niedziela, 24 grudnia 2017

Rozdział 13: Wesołych Świąt!

Nawet nie spostrzegli się, kiedy nadeszła połowa grudnia, a oni oddali ostatnie wypracowania i pakowali się na przerwę świąteczną. Lily nie mogłaby być bardziej zachwycona wizją zobaczenia rodziców, bo choć może kochała Hogwart całym sercem i za nic w świecie nie oddałaby czasu spędzonego w zamku, to nadal brakowało jej ciepłych oczu mamy oraz dumnego uśmiechu taty, które uwielbiała dokładnie tak samo mocno jak wtedy, gdy była dziesięcioletnim dzieciakiem.
-Hej, Evans- James opadł na miejsce naprzeciwko niej, natychmiast sięgając po naleśniki. -Umówisz się ze mną?
-Nie.
-W porządku. Podasz miód?
Zachichotała lekko, spełniając jego prośbę. Od pewnego czasu wrócił do zadawania jej tego nieznośnego pytania, jednak bardziej dla żartu niż w jakikolwiek inny sposób. Mimowolnie zastanawiała się co by zrobił, gdyby kiedyś odpowiedziała inaczej niż przewidywała to reguła.
-Masz dzisiaj dobry humor- zauważyła, nie mogąc oderwać spojrzenia od jego szerokiego uśmiechu.
-A i owszem. Idą święta. A sylwester będzie najlepszą imprezą roku. Z czego tu się nie cieszyć?
Już dawno nie widziała go tak spokojnego i zrelaksowanego. Dawniej pewnie uznałaby, że jego życie kręci się wokół imprez i żartów, ale teraz cieszyła się, że choć trochę uciekł myślami od wojny i śmierciożerców.
-A właśnie, James- zawołała nagle, przywołując na twarz skruchę. -Przepraszam, ale nie mogę przyjechać na sylwestra.
Cała radość zniknęła z twarzy chłopaka, kiedy wbił w nią przerażone spojrzenie.
-Żartujesz, tak?
-Tak- zachichotała. -Po prostu chciałam zobaczyć twoją minę.
-Jesteś okrutna – rzucił w nią pomidorkiem koktajlowym.
-Ktoś o mnie mówi?- Syriusz szturchnął Pottera w ramię, dając mu znak żeby się przesunął. Peter zajął miejsce obok Lily, która pocałowała go na przywitanie w policzek.
-Zawsze mówimy o tobie, Łapo- okularnik przewrócił oczami. -Nasze życie kręci się wokół ciebie.
-Wiem. Nie ma za co.
Lily wybuchnęła śmiechem na widok miny Jamesa, która mogła oznaczać tylko jedno „dlaczego ja się z nim w ogóle przyjaźnię?”
-Jakieś konkretne plany na święta?- Pettigrew ziewnął szeroko. -Mi mama każe jechać do kuzynki która urodziła. Będę musiał wysłuchiwać zachwytów nad gówniarzem, ale przynajmniej jedzenie będzie smaczne.
-Zamierzam unikać mojej siostry i spędzić trochę czasu z rodzicami. Chcę namówić tatę na łyżwy albo...
-Kulig!- Syriusz przerwał jej w połowie zdania. -Świetnie, Evans. Zróbmy to!
-Możemy poprosić Hagrida o pomoc- przytaknął mu podekscytowany Potter. - Może pożyczy nam z dwa testrale.
-To chyba wasz najgłupszy pomysł kiedykolwiek - westchnęła Lily, upijając łyk kawy, na co Peter pokręcił głową.
-Zapomniałaś o zespole.
To wywołało falę oburzenia siedzącego naprzeciwko duetu.
-Hej! Zespół to był świetny pomysł!- zaprzeczył James, a Łapa tylko mu wtórował.
-Dokładnie! Mogę się założyć, że gdyby tylko któryś z nas potrafił śpiewać albo na czymś grać, to bylibyśmy wielkim hitem!
-Czy mi się wydaje- Cathy pojawiła się znikąd, trzymając się ramienia Remusa. -Czy rozmawiacie o Gryfońskich Chłopcach?
-Owszem.
Lupin jęknął przeciągle, a jego policzki przyjęły intensywnie czerwoną barwę.
-Chyba przysięgliśmy nigdy więcej o tym nie wspominać, prawda?
-A szkoda -Syriusz przeczesał dłonią swoje ciemne włosy niczym rasowy model. -Wyglądałem genialnie w skórzanych spodniach.
Rogacz nagle zaczął kaszleć i dusić się, a napotykając zdziwione i zaniepokojone spojrzenia przyjaciół, wyjaśnił:
-Przepraszam. Przez chwilę po prostu przygniotło mnie ego Łapy. Naprawdę Wielka Sala zaczyna być na nie za mała i już martwię się jak pomieścimy je w dormitorium...
Cała grupa, łącznie z Blackiem, wybuchnęła śmiechem, zwracając na siebie uwagę wszystkich w pomieszczeniu.
-Są wyjątkowi, prawda?- McGonagall siedząca przy stole profesorskim, uśmiechnęła się do Adama.
-Owszem, pani profesor. Jedyni w swoim rodzaju.


-Wiem, że nie możecie doczekać się przerwy świątecznej -krzyknął Grant, próbując choć trochę uciszyć rozgadanych szóstoklasistów. Niestety nawet jego autorytet miał swoje ograniczenia. -Wierzcie mi, ja też. Chcę od was odpocząć...Black, Pollard! Co wy robicie?
Wymieniona dwójka przeniosła na niego zaskoczone spojrzenia, jakby nie rozumiejąc o co mu chodzi i całkowicie ignorując spetryfikowanego Jamesa, do połowy przetransmutowanego w obwieszoną ozdobami choinkę.
-Wprowadzamy świąteczny nastrój- Syriusz wzruszył ramionami, podczas gdy Cathy dorobiła Potterowi jeszcze jedną bombkę, w dość nieprzyzwoitym miejscu. Na tyle nieprzyzwoitym, że Adamowi jakoś tak nagle zrobiło się bardzo gorąco. Ta dziewczyna wpędzi mnie do grobu, stwierdził w myślach, po czym przeklął sam siebie. Cholera, wpatrywał się w nią zdecydowanie zbyt długo.
-Odczarujcie go. Już.
Black przewrócił oczami i zdjął zaklęcie, ku niezadowoleniu uczniów, a już zwłaszcza Lily, która chichotała tak bardzo, że z trudem łapała oddech.
-Proszę bardzo, panie profesorze- Cathy uśmiechnęła się niewinnie, sprawiając że miał ochotę głęboko westchnąć.
Panie profesorze. Tylko tak zwracała się do niego od tego popołudnia, gdy przeszkodziła mu w rozmowie z młodą Bryce. Większość uważała, że widocznie już znudziło jej się gonienie za nieosiągalnym celem i nawet nie zwracała na to uwagi, ale on...Za każdym razem, gdy tak do niego mówiła, słyszał coś czego nie powinien był słyszeć i to sprawiało, że kręciło mu się w głowie. Wszystko przez to spojrzenie, uznał. To cholerne spojrzenie.
-W porządku! Mam was dość! Idźcie i mnie nie denerwujcie!- zamachał dłońmi, wyganiając uczniów z sali. Niestety, nawet mimo chwilowej utraty rozumu spowodowanej pewną uroczą małolatą, nadal pozostawał sobą, dlatego musiał dodać:
-Po świętach zrobię wam taki trening, że nie będziecie w stanie ruszyć palcem!
Co i tak nie osłabiło entuzjazmu uczniów, z radością zbierających swoje torby, a następnie wybiegających z klasy.
-Jest wiele rzeczy, które mógłby mi zrobić, a przez które nie byłabym w stanie ruszyć palcem. I na pewno też oboje bylibyśmy nieźle spoceni.
Nie musiał się odwracać, by wiedzieć kto jest autorką tego komentarza. Myślała, że nie usłyszy? Chciała, żeby usłyszał? Jego mózg pracował na najwyższych obrotach.
-Merlinie, Cath!- Lily zakryła dłońmi zaczerwienioną twarz. -Jeszcze głośniej!
-Nie ma problemu. Widziałaś jego palce? Założę się, że ma równie dług...
-Jesteś niereformowalna- to dokładnie to samo, co miał w głowie Grant.
-Widać, że pochodzisz z przedmieść, Evans. Gdzie twój bunt? Sex, drugs and rock'n roll!
-Nie mam nic przeciwko temu-sprostowała Rudowłosa, przewracając oczami. -Mam coś przeciwko rozmawianiu o tym w klasie.
-Niech ci będzie- Lily była chyba jedyną osobą na świecie, która w tak skuteczny sposób potrafiła wpłynąć na zachowanie Pollard. Śmiejąc się i przepychając, dołączyły do czekających na nie Huncwotów, po czym wspólnie z nimi opuściły salę.
Grant z westchnieniem usiadł na biurku. Był na to za stary. Albo za młody, zależy jak spojrzeć. Podsłuchana rozmowa przewróciła jego żołądek do góry nogami, przez co uznał, że odpuści sobie obiad.
Pożałował tej decyzji tak szybko, jak tylko pojawiła się pierwsza uczennica, chcąca życzyć mu wesołych świąt. Pierwsza, bo po niej przyszło jeszcze wiele następnych. Ile konkretnie? Nie miał pojęcia, przestał liczyć po trzynastu. Bycie ulubionym nauczycielem miało też widać swoje minusy.
Kiedy po raz kolejny usłyszał pukanie do drzwi, było o krok od rzucenia w intruza stojącą najbliżej zabytkową figurką przywiezioną z Gwadelupy.
-Słucham?-warknął tonem łamiącym wszelkie zasady bożonarodzeniowej życzliwości.
-Nieładnie tak mówić do ulubionej uczennicy, panie profesorze- Cathy oparła się o framugę, krzyżując ręce na piersi. Cała złość wyparowała z niego w mgnieniu oka.
-Skąd pomysł, że jesteś mogą ulubioną uczennicą?- uśmiechnął się lekko.
-Nie ma nikogo bardziej uroczego niż ja.
-Hmmm...No nie wiem- parsknął. -McGonagall? Wierzba bijąca? Tentakula?
-Medycy z Munga nie dowierzają! To prawdziwy cud! Adam Grant wykształcił w sobie poczucie humoru!- zawołała brunetka, udając podekscytowaną reporterkę. Musiał mocno ze sobą walczyć, byle tylko się nie zaśmiać.
-Potrzebujesz czegoś?
-Nie. Chciałam tylko życzyć panu profesorowi wesołych świąt.
Przez ostatnią godzinę usłyszał to co najmniej dwadzieścia razy i to w najróżniejszych, coraz to bardziej kreatywnych formach. Gracie Mulligan, ślizgonka z czwartej klasy, napisała mu poemat na dwie stopy pergaminu. Ale dopiero to jedno krótkie zdanie, z tych jednych konkretnych ust, sprawiło, że poczuł się jak po wypiciu kubka gorącej czekolady.
-Dziękuję, Pollard. Tobie również.
-Zgaduję, że nie da się pan profesor zaciągnąć pod jemiołę?- zapytała z figlarnym błyskiem w oczach, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że żartuje. Co nie było jednak zabawne? Zdecydowanie jego myśli i paląca potrzeba zaprzeczenia.
Chciałby. Chciałby. Chciałby.
-Zostawmy jemiołę Potterowi- stwierdził. -Może Evans w końcu da mu się namówić.
-Pracuję nad tym.
Mimo swojej bezczelności, arogancji i braku pohamowań, Cathy miała także wiele zalet, a bycie dobