oznaczać pożegnanie i wyszedł z klasy, nareszcie pozostawiając go samego.
Nie na długo.
- Zostawiłam torbę - Cathy pojawiła się w progu, uśmiechając się uroczo, jak zawsze. Miał ochotę uderzyć samego siebie, a następnie zrzucić z wierzy. Czy ona nigdy się nie poddawała? Powoli przeszła do miejsca, w którym leżały jej rzeczy, a Adam uznał nagle, że wypracowania leżące na biurku są wyjątkowo interesujące. Mógł się jednak spodziewać, że na samym zakłóceniu jego spokoju się nie skończy.
- Pogadamy?
Podniósł na nią spojrzenie, udając uprzejmie zaskoczonego. Przecież nie mieli o czym. Prawda?
- Tak? Nie zrozumiałaś czegoś na zajęciach? Coś ci wyjaśnić?
Przewróciła oczami, jednak jej dłoń mocniej zacisnęła się na pasku torby, uświadamiając go, że brunetka wcale nie była tak pewna siebie i spokojna, na jaką pozowała.
- Nie chodzi mi o lekcje.
- W takim razie nie wiem o czym moglibyśmy rozmawiać - wzruszył ramionami. - Jedyną rzeczą, z którą mogę ci pomóc jest praca domowa. Nic innego.
Zdawał sobie sprawę, że jego głos jest trochę za ostry, ale ciężkie sytuacje wymagały ciężkich rozwiązań. A przynajmniej tak sądził, dopóki nie zobaczył autentycznego żalu w jej zazwyczaj roziskrzonych radością oczach. Cholera...Natychmiast poczuł ochotę by odwołać każde złe słowo kiedykolwiek wypowiedziane w jej kierunku.
- Jasne - uniosła dumnie podbródek do góry, widać nie zamierzając pokazać po sobie jak bardzo ją uraził. - Wiem, że wczoraj był pogrzeb Freddiego Hamiltona. Chciałam tylko zapytać jak się czujesz i...- prychnęła lekko, przerywając swoją myśl. Pokręciła głową z rezygnacją. - Nieważne. W końcu muszę iść odrobić lekcje, prawda?
Było jej ładnie z sarkazmem. Na tyle ładnie, że Adam nie mógł odwrócić wzroku, dopóki z hukiem nie zatrzasnęła za sobą drzwi.


- James kiepsko wygląda.
- Tak samo jak zawsze - odburknęła Lily, nawet nie podnosząc wzroku znad podręcznika. Zachowywała się jak dziecko, owszem. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Rozumiała, że James krzyknął na nią w złości oraz trosce o Sophie, no i na Merlina...to był tylko krzyk. Nic strasznego, prawda? Prawda. Ale ona nadal nie mogła patrzeć na niego bez żalu.
Cathy miała jednak rację, przyznała, nie mogąc powstrzymać się od zerknięcia w kierunku chłopaka. Był bledszy niż zwykle, a jeśli chodziło o cienie pod oczami, mógł spokojnie stanąć do konkursu z Remusem. Leżał na ławce, widocznie zmęczony i niezainteresowany lekcją, myślami bujając w przestworzach. Martwił się i wyglądał jakby nie spał od kilku dni.
Na ten widok rudowłosa poczuła przypływ smutku oraz współczucia, które jednak bardzo szybko postanowiła w sobie zdusić. Przecież nie chciał jej pomocy, wyraził to dość jasno, gdy tak szybko biegł w kierunku zamku.
- Nie bądź zazdrosna - Pollard przewróciła oczami, a Lily niemal spadła z krzesła.
- Słucham? Ja zazdrosna? - pokręciła głową. - I to o Pottera? Nigdy w życiu. Po prostu nie podoba mi się, że gdy tylko ta dziewczyna pojawia się w zasięgu wzroku, on nagle zupełnie traci głowę!
Cathy posłała w jej stronę powątpiewające spojrzenie, jednak postanowiła tego nie komentować, co z kolei szybko wykorzystała Rudowłosa, zmieniając temat.
- Co z Grantem?
- Nico.
- Cathy...
Dziewczyna burknęła coś niezrozumiałego, nagle wybitnie zainteresowana lekcją, więc Rudowłosa postanowiła odpuścić i słusznie, bo po paru chwilach przyjaciółka sama pękła.
- Nie rozumiem go - szepnęła, kręcąc głową. - Jest taki skomplikowany!
- Sytuacja jest skomplikowana - Lily przewróciła oczami. - Zabujałaś się w nauczycielu, Cath. Nauczycielu!
- Nie - brunetka stanowczo zaprzeczyła. - Zabujałam się w świetnym facecie, który jest inteligentny, odważny i troskliwy. Który ma w sobie taką pasję do swojej pracy, jak Potter do quidditcha! Albo do ciebie...
- Stop - Ruda posłała jej złowrogie spojrzenie, więc szybko się wycofała.
- Nieważne. Chodzi o to, że mnie frustruje. Rozmawia nam się świetnie, a potem nagle jakby coś mu się uruchamia i zaczyna rzucać tym swoim „jesteś uczennicą, Pollard", przez co mam ochotę zrzucić go z wieży.
- Tyle, że takie są fakty - jęknęła Evans, czując się rozdarta między szczerością a chęcią wsparcia przyjaciółki. - Wiem, że ci na nim zależy, ale zastanów się jeszcze, czy nie powinnaś odpuścić. Możesz narobić problemów - odkąd się zaprzyjaźniły była jej głosem rozsądku i musiała kontynuować kadencję na tej zaszczytnej funkcji. - Nie tylko sobie, ale też jemu - ten argument widocznie przemówił do brunetki, która nagle jakby zbladła. - A to wydaje mi się jest ostatnie, czego chcesz.
- Masz rację - westchnęła, kładąc gorące czoło na ławkę. - I cholera, on też cały ten czas ją miał. Zachowywałam się jak rozpieszczona, szesnastoletnia gówniara, a nawet nie pomyślałam, z jakimi konsekwencjami on musiałby się zmierzyć, gdyby pojawiła się choćby plotka na nasz temat...
Lily troskliwie pogłaskała ją po głowie, całkowicie ignorując nieprzychylne spojrzenia profesora Flitwicka.
- W zamku jest mnóstwo chłopaków, którym wystarczy jeden twój uśmiech, żeby paść ci do stóp - pocieszyła przyjaciółkę. - Może skup się na którymś z nich?
Cathy pokiwała głową, chcąc uspokoić Rudą, jednak obie wiedziały, że taka opcja nie wchodziła w grę. Nie chciała nikogo innego. I nawet nie chciała chcieć!
A on? Czasem miała wrażenie, że widziała zainteresowanie w jego spojrzeniu, ba! Że pozwalał jej zobaczyć coś, czego nie pokazywał nikomu innemu. Tylko, że potem, zanim zdążyła się tym zachwycić, on ją odpychał. I to jeszcze dalej niż była. Jeden krok na przód, dwa w tył i tak bez końca.
Ale może Ruda miała rację? Może tej gry nie była w stanie wygrać? Może cena była zbyt wielka? Nie dla niej, ona już w tym momencie czuła, że mogłaby poświęcić dla niego wszystko. Prawie, wszystko. Z wyjątkiem jego szczęścia, bezpieczeństwa i spokoju, a właśnie to stało na szali.
Westchnęła przeciągle, zbierając swoje rzeczy, gdy lekcja dobiegła końca. Już wiedziała co powinna zrobić.
- Widziałaś to?! - Lily wyrwała ją z zamyślenia.
- Niby co?
- Potter! Nawet jak na niego zebrał się wyjątkowo szybko! - Cathy rozejrzała się po klasie i faktycznie Jamesa już nie było, podczas gdy reszta uczniów dopiero powoli zaczynała się pakować.
- Pewnie pędził do Sophie...- brunetka objęła dziewczynę ramieniem, ale Evans szybko się odsunęła.
- To miło z jego strony, że się tak o nią troszczy. Pomyślałam, że też powinnam ją odwiedzić.
- I postraszyć, że jak się nie odwali od Rogasia to zawita do Skrzydła w jeszcze gorszym stanie? - zapytała z nadzieją Pollard, jednak umilkła pod groźnym spojrzeniem rudowłosej.
- To będzie uprzejme, Cath.
- Ugh - burknęła. - Czy musisz być taką Dorcas Wellbeloved?
- Wiem, że nie o to ci chodziło, ale przyjmę to jako komplement- zaśmiała się Ruda, nie mając zielonego pojęcia, dlaczego miałaby się obrazić za porównanie do założycielki Stowarzyszenia Zagrożonych Czarownic, która była jednym z jej największych autorytetów.
- Przysięgam, że jesteś za dobra. Chodź, znajdziemy Blacka. Przez ciebie robię się miła i ktoś musi to zrównoważyć...


- Hej, hej! - James otworzył drzwi od Skrzydła Szpitalnego i uśmiechnął się szeroko do leżącej na łóżku Sophie.
- Nie! - warknęła dziewczyna. - Daj mi w końcu spokój, Potter! Pani Pomfrey, on znowu przylazł!
- Wiem, że się stęskniłaś - zignorował jej złość, sięgając po krzesło stojące niedaleko i przysuwając je bliżej łóżka blondynki.
- Nie miałam kiedy! Siedzisz tu od rana do wieczora!
Oboje wiedzieli, że tak naprawdę nie mówiła poważnie. Lubiła towarzystwo okularnika jak nikogo innego i nigdy się przy nim nie nudziła. Sprawiał, że nieustanne leżenie i niemożność zrobienia czegokolwiek przestawały być takie męczące.
- Gdzie reszta twojej bandy?
- Odprawiłem ich. Uznałem, że marzysz o czasie sam na sam tylko ze mną - wzruszył ramionami, na co ona rzuciła w niego poduszką. - No co?
- Jesteś głupi- walczyła z uśmiechem, kiedy on z troską i cierpliwością odłożył przedmiot z powrotem pod jej głowę, upewniając się, że jest jej wygodnie.
- Nie. Jestem James.
- A to nie jest to samo?
Już chciał jej coś odpowiedzieć, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich reszta Huncwotów.
- Mówiłem, że tu będzie! - zawołał na wejściu Black, a następnie puścił blondynce oczko. - Willis, piękna jak zawsze. Naprawdę do twarzy ci z bandażem na głowie.
Dziewczyna zachichotała, podczas gdy gryfoni zajęli miejsca się dookoła jej łóżka.
- Na pewno macie ciekawsze zajęcia - uśmiechnęła się do nich. - To miło, że wpadliście, ale nie musicie ze mną siedzieć.
- Może i nie, ale chcemy - Remus wyciągnął z torby czekoladową żabę, po czym rzucił ją w jej stronę. - Łap, czekolada jest dobra na wszystko.
Spędzili w Skrzydle całe popołudnie, zbierając się do wyjścia dopiero wtedy, gdy blondynka zagroziła, że nie zagra w kolejnym meczu, jeśli zostaną choć minutę dłużej. Uwielbiała ich towarzystwo, a brzuch bolał ją od nieustannego śmiechu, jednak nie mogła być taka samolubna. James wyglądał fatalnie i niemal słaniał się na krześle.
- Idźcie już! - przewróciła oczami. - I przypilnujcie, żeby Potter poszedł spać. Wygląda jak śmierć.
- Ja tu jestem! - zawołał chłopak, jednak jego przyjaciele postanowili go zignorować i tylko przytaknęli. - Nie ruszam się stąd! Tu mi wygodnie! Blondi...
- James...- zaczęła spokojnie czwartoklasistka. - Uwielbiam cię, ale teraz wypad. Bo zaraz będę musiała ci zwolnić łóżko jak zasłabniesz z wycieńczenia.
- Jest pełno wolnych miejsc - burknął tylko w odpowiedzi. - Położyliby mnie obok ciebie i wtedy...
- Wtedy już w ogóle bym od ciebie nie odpoczęła - przerwała mu szybko. - Mówię poważnie. Idź się wyśpij, proszę.
Już jakiś czas temu przekonał się, że ten uroczy uśmiech potrafił go przekonać do wszystkiego, więc tylko westchnął i prawie niezauważalnie skinął głową.
- Trzymaj się, przyjdę jutro przed lekcjami - pocałował ją w czoło, a następnie powlókł się za przyjaciółmi do wyjścia.
- To było urocze, Rogacz - zaczął Syriusz, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. - Czy jest coś, o czym nam nie mówisz?
Okularnik zmarszczył brwi, niepewny czy dobrze zrozumiał pytanie przyjaciela.
- O co ci chodzi?
- Cóż, zaczynam podejrzewać, że nasza droga panna Evans nie jest zazdrosna bez powodu.
Korytarz rozbrzmiał ciepłym śmiechem Jamesa.
- Lily nie jest o mnie zazdrosna. A nawet gdyby, to nie ma o co. Ja i Sophie tylko się przyjaźnimy, dobrze o tym wiecie.
Jego przyjaciele wymienili znaczące spojrzenia, jednak nie mieli okazji by kontynuować przesłuchania, ponieważ zza zakrętu wyszła dwójka ślizgonów i to najgorszego sortu.
- No proszę, co my tu mamy - Mulciber uśmiechnął się chłodno, posyłając gryfonom pogardliwe spojrzenie. - A już myślałem, że Filch posprzątał wszystkie śmieci z korytarza.
- Jak ja ci coś zaraz posprzątam...- Syriusz już wyciągał różdżkę, jednak Rogacz złapał go za rękaw szaty.
- Zostaw, Łapo. Nie warto brudzić się śluzem.
- Byliście odwiedzić tą małą blondyneczkę, prawda? Jaka szkoda, że tak mocno oberwała - ton głosu ślizgona wybitnie wskazywał na to, że wcale nie było mu przykro. - Niezły strzał, Rosier.
Jego towarzysz skinął głową, zadowolony z pochwały starszego kolegi, nie zauważając, że dłonie gryfonów zacisnęły się w pięści.
- Przyznam ci to, Potter. Jest bardzo ładniutka - kontynuował Mulciber, czerpiąc wyraźną przyjemność z prowokowania go. - Może ja też powinienem ją odwiedzić, co? Na pewno świetnie byśmy się razem bawili...A może lepiej poczekać, aż nasza ulubiona ruda Evans trafi do Szpitala? Z takim szlamem zamiast krwi, to tylko kwestia czasu kiedy przytrafi się jej coś bardzo, bardzo złego...- nie udało mu się skończyć tego zdania, ponieważ pięść Jamesa bardo szybko znalazła się na jego twarzy. Rosier zamierzał pomóc koledze, jednak wystarczyło jedno machnięcie różdżką Syriusza, by nie mógł się poruszyć.
- Rogacz! Uspokój się! - zawołał Remus, próbując razem z Blackiem odciągnąć przyjaciela od krwawiącego ślizgona. - Już! Wystarczy!
Potter poczuł silne szarpnięcie do tyłu, więc wypuścił szaty przeciwnika z dłoni i wziął kilka głębokich oddechów. Adrenalina dalej przepływała szybko przez jego żyły, jednak uspokoił się na tyle, by poluzowali uścisk.
- Jest okej - burknął w ich stronę, a następnie splunął na podłogę przed wijącym się z bólu Mulciberem. - To jest właśnie to, co myślę o twojej czystej krwi.


- GDZIE JEST POTTER?! - McGonagall wpadła do Pokoju Wspólnego Gryfonów niczym burza, co w sumie było dość trafnym porównaniem, zważywszy na to, że z jej oczu ciskały pioruny. Po plecach wszystkich gryfonów w pomieszczeniu przebiegł dreszcz, jednak główny zainteresowany tylko westchnął przeciągle i spokojnie podniósł rękę.
- Tutaj, pani profesor!
Kobieta podbiegła do kominka, przy którym rozłożyła się cała grupa, celując palcem wskazującym w okularnika.
- TY! JAK MOGŁEŚ POBIĆ MULCIBERA?! I TO W TAK PRYMITYWNY SPOSÓB PRZY POMOCY PIĘŚCI?! DO MOJEGO GABINETU! NATYCHMIAST!
Rogacz skinął powoli głową, po czym jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się do przyjaciół i wraz z nauczycielką wyszedł przez dziurę w portrecie. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, całe pomieszczenie wybuchło rozgorączkowanymi szeptami i nowymi plotkami.
- James pobił Mulcibera? - Cathy otworzyła szeroko oczy, wpatrując się z niedowierzaniem pozostałych huncwotów. - Ale jazda!
- Że słucham? - oburzyła się Lily, wbijając w przyjaciółkę spojrzenie pełne dezaprobaty. - Czy ty siebie słyszysz?
- Daj spokój, Ruda - Pollard tylko machnęła lekceważąco ręką. - Znając tego dupka to zasłużył pewnie i na mocniejszy wpierdo...
- Cathy!
Brunetka przewróciła oczami, a Syriusz zaśmiał się cicho.
- Szkoda, że go nie widziałyście- prychnął rozbawiony Peter. - Taki niby fantastyczny, a jak Rogacz do niego dopadł, to nie był w stanie wstać z podłogi!
- Cudownie, że was wszystkich tak to bawi! - burknęła Evans, zbierając w pośpiechu książki oraz pergamin z nieskończonym wypracowaniem. - Mnie jakoś nie!
Odprowadzona ich zdziwionymi spojrzeniami, z hukiem zatrzasnęła drzwi od dormitorium. Cholera, a już myślała, że wydoroślał! Bójek mu się zachciało...Rzuciła się na łóżko, wbijając wzrok w sufit i wymyślając gorzkie epitety na chłopaka. Nie wiedziała ile tak leżała, kiedy ktoś nieśmiało zapukał do pokoju, przerywając jej zamyślenie.
- Hej - w drzwiach stanął główny zainteresowany, wyraźnie zmartwiony. - Wszystko okej?
- To raczej ja powinnam o to zapytać - w paru krokach znalazła się przy chłopaku i palcem wskazującym dotknęła jego szerokiej klatki piersiowej. - Czy z tobą, Jamesie Potterze jest wszystko w porządku, skoro rzucasz się na ludzi z pięściami i doprowadzasz do tego, że nie są w stanie wstać?!
- Lily ja...
- I to na dodatek na Mulcibera. Mulcibera! Który zna prawdopodobnie więcej czarnomagicznych zaklęć niż ja mam piegów na nosie! Czy ty wiesz, co on mógłby ci zrobić?!
Okularnik zmierzwił sobie włosy, mimowolnie zastanawiając się, jak ktoś tak uroczy i niewysoki mógł wyglądać tak groźnie.
- Poczekaj, Evans, bo się pogubiłem...Jesteś na mnie zła, bo bójki są złe, czy jesteś zła, bo się o mnie martwisz?
Dziewczyna przez chwilę wyglądała jak rybka wyciągnięta z wody, szukając w głowie odpowiedniej odpowiedzi, aż w końcu zmarszczyła brwi, a następnie zrobiła kilka kroków w tył, odsuwając się od gryfona na tyle na ile pozwalała niewielka powierzchnia dormitorium.
- Jestem zła, bo takie bójki są strasznie niedojrzałe - burknęła. - Podobnie jak wasza nieustająca wojna ze ślizgonami.
- Czyli według ciebie powinniśmy się z nimi pogodzić? - wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, a następnie wybuchnął sarkastycznym śmiechem. - Przepraszam, Lily, ale lepiej stąd pójdę, zanim oboje powiemy coś, czego będziemy żałować.
I faktycznie, ku zdziwieniu Rudowłosej wyszedł, uderzając drzwiami tak mocno, że zadrżały szyby w oknach. Oszołomiona wpatrywała się w nie jeszcze przez kilka minut, próbując poukładać sobie to, co się właśnie wydarzyło, aż w końcu w sypialni pojawił się Remus z Cathy.
- Hej, Ruda - chłopak podszedł do przyjaciółki i dotknął jej ramienia. - Wszystko w porządku?
- Jak za starych dobrych czasów - mruknęła cicho, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy. - Kłótnia i trzaskanie drzwiami.
- O co tak właściwie poszło? - Pollard usiadła na łóżku, a jej przyjaciółka po chwili zrobiła to samo.
- Byłam wściekła za tą bójkę i powiedziałam mu, że zachował się dziecinnie i...
- Lily - zaczął spokojnie Remus. - Czy ty wiesz w ogóle o co poszło?
Coś w jego głosie sprawiło, że wbiła w niego uważne spojrzenie.
- Nie? Lunatyku...


Słońce już dawno zaszło, ustępując miejsca księżycowi i gwiazdom, a temperatura po raz pierwszy w tym roku osiągnęła minusową temperaturę. Jamesowi jednak nie przeszkadzały w tym momencie ani ciemność, ani zimno. Mocniej ścisnął rączkę miotły i pogłębił pochylenie, próbując pozbyć się z głowy wszystkiego, oprócz świszczącego wiatru.
- Spójrzcie tylko! Jak on lata! Ta szybkość, ta zwinność! To może być tylko wasz ukochany, niezastąpiony, jedyny w swoim rodzaju...James Potter!
Na dźwięk dobrze znanego głosu, zatrzymał się gwałtownie, szukając jego źródła na murawie boiska. Faktycznie, nic mu się nie przyśniło: stała przy bramkach, w grubej bluzie i długim szaliku, owiniętym trzy razy dookoła szyi. Walcząc z szybciej bijącym sercem, skierował trzonek miotły w dół i po paru sekundach z gracją wylądował na ziemi.
- Co ty tu robisz?
Lily w nerwowym odruchu założyła luźne kosmyki włosów za ucho. Jej spojrzenie krążyło po wszystkim dookoła, skutecznie omijając tylko i wyłącznie jego postać.
- Przyszłam cię przeprosić? Merlinie, James...Byłam taka głupia! - zamrugał kilkakrotnie oczami, nadal nie mogąc uwierzyć w to co się działo. Może Sophie miała rację i faktycznie powinien się wyspać? - Nawet nie zapytałam o co się pobiliście! Nazwałam cię dzieciakiem, ale tak naprawdę to ja zachowałam się jak gówniara i oceniłam cię, nie znając wszystkich szczegółów. Przepraszam, bardzo cię przepraszam. Ty mnie broniłeś, a ja...- jej warga zaczęła drżeć i chłopak nie był pewny czy z emocji czy z zimna. - Naprawdę mi przykro.
Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak uroczo wyglądała: cała zmarznięta i prawie niewidoczna pod grubym materiałem szala. Wbiła w niego wyczekujące spojrzenie, jakby bała się, że nie przyjmie jej przeprosin, choć cała złość jaką w sobie miał, zniknęła już w chwili, gdy tylko usłyszał jej głos. Ale przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Zamiast tego uśmiechnął się huncwocko.
- Gówniara? Takie brzydkie słowo w twoich ustach?
Dziewczyna zaśmiała się chicho, czując się nagle tysiąc razy lżejsza. Powoli podeszła do okularnika, a następnie ku jego zaskoczeniu, objęła go ramionami w pasie. Za coś takiego mógłby się bić kilka razy dziennie.
- Dziękuję, że mnie broniłeś.
- Zawsze.
- To co...- odsunęła się zdecydowanie za szybko jak na jego gust. - Masz ochotę zagrać? - zapytała z figlarnym uśmiechem, zaskakując go po raz kolejny tego wieczoru. - Może nie jestem Wielkim Królem Powietrza Jamesem Potterem, ale radzę sobie na miotle całkiem nieźle!
Gryfon pokiwał głową i wyciągnął z kieszeni spodni klucze do składzika z miotłami.
- Nie przegapię okazji, by skopać ci tyłek.
- Jeszcze zobaczymy! - pokazała mu język, na co on pociągnął za koniec jej szalika.
- Hej, Lily - naprawdę musiał zerwać z tym głupim nerwowym nawykiem mierzwienia włosów. - Ja też chciałbym cię przeprosić.
- Za co? - jej szmaragdowe oczy otworzyły się ze zdziwienia.
- Nakrzyczałem na ciebie. Po meczu Quidditcha? - to było coś, co nie dawało mu spać w nocy. Gdy zamykał powieki, widział tylko to jej przestraszone i zranione spojrzenie, powodujące skurcze żołądka. - Nie chciałem tego, po prostu martwiłem się o Sophie, bo to wyglądało koszmarnie i nadal miałem jej krew na dłoniach i...
Kąciki ust rudowłosej uniosły się do góry w najpiękniejszym uśmiechu jaki kiedykolwiek widział.
- Wszystko okej, James. Już o tym zapomniałam. Chodźmy po moją miotłę.
I mimo tego, że dostał od McGonagall miesięczny szlaban, ten dzień nie mógłby zakończyć się lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz