poniedziałek, 6 listopada 2017

Rozdział 12: Zazdrość, pączki i Hagrid

   Mówię po raz ostatni, Potter - Sophie odepchnęła dłoń przyjaciela. - Wszystko już w porządku! Pani Pomrefy uznała, że jestem okazem zdrowia i spokojnie mogę wrócić do życia.  
   - Tylko dlatego, że miała dość twojego marudzenia - burknął niezadowolony chłopak. - Ja też już powoli zaczynam.
   - Świetnie! Więc moja taktyka, żeby się ciebie pozbyć działa! - blondynka uśmiechnęła się szeroko, na co James odpowiedział jej środkowym palcem. Przekroczyli próg Wielkiej Sali, natychmiast zwracając na siebie uwagę osiemdziesięciu procent obecnych, nad czym James nie zamierzał się zastanawiać. Doskonale wiedział, że jego przyjaźń z młodszą dziewczyną budzi pewne plotki. W końcu była pierwszą osobą płci żeńskiej oprócz Evans oraz Pollard, której poświęcał aż tyle czasu. Jednak dopóki były to tylko szepty między puchonkami z piątej klasy, postanowił pozostawić je w spokoju. 
   - Cześć wam - odezwał się do swoich przyjaciół, siedzących już przy stole. - Patrzcie kto wyszedł ze szpitala! 
   Huncwoci posłali Sophie wesołe uśmiechy i natychmiast zainteresowali się stanem jej zdrowia, by chwilę później przekrzykując siebie nawzajem opowiedzieć jej o ostatnim dowcipie na lekcji eliksirów. Potter nawet nie zarejestrował momentu, w którym dziewczyna stała się jakby częścią ich kwartetu, błyskawicznie zdobywając serca gryfonów. Ale nie był tym zdziwiony. Miała iście huncwocką chęć przygody, brak poszanowania dla regulaminu i ten charakterystyczny zadziorny uśmiech, od którego nie dało się odwrócić spojrzenia.
   - Fajnie, że już ci lepiej - z zamyślenia wyrwała go Cathy, ostrym jak brzytwa tonem ucinając toczącą się dyskusję. - Pomfrey strasznie długo cię trzymała. Twoje przyjaciółki na pewno się stęskniły, no nie?
   James zmarszczył brwi, znając brunetkę wystarczająco dobrze by wyłapać aluzję: Willis miała sobie iść. Już dawno zauważył, że zarówno Pollard jak i Lily nie pałały do dziewczyny zbyt dużą sympatią. 
   - Och, nie - Sophie wzruszyła ramionami. - Nie sądzę. Nie dogaduję się zbyt dobrze ze współlokatorkami. Stały się strasznie nieznośne w tym roku: przejmują się tylko wyglądem i Blackiem.
   - Zdecydowanie powinnaś iść w ich ślady - zażartował Syriusz, na co ona wybuchła radosnym śmiechem.
   - Wybacz, Łapo. Jeśli chodzi o waszą dwójkę, to ja zawsze byłam bardziej w drużynie Jamesa- puściła Rogaczowi oczko, przez co rozbawiony prawie oblał się kawą. Mina jego przyjaciela była tak bezcenna, że dosłownie nie mógł odwrócić spojrzenia, chcąc zapamiętać ją na zawsze. A szkoda, bo może wtedy dostrzegłby zaczerwienione policzki Evans i jej nagle spochmurniałe spojrzenie. 
   - Pewnie przez nieobecności jesteś w tyle z lekcjami? - zainteresował się Remus, jak zwykle najbardziej rozsądny i odpowiedzialny ze wszystkich. Potter aż przeklął się w myślach, że sam nie pomyślał o tym ile zajęć opuściła jego przyjaciółka.
   - Odrobinę - przyznała. - Opcm szybko nadrobię i z Zielarstwem też nie powinnam mieć problemu, ale martwię się o eliksiry.
   - Lily może ci pomóc - zaoferował Rogacz, posyłając rudowłosej dumny uśmiech. - Jest najlepsza w całej szkole.
   Ona nie wydawała się jednak zachwycona pomysłem i wpatrywała się w niego już nie pochmurnym, ale dosłownie burzowym spojrzeniem. Czy zrobił coś nie tak? Od wieczoru na boisku do quidditcha ich relacje przedstawiały się lepiej niż kiedykolwiek, ale teraz poczuł jakby te kilka ostatnich dni w ogóle się nie miały miejsca. 
   - Jasne, jeśli będziesz miała jakiś problem to chętnie pomogę - burknęła Evans, nie brzmiąc jednak zbyt zachęcająco. Soph wyraźnie to wyczuła ponieważ szybko się wycofała.
   - Dzięki, Lily. To bardzo miło z twojej strony, ale wiem, że jesteś bardzo zajęta, a mi coś czuję przyda się stała pomoc. Eliksiry to moja pięta achillesowa - westchnęła, sekundę później rozjaśniając się w jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. - Remus? Może ty? 
   - A może Potter? - ponownie wtrąciła się Ruda. - W końcu i tak spędzacie razem całe dnie.
   Gdyby James jej nie znał, uznałby, że jest zazdrosna. Ale przecież byli kolegami już od dobrych kilku lat i to dosłownie ostatnia myśl, jaka wpadłaby mu do głowy. 
   - Bardzo chętnie ci pomogę, Sophie - Lupin przerwał niezręczną ciszę, odwzajemniając uśmiech czwartoklasistki. - Daj mi tylko znać kiedy i z jakiego materiału.
   Blondynka zachwycona pokiwała głową, a Evans chyba uznała, że już się najadła bo wstała ze swojego miejsca i rzucając coś o liście do wysłania, jak wicher wybiegła z Wielkiej Sali. Pollard odprowadziła ją spojrzeniem.
   - Super - burknęła pod nosem, jak dla Jamesa to do nikogo konkretnego, ale Willis chyba odebrała to personalnie, ponieważ również poderwała się z siedzenia. 
   - Cathy ma rację, powinnam pójść przywitać się z koleżankami. Widzimy się później.
   Prawdopodobnie był zbyt facetem, żeby zrozumieć co się właśnie stało. Nigdy nie potrafił zrozumieć tych wszystkich psychologicznych gierek, spojrzeń i manipulacji między dziewczynami, ale czuł, że przed sekundą doszło właśnie do jednej z nich. 
   - O co ci chodzi? - westchnął, gdy tylko ścigająca znalazła się na tyle daleko, by nie słyszeć jego słów.
   - O nic. Przecież nic nie powiedziałam- brunetka wzruszyła niewinnie ramionami. 
   - Muszę wejść jeszcze do biblioteki przed zajęciami - uznał Peter, a Lunatyk z Łapą, wiedząc że zapowiada się na ciężką rozmowę, postanowili do niego dołączyć. Żadne z dwójki zainteresowanych nie próbowało ich powstrzymać.
   - Dlaczego nie chcecie zaprzyjaźnić się z Sophie? Jest super.
   - Och tak, nie wątpię - Syriusz miał teorię, że Pollard składała się w pięciu procentach z ciała, pięciu braku rozsądku i dziewięćdziesięciu sarkazmu. Chyba też zaczynał w to wierzyć. 
   - Ona naprawdę nie dogaduje się z dziewczynami ze swojego rocznika, a w domu ma tylko braci - nachylił się bliżej i zniżył głos do szeptu. Wiedział, że gdyby ktoś doniósł Młodej o jego ingerencji, prawdopodobnie spadłby z miotły na najbliższym treningu. - Chciałaby mieć koleżanki i proszę was, zróbcie to dla mnie. Dajcie jej szansę, a pozytywnie się zaskoczycie, obiecuję. Wydaje mi się, że świetnie będzie do was pasować. 
   - Cóż - brunetka poważnie zamyśliła się nad jego propozycją, leniwie mieszając herbatę. - Wszystko świetnie, Rogacz, tylko, że jakoś nigdy nie zrobiła nic, w tym kierunku. Wydaje mi się, że zależy jej na przyjaźni z Wielkimi Huncwotami, a nie z nami.
   Zaśmiał się tak głośno, że siedzący niedaleko pierwszak wystraszony aż podskoczył. 
   - Och jasne! Bo zaprzyjaźnienie się z wami jest tak banalnie proste!
   Cathy posłała mu pełne niezrozumienia spojrzenie, uświadamiając mu, że naprawdę nie dostrzega tego, co widzieli wszyscy inni.
   - No wiesz jesteście trochę...zamknięte na nowe znajomości - zaczął łagodnie, nie chcąc za mocno narazić się przyjaciółce. - Zawsze jesteście we dwie, tylko we dwie. Nie licząc nas, ale to też pewnie tylko dlatego, że ty znałaś nas wcześniej. 
   Pollard zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad słowami przyjaciela. Okej, było w tym trochę prawdy, ale jednocześnie czy było to coś złego?
   - Lily mi wystarcza.
   James westchnął. Zawsze uważał męską przyjaźń za lepszą. Wystarczyło dać sobie po mordzie i gotowe. Rzucić parę wyzwisk prosto w twarz, a potem iść na piwo. Dziewczyny w swoich relacjach były z kolei powierzchowne i bardzo konformistyczne, przynajmniej z jego punktu widzenia. Lubiły pokazywać całemu światu, jaka niesamowita więź je łączy, by chwilę potem nie mieć problemu z podrywaniem chłopaka tej drugiej. Rogacz nie znosił tych plotek, wojen mentalnych i intryg, których ofiarą padał zdecydowanie za często. Nie rozumiał ich.
   Ale Cathy oraz Lily? One były wyjątkiem. Pollard całkiem trafnie to skomentowała: wystarczały sobie nawzajem. Reszta szkoły dosłownie mogłaby nie istnieć, ponieważ one i tak spędzały czas tylko w swoim towarzystwie, ewentualnie pozwalając Huncwotom się dołączyć. Porozumiewały się bez słów, zawsze były ze sobą szczere i przenigdy nie działały za swoimi plecami. Nie unikały ludzi, co to to nie. Dogadywały się ze współlokatorkami oraz innymi czarownicami z roku. Jednak nigdy nie przekroczyły tej subtelnej granicy „koleżeńskości”. James nie raz i nie dwa słyszał zgryźliwe komentarze, nazywające gryfonki dość niepochlebnie i zarzucające im wywyższanie się oraz elitaryzm. Zawsze je ignorował, doskonale zdając sobie sprawę, że nie znał nikogo komu mogłoby zależeć na popularności mniej. 
   - Wiem, że Sophie nie stanie się nagle waszą siostrą czy coś, ale choć trochę się postarajcie.
   - Robimy to - brunetka uśmiechnęła się uroczo. - Naprawdę.
   - Jasne - przewrócił oczami. - W takim razie nie chcę wiedzieć co by się działo, jakbyście się nie powstrzymywały. 
   - I słusznie - zachichotała dziewczyna, prawdopodobnie już wyobrażając to sobie w głowie.
   - A tak w ogóle to myślałem, że Lily z natury lubi wszystkich i chce zbawić każdą nieszczęśliwą duszę? - zachowanie Cath jeszcze mógł zrozumieć: nigdy nie należała do najbardziej sympatycznych osób i dość szybko wyrabiała sobie zdanie o innych. Lubiła działać pod wpływem emocji i nie przejmowała się jakimikolwiek opiniami, taka była. Ale Evans? Przecież ona w wolnym czasie pomagała pierwszorocznym w lekcjach i przepraszała kamienie, kiedy przez przypadek jakiś kopnęła.
   - James, musisz zrozumieć jedno. Ruda jest święta, jasne. Ale jeżeli ma wybierać między dobrem kogoś bliskiego a obcej osoby, to zawsze wybierze pierwszą opcję.
   Rozumiał to, pewnie. Nie pojmował jednak dlaczego uważał, że Sophie mogłaby źle wpłynąć na ich paczkę.
   - Dlaczego uważa Młodą za zagrożenie?
   - Jest wrażliwa. Trudno się przywiązuje i choć tego nie pokazuje, naprawdę ma stracha. No wiesz...przed porzuceniem. 
   - Co masz na myśli?
   Tym razem to ona zachichotała, niemal rozlewając herbatę na stół. 
   - Merlinie, Potter. Jak ty mało rozumiesz. Chyba jeszcze mniej od Evans!  


   Przez dwa kolejne dni w powietrzu unosiła się napięta atmosfera, która jednak szybko stopniała w momencie pojawienia się pierwszego śniegu. W tym roku pogoda postanowiła sprawić im frajdę wyjątkowo wcześnie, w końcu listopad dopiero dobiegał końca, jednak żadne z nich nie zamierzało narzekać. Wszystko zrobiło się nagle lepsze i w czasie trzeciej lekcji James zauważył, że Lily przestała wpatrywać się w niego tym smutno-złym sarnim spojrzeniem, a nawet uśmiechała się pod nosem z jego żartów. 
   - Wiem, że jesteście podekscytowani śniegiem - zawołał Grant, próbując trochę ich poskromić. - Ale proszę was, skupcie się! Żadnych nowych pożarów i wizyt w Skrzydle, dobrze? Uwaga, zamiana partnerów!
   James tylko na to czekał, szybko podbiegając do Lily, nie zamierzając pozwolić by uprzedził go ktoś inny.
   - To co, Evans? Ty i ja?
   Jak na nią, to i tak boczyła się już za długo, co prawdopodobnie gryzło ją w nad wyraz wrażliwe sumienie. Nie zdziwił się więc, gdy z lekkim westchnieniem skinęła głową.
   - Przygotuj się na przegraną, Potter.
   Przez chwilę posyłali w swoją stronę zaklęcia, żadne tak naprawdę nawet się nie starając. 
   James nie potrafił rzucać na Rudą skomplikowanych i niebezpiecznych czarów jak to robił w przypadku Syriusza. Nie to, że nie wierzył w jej umiejętności! Po prostu w tyle głowy cały czas miał myśl pod tytułem: „a co jeśli...” i stanowiła ona skuteczny hamulec dla jego działań. Nie mógł zmusić się do jakiegokolwiek zbyt groźnego ruchu, bojąc się skrzywdzić ją choćby i niechcący. Jakby mógł, skoro jedyne czego tak naprawdę chciał to ją chronić? Nawet jeśli sama radziła sobie całkiem dobrze i wcale tego nie potrzebowała?
   Lily z kolei sama nie do końca rozumiała co się z nią dzieje, ale już od jakiegoś czasu miała problem by się skupić na czymś konkretnym. Severus, futerkowy problem Remusa, wojna, nieszczęsne zauroczenie Cathy, nauka, plany na przyszłość...chyba naprawdę nie lubiła dorastania. Przecież stawała się coraz bardziej rozsądna oraz odpowiedzialna, więc liczba problemów powinna się zmniejszać, prawda? Tak to powinno działać? A jeszcze na dokładkę ten cholerny Potter z cholerną Sophie, którym lada dzień przepowiadała stanie się cholerną najgorętszą parą Hogwartu. 
   To nie tak, że była zazdrosna. Jako dobra przyjaciółka, szczerze życzyła Rogaczowi szczęścia. Po prostu nie sądziła, by mogła mu je przynieść Willis. Która owszem była urocza oraz zabawna, miała charakterek i nie przypominała tych próżnych krukonek, czy też nawet swoich koleżanek z klasy, ale nadal nie była odpowiednią partią dla Jamesa. 
   Nie pasowali do siebie. Byli zbyt podobni. Oboje tak samo narwani, z obsesją na punkcie quidditcha i życiową filozofią opierającą się głównie na zasadzie „jakoś tam będzie”. Wiedziała jak to się potoczy: takie związki zwykle bywały intensywne, ale bardzo krótkie. Dwie tak mocno świecące osoby szybko spalały siebie nawzajem, pozostawiając po sobie zgliszcza i popiół. Nie chciała tego dla Pottera, bo przecież znali się tak długo, chodzili razem do klasy no i zależało jej na jego dobru. 
   Ktoś taki jak on potrzebował  kogoś o wiele spokojniejszego, kto owszem zrozumie jego poczucie humoru i będzie lubił się bawić, ale też w odpowiednim momencie będzie w stanie powstrzymać jego szaleństwa i wywrzeć dobry wpływ. To musiał być ktoś odpowiedzialny, rezolutny, dojrzały. Ktoś taki jak...
   O nie. Nie, nie, nie. Tak się nie bawimy, Evans! Myśl, która wpadła jej do głowy tak bardzo ją oszołomiła, że James trafił ją w ramię jakimś dziwnym zaklęciem i zamiast skóry, jej kości pokryły różnobarwne łuski.
   - Merlinie, Ruda! - chłopak w trzech krokach znalazł się przy niej. - Przepraszam! Wszystko okej? Czemu się nie obroniłaś!
   - Zamyśliłam się - westchnęła, nie odrywając spojrzenia od ręki. - Serio, Rogacz? Łagodniejszych zaklęć nie znałeś?
   - Nie chciałem zrobić ci krzywdy i na całe szczęście! 
   - Wiesz, Potter...- przewróciła oczami. - Wydaje mi się, że tutaj chodzi o to, by chcieć drugiemu zrobić krzywdę.
   - Tylko, jeżeli ten drugi uważa - burknął, już machając różdżką i mrucząc przeciwzaklęcia. Po chwili jej ramię wróciło do normalności. - Co się dzieje, Lils?
   - Nic takiego - uśmiechnęła się lekko. - Po prostu ostatnio mam chyba jakieś gorsze dni. 
   - Każdemu się zdarza.
   - Tak, ale mnie prawie nigdy.
   Cóż, to od pierwszej klasy próbowała im wszystkim wmówić. Wolała kiedy to inni mieli problemy, w których mogła im pomagać, niż żeby ktoś miał się użalać nad nią. 
   - W takim razie wiem co na pewno poprawi ci humor - James schylił się, znajdując się nagle strasznie blisko, zupełnie jakby chciał zdradzić jej sekret prosto z departamentu tajemnic. - Gorąca czekolada i pączki. 
   - Pączki? - nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
   - Dokładnie - pokiwał głową ze śmiertelnie poważną miną. - Masz ochotę na wyprawę do kuchni? 
   Jeszcze kilka miesięcy temu by się nie zgodziła, bojąc się, że chłopak z pewnością uzna to za randkę. Ale przecież ostatnio tak dobrze się dogadywali, a jego towarzystwo naprawdę sprawiało jej przyjemność i odwracało uwagę od zbyt intensywnego myślenia. No i te pączki!
   - Niech ci będzie. Wiesz jak mnie przekupić. 


   - Dogadują się, no nie? - stwierdził Remus, jakby czytając Cathy w myślach. Oboje z zadowoleniem obserwowali swoich przyjaciół, pogrążonych w nad wyraz koleżeńskiej rozmowie. 
   - Może się okazać, że Sophie Willis to najlepsze co im się przytrafiło - zachichotała dziewczyna. - Gdyby oczywiście oboje nie byli tak kompletnie ślepi. 
   - Więc teraz będziesz dla niej milsza? - Lunatyk uśmiechnął się niczym rasowy Huncwot. 
   - Przecież ja zawsze jestem miła!
   - No oczywiście!
   Przekomarzali się tak do końca lekcji, podczas to której, co Lupin zauważył z wyraźnym zachwytem, brunetka ani razu nie odezwała się do Granta. Ba! Nawet na niego nie spojrzała. Nie wiedział, w jaki sposób mężczyzna przemówił jej do rozsądku, ale cieszył się, że w końcu porzuciła to głupie zauroczenie. 
   W przeciwieństwie do Pottera i Evans, nie miał problemu z dostrzeganiem pewnych faktów i zdawał sobie sprawę z tego, że naprawdę ją wzięło. Nigdy nie widział jej tak bardzo kimś zainteresowanej. Tylko na jego lekcje przychodziła punktualnie, tylko jego eseje pisała tak starannie, nie mówiąc już o tych śmiesznych porannych przebieżkach i lekturach uzupełniających. Cieszył się, że przykłada się do zajęć, no pewnie. Ale nie lubił tego, że dziewczyna tak strasznie próbuje mu zaimponować i zmienić, zupełnie jakby była niewystarczająco dobra. Przecież to kompletna bzdura: była idealna w każdym calu!
   Po tylu latach solidnej przyjaźni, powinien wiedzieć lepiej: że tak naprawdę obecność profesora motywowała ją do ujawnienia swojego pełnego potencjału i stania się lepszą zarówno czarownicą, jak i osobą. Ale uczucia potrafiły przysłonić jednak cały obiektywizm.
   - Okej! Koniec lekcji! - Grant zamachał rękami, przerywając wszystkie pojedynki. - Na za tydzień wypracowanie o leglimencji i przyłóżcie się, bo to ważny i trudny temat!
   - Nareszcie koniec! - Remus objął przyjaciółkę ramieniem. - Spacer po błoniach? 
   - Jasne.
   Dokładnie tego potrzebowała: luźnej rozmowy i niemyślenia o Grancie. Odkąd kilka dni temu tak chłodno ją potraktował, starała się unikać go za wszelką cenę. Co nie było wcale takie łatwe, biorąc pod uwagę fakt, iż był nauczycielem. I to, że każda komórka jej ciała wręcz bolała, by znaleźć się bliżej niego.
   Cholera, naprawdę się zauroczyła. Mogłaby nawet użyć innego słowa na „z”, tego o mocniejszym znaczeniu, które w jej słowniku było absolutnie zakazane. Ale on jej przecież nie chciał i musiała się z tym pogodzić. Co prawdopodobnie kiedyś miało nastąpić. Nie w najbliższej przyszłości, ale kiedyś.
Byłoby z pewnością łatwiej, gdyby nie musiała go non stop widywać, tylko że w tym przypadku nawet wszechświat działał na jej niekorzyść. 
   - Merlinie - mruknęła, zaglądając do torby. - Nie mam podręcznika! Musiał mi wypaść jeszcze w klasie. Zaraz wracam!
   Pozostawiła Remusa na korytarzu, a sama cofnęła się do sali od opcm. Tam z kolei zobaczyła coś, na widok czego cała jej samokontrola ostatnich dni legła w gruzach. 
   Hannah Bryce. Cholerna Hannah Bryce. Stała przed biurkiem Adama, w zdecydowanie zbyt krótkiej spódniczce, machając tymi swoimi zbyt złotymi włosami i uśmiechając się zbyt urzekająco. A najgorsze było to, że mężczyzna wydawał się być naprawdę zainteresowany tym, co ma do powiedzenia. Jakby ona kiedykolwiek miała coś ciekawego do powiedzenia! 
   - Hej, Bryce! - zachowała się jak zwykle: czyli najpierw zrobiła, a potem pomyślała, jednak było już za późno. - McGonagall cię szuka. I to pilnie. 
   Oboje odwrócili się w jej stronę: ona - bardzo niezadowolona, on - bardzo zmieszany. 
   - Mnie? - blondynka uniosła do góry prawą brew w wyrazie powątpiewania. - Dlaczego?
   - Myślisz, że pytałam? Może znowu obściskiwałaś się z kimś na czwartym piętrze po nocy. No już!
   Krukonka była wyraźnie oburzona jej słowami i pod tymi swoimi blond lokami już obmyślała zemstę, jednak Pollard nie mogłoby obchodzić to mniej. I tak się nie lubiły. 
   - Naprawdę jej szuka? - zapytał Adam, gdy chwilę później zostali sami. Jak zwykle zachował kamienną twarz, przez co nie była w stanie rozszyfrować jego myśli. Wzruszyła więc ramionami.
   - Powinieneś być mi wdzięczy. Uratowałam cię.
   Kąciki jego ust zadrgały.
   - Oczywiście całkowicie altruistycznie?
   - Oczywiście.
   Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że zapomniała po co w ogóle przyszła. Och, jak brakowało jej tego spojrzenia przez ostatnie dni! Czuła je na sobie, zaskakująco często, jednak była różnica między swędzeniem karku, a tonięciem w tych ciemnych tęczówkach. Merlinie, stawała się taka sentymentalna...
   - Jesteś zazdrosna - stwierdził oczywisty fakt, próbując powstrzymać zadowolenie. - Wiesz, że to całkowicie niedorzeczne?
   - Wiem - przytaknęła. - W końcu żadna z nich nie jest dla mnie konkurencją.
   Z gardła nauczyciela wydobył się kaszel, nieudolnie maskujący śmiech.
   - Myślałem, że mnie unikasz?
   - Bo tak jest. 
   - To dobrze. W końcu poszłaś po rozum do głowy - skinął z aprobatą, sam siebie zaskakując jednak brakiem entuzjazmu w głosie. Mimo wszystko lubił dziewczynę i ich przekomarzanki, których brakowało mu przez te kilka dni. 
   - W końcu nie mogę być wiecznie natrętną małolatą - uśmiechnęła się złośliwie, na co Adam przewrócił oczami.
   - Przecież przeprosiłem!
   - Wybaczone, nie znaczy zapomniane.
   Z nikim innym nie rozmawiało mu się tak swobodnie. Nawet z Potterem, bo mimo wszystko był jego mentorem, co zachowywało hierarchię. Cathy z kolei stawiał na równi z sobą i może przez to tak łatwo było mu uśmiechać się w jej obecności. Zachowywała się tak...normalnie. Nie jak wszyscy pozostali, wiecznie na palcach. Uczniowie: jakby był śpiącym niedźwiedziem. Przyjaciele aurorzy: jakby był ze szkła. Gdyby miała parę lat więcej, a jej wypracowanie nie leżałoby na jego biurku, cóż, prawdopodobnie nawet by się nie zastanawiał, a przecież nigdy nie marzył o dziewczynie i związku, skupiając się na karierze. Tylko, że ona po prostu...pasowała. Trafiała do niego.
   Niestety, nadal była szesnastoletnią gówniarą, nad którą pełnił edukacyjną odpowiedzialność. 
   - Chyba powinnaś już iść - zabrzmiało to jakoś dziwnie miękko i patetycznie, a w ustach Cathy pojawił się gorzki posmak porażki, który czuła zawsze, gdy przegrywała w szachy.
   - Chyba tak. Do jutra, panie profesorze. 
   Remus Lupin, stojący za drzwiami, westchnął głęboko. 


   Lily po raz kolejny tego dnia wybuchnęła śmiechem i musiała przyznać, że wszystkie jej troski schowały się gdzieś w tył głowy. To było takie łatwe: siedzieć z Jamesem w kącie kuchni, słuchając opowieści o przygodach huncwotów i zajadając się najbardziej kalorycznymi, skrzacimi smakołykami. 
   - Tak - westchnął chłopak, poprawiając okulary. - Czwarta klasa była zabawna.
   - Dobry wstęp dla piątej.
   - Nie przypominaj!
   Przewróciła oczami, uśmiechając się jednak lekko. Faktycznie, ostatni rok nie był dla nich najlepszy. Jej przyjaźń z Sevem była w stanie rozkładu, nieustannie kłóciła się z Potterem, a jej związek z krukonem Williamem Fairchildem zakończył się jedną wielką porażką. Nie mogła pojąć jak wiele się zmieniło przez te kilka miesięcy. Czy to wszystko dookoła nagle przeszło metamorfozę, czy może po prostu ona?
   - I ten nieszczęsny bal trzydziestolecia - jęknął Rogacz, odchylając głowę do tyłu.
   - Nie bawiłeś się świetnie? - zachichotała w odpowiedzi dziewczyna, ignorując jego zrozpaczone spojrzenie. 
   - Wyobraź sobie, że nie.
   - Prawie pobiłeś się z Willem! - choć w tamtym momencie była na niego wściekła, teraz zdecydowanie wygrywało rozbawienie. Być może dlatego, że po zerwaniu, sama miała ochotę porządnie mu przyłożyć.
   - Miał szczęście, że Hagrid nas rozdzielił - burknął James, natychmiast zasępiając się na dźwięk własnych słów. - Cholera, trochę olaliśmy go w tym roku.
   Faktycznie, pochłonięci własnymi problemami dorastania całkowicie zapomnieli o dawnym przyjacielu, który dawniej bardzo często pełnił rolę ich rozjemcy i mediatora, opiekując się nimi niczym drugi ojciec. Zwariowany, niepotrafiący piec i z odrobinę niebezpiecznym hobby, ale nadal. 
   - Powinniśmy go odwiedzić - stwierdziła, na co okularnik pokiwał głową. 
   - I to jak najszybciej. Chcesz jeszcze jednego? - wskazał na talerz z pączkami, więc pokręciła głową. Zdecydowanie przekroczyła już swój limit dodatkowych kalorii na dzisiaj. On jednak nie miał obiekcji i z uśmiechem chwycił przysmak.
   - Nigdy nie zrozumiem jak to możliwe, że tyle jecie i jeszcze nie turlacie się po korytarzu - pokręciła z niedowierzaniem głową. 
   - To chyba przez treningi quidditcha i nieustanne wałęsanie się po nocy, tak sądzę? - wzruszył ramionami. - No i wrodzona zajebistość nie pozwala mi przytyć. 
   - Ach no tak! - przewróciła oczami. - Zapomniałam.
   Dawniej uznałaby to pewnie za objaw nabrzmiałego ego i uraczyłaby go milionem nieprzychylnych epitetów, ale teraz tylko uśmiechnęła się kącikiem ust.
   - Nie przejmuj się- puścił jej oczko. - Ty też jesteś całkiem fajna. 
   W takich momentach trudno było jej przypomnieć sobie, dlaczego irytował ją w poprzednich latach. Teoretycznie w ogóle się nie zmienił: nadal chodził po szkole z głową uniesioną tak wysoko, jakby był jej królem. Nadal przechwalał się swoimi umiejętnościami magicznymi oraz popisywał na miotle. Nadal żartował z innych, robił dowcipy ślizgonom i urządzał nocne, nielegalne eskapady do Hogsmead. 
   Ale jednocześnie było w nim coś tak innego, jakiś cień w orzechowych oczach, który sprawiał, że jej dłonie zaczynały drżeć. 
   - Jak zajęcia z Grantem? Nadal tłucze cię na kwaśne jabłko?
   Posłał jej oburzone spojrzenie, które jednak nie wywarło odpowiedniego wrażenia w połączeniu z szerokim uśmiechem na jego ustach.
   - Nigdy nie tłukł mnie na kwaśne jabłko! Pozwalałem mu się trafić, żeby uodpornić się na ból.
   - No tak, jasne...
   - Ale jest dobrze. Uczy mnie takich zaklęć i uroków, o których nigdy w życiu nie słyszałem – jego zachwycona twarz była widokiem, który nie mógł się znudzić. - Nie ma opcji, żebym po tym nie dostał się do biura aurorów.
   - Przecież i tak byś się dostał - westchnęła. Był bardzo zdolnym czarodziejem, oczywiście, ale nie tylko. Choć nieczęsto rozmawiali na ten temat, wiedziała, że rodzina Potterów należała do dość znanych i szanowanych w świecie czarodziejów. Jego ojciec, Fleamont był przedsiębiorcą i twórcą „Ulizanny”, hitu wśród jej koleżanek, z kolei Euphemia, mama, należała do pierwszego pokolenia kobiet, które wywalczyły sobie miejsce w biurze aurorów i z tego co Evans słyszała, nieźle kopała tam wszystkim tyłki. James nigdy nie chwalił się pieniędzmi, ani znajomościami, jednak pewnych rzeczy nie dało się ukryć. Na Merlina, widziała jego dom! Piękny, elegancki, z czerwonej cegły i niesamowitym ogrodem. Nie mówiąc już o każdym najnowszym modelu miotły, który pojawiał się w jego rękach niemal natychmiast po wejściu do sklepów, czy też drogich prezentach, które lubił im sprawiać. 
   - Mimo to wolę coś tam umieć - wzruszył ramionami. - Żeby nie gadali, że dostałem się po znajomości. A co z tobą? Masz już jakieś konkretne plany co potem?
   - Chciałam pracować w laboratorium - wbiła spojrzenie w kubek z herbatą. - Ale teraz, w tych czasach...Chyba wybiorę coś bardziej przydatnego, no wiesz? - przytaknął.
   - Dostaniesz się wszędzie gdzie postanowisz - powiedział to z takim zdecydowaniem, że natychmiast mu uwierzyła. - Jesteś chyba najlepszą uczennicą w szkole!
   - O ile poprawię się z transmutacji - skinęła głową. - Na całe szczęście mam całkiem do rzeczy korepetytora.
   - Słyszałem, że jest niesamowicie przystojny!
   - Bo ja wiem? - skrzywiła się. - Widziałam lepszych.
   James zmrużył oczy, wpatrując się w nią z kamiennym wyrazem twarzy.
   - Evans, ty kłamczucho! Przesadziłaś. Masz pięć sekund, żeby zacząć uciekać.
   Poderwała się z piskiem z własnego miejsca, jak burza wybiegając z kuchni. Chłopak rzucił się za nią w pościg i już chwilę później, wśród dźwięków śmiechu i żartów, jakby nigdy nic gonili się po szkolnych korytarzach.  
   Zupełnie tak jakby wszystkie problemy rozpłynęły się w nicość. 


   Okazja do odwiedzin gajowego pojawiła się później niż się spodziewali, dopiero na początku grudnia. Nauczyciele dalej nie odpuszczali, wymagając od nich więcej niż kiedykolwiek. Zaczęto coraz więcej uwagi poświęcać najbardziej potrzebnym przedmiotom: transmutacji, opcm, zaklęciom i Lily nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że spowodowane jest to zbliżającą się wojną. Porzucono już nawet hasła głoszące równość przedmiotu i bez problemu zwalniali ją z numerologii oraz runów, by mogła uczestniczyć w Klubie Pojedynków.
   - Myślicie, że będzie obrażony? - mruknął Peter, wkładając dłonie do kieszeni czarnego płaszcza. 
   - To Hagrid - Syriusz przewrócił oczami. - Pewnie będzie się trochę boczył, ale po pięciu minutach da nam niejadalne ciasto i opowie o kolejnym potworku.
   - Jak to się stało, że się z nim zaprzyjaźniliście? - zapytała Sophie, podskakując lekko z ekscytacji. Nigdy nie rozmawiała z półolbrzymem, z wyjątkiem tego razu w pierwszej klasie, kiedy przewoził ich łódkami do zamku i teraz nie mogła doczekać się, by go poznać.
   - Złapał nas w pierwszej klasie, jak próbowaliśmy wejść do Zakazanego Lasu - James mocniej obwinął się szalem. - I tak jakoś wyszło.
   Całą siódemką przedzierali się przez zaspy śniegu, kierując się w stronę chatki półolbrzyma. Pogoda nie uległa ani chwilowemu ociepleniu, więc zapowiadały się prawdziwie białe święta, co nikomu oczywiście nie przeszkadzało. 
   - Okej, zróbmy to - westchnęła Cathy, gdy stanęli przed drzwiami, w które następnie kilkakrotnie zapukała. Wymienili spojrzenia, gdy po drugiej stronie rozległy się kroki, a chwilę później gajowy pojawił się  w progu. 
   Wyglądał tak jak zawsze: dwa razy wyższy niż przeciętny człowiek, postawny i odrobinę niechlujny. Jego broda i włosy zrobiły się chyba jeszcze dłuższe oraz bardziej poplątane, a na rękach trzymał szczeniaka, o rozmiarze średniej wielkości doga. 
   - A wy to kto? - burknął na przywitanie mężczyzna, mierząc ich smutnym spojrzeniem. - Znamy się?
   - Daj spokój, Hagridzie - Lupin przestąpił z nogi na nogę. - Możemy wejść?
   Black miał chyba rację co do krótkoterminowej złości przyjaciela, bo gajowy otworzył szerzej drzwi i przesunął się lekko w prawo, przepuszczając ich w progu.
   - Zapomniało się o starym kumplu, no nie? - mruknął, sięgając po czajnik. Zajęli miejsca przy dużym stole, podczas gdy on przygotowywał herbatę. - Są ważniejsze rzeczy, rozumiem. Nowego se znalazłem - machnął ogromną dłonią w stronę bawiącego się w kącie chatki szczeniaka. - Kieł się nazywa.
   Willis natychmiast uklęknęła przy piesku, zamierzając go pogłaskać, szybko jednak cofając rękę, w obawie przed jej utratą. 
   - Uważaj, cholibka! Dopiero się uczy jak się zachowywać przy gościach - zawołał, chwilę później orientując się, że nie kojarzy tych jasnych włosów i rozbawionych błękitnych oczu. - A ciebie jeszcze nie znam!
   - To jest Sophie - przedstawienia dokonał oczywiście James, sprawiając że Cathy z Lily wymieniły znaczące spojrzenia. Zgodnie z obietnicą starały się być milsze dla dziewczyny, jednak między sobą nadal wiedziały swoje. - Nowa ścigająca Gryffindoru.
   - Przepraszamy, że nie zajrzeliśmy wcześniej - odezwała się Ruda, jednocześnie chcąc zakończyć temat młodszej koleżanki jak i próbując choć trochę ich wytłumaczyć. - Nauczycielom chyba odbiło, a do tego jeszcze quidditch, Klub Pojedynków...
   - Miłostki, dowcipy. Jasne, jasne...
   - Nie bądź taką królową dramatu, Hagridzie - przewrócił oczami Łapa, powodując chichot u przyjaciółek. 
   - Przyganiał kocioł garnkowi.
   Półolbrzym postawił przed każdym z nich ogromny kubek, sam zasiadając na łóżku, z racji braku miejsc. 
   - Już dobra, dobra - pokiwał nareszcie głową. - Niech wam będzie, ale lepiej, żebyście więcej mi nie wywinęli takiego numeru, dobra? Stęskniłem się, psia kość - serce Hagrida było tak ogromne jak on sam.
   Przez najbliższą godzinę opowiadali mu o wszystkich wydarzeniach ostatnich paru miesięcy, najnowszych hogwarckich żartach oraz plotkach.
   - Grant to mocny zawodnik - pokiwał głową, gdy skończyli zachwycać się nad jego zajęciami. - Odwiedził mnie parę tygodni temu, potrzebował informacji na temat Lasu, no wiecie? I cholibka aż go nie poznałem!
   - Zmienił się od czasów Hogwartu? - zapytała Cathy, niemogąca powstrzymać ciekawości, mimo wszelkich złożonych sobie obietnic.
   - A jak! - Hagrid upił łyk herbaty i kontynuował. - Był niezłym problemem, jak ta czwórka tu - wskazał głową na wybitnie zadowolonych z siebie Huncwotów. - A przy tym zdolny jak sam nie wiem! Nic dziwnego, że tak szybko zabłysnął jako auror.
   - Nie wyobrażam sobie Granta, który robi kawały i podrywa dziewczyny - zdziwił się Peter, od piętnastu minut przeżuwający ten sam kawałek ciasta autorstwa półolbrzyma. Jako jedyny był na tyle odważny, by go spróbować. - Koleś się prawie nie uśmiecha.
   - Dużo widział, dużo przeżył - wzruszył ramionami Hagrid. - Po Sheffield...
   - Po czym? - Pollard nastawiła uszu, jednak mężczyzna szybko się wycofał.
   - Cholibka, mam za długi język - burknął. - Wiem, że teraz pewnie będziecie ciekawi, ale to nie moja historia do opowiedzenia. 
   Przytaknęli, jakby to rozumieli i szanowali, jednak wiedział, że nie zamierzali tak po prostu tego pozostawić. Nie oni. Znał ich zbyt długo. Jeżeli był jakiś sekret lub tajemnica, którą można było odkryć, należało mieć sto procent pewności, że Huncwoci spróbują wściubić tam swoje nosy. Zawsze w pogoni za przygodą.
   - Jakie plany na święta? Wracacie do domów?
   - Wszyscy- skinęła głową Lily. - A co z Nowym Rokiem?
   - Jak to co? - zdziwił się Syriusz. - Jak zawsze: u Rogacza.
   - Dokładnie. Impreza, którą zapamiętacie do końca życia! - James uśmiechnął się z zadowoleniem, a sekundę później szybko poprawił. - Lub której nie będziecie pamiętać w ogóle. Jedno z dwóch.
   - Korzystajcie póki możecie, dzieciaki - Hagrid spojrzał na nich z czułością. - Niedługo możemy nie mieć za dużo okazji do świętowania.
   Nie musiał mówić nic więcej, by zorientowali się o co mu chodzi. Czuli niepokój unoszący się w powietrzu, jednak na razie byli przecież bezpieczni. A przede wszystkim: byli razem. I dopóki tak było, nie istniała przeszkoda, której nie mogliby pokonać. 


Czy wiecie, że 16 października minął rok od dodania prologu "Przeznaczenia..." na blogu? Cóż ja też nie wiedziałam i zauważyłam to dopiero dzisiaj. A to przecież ważna rocznica! Pierwsze urodziny!
No i z tej okazji postanowiłam podzielić się z wami przeuroczą genezą tego opowiadania, czyli jak to się stało, że ono w ogóle powstało.

Otóż wszystko rozpoczęło się od tego, że podjęłam się najokropniejszej wakacyjnej pracy ever. Co zaskakujące, z perspektywy czasu aktualnie uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy jaka mogła mi się przytrafić. Ponieważ pewnego letniego dnia znalazłam ukrytą za kartonami Vicky, nieodrywającą wzroku od telefonu. Dzięki wspólnym znajomym, znałyśmy się wcześniej, choć tylko na stopie koleżeńskiej. Kierowana jednak wrodzonym wścibstwem, musiałam zapytać:
- Co czytasz?
Ona ku mojemu zdziwieniu zawstydziła się lekko i machnęła ręką.
- A takiego tam bloga...Z opowiadaniem. 
To mnie zaintrygowało, więc musiałam drążyć temat dalej.
-O! A o czym?
Już nie mogła uniknąć odpowiedzi, więc mruknęła:
- O rodzicach Harry'ego Pottera.
I to było to. Nigdy bym się nie spodziewała, że między kotami z kurzu, kartonami i ubrankami dla dzieci spotkam swoją potterowską bratnią duszę. Ale tak się właśnie stało. Nie zajęło mi dużo czasu by przyznać się jej, że ja także pisze, a nawet pracuję nad czymś dużym w tym momencie, o roboczej nazwie "Przeznaczenie lwa". Okazało się że ona też ma swoje opowiadanie, więc szybko podesłałysmy sobie pliki. Od  pierwszego zdania zakochałam się w jej twórczości (na którą bardzo serdecznie was zapraszam: Kołatka w kształcie orła) a i jej spodobały się moje wypociny.
- Ty naprawdę dobrze piszesz! Nie spodziewałam się! 
I z racji naszych wcześniejszych rozmów o stereotypowym podejściu do tematu Huncwotów (James kretyn, Lily z wiecznym PMS, różowe fancluby pełne płytkich dziewczyn, Dorcas, Ann) dodała:
- Szkoda że nie piszesz Jily. Chciałabym przeczytać jakieś normalne. 
I ta myśl wbiła się we mnie jak drzazga. Z jednej strony: miałam projekt. Ważny projekt. Z drugiej...Jily. Miłość mojego fandomowego życia. Decyzja była prosta.  
- Napiszę je. Jako prequel do drugiej części, którą będzie "Lew".
No i teraz jesteśmy tutaj. Z dwunastoma rozdziałami i planami na następne trzydzieści osiem. Z projektem, który w między czasie zmienił się oraz ewoluował i prawdopodobnie będzie się składał nie z dwóch, ale trzech części. Z blogiem, wattpadem i czytelnikami. 
Wszystko zaczęło się od tego, że podjęłam się najokropniejszej pracy wakacyjnej ever. A zakończyło tak, że Vicky jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek, a "Przeznaczenie..." zbiera kolejnych czytelników. Dziękuję za to, że jesteście i mam nadzieję, zostaniecie aż do końca :)

1 komentarz:

  1. Kocham Cię tak bardzo, że to jest nie do opisania! :D :* najgorsza-najlepsza wakacyjna praca ever ;)

    OdpowiedzUsuń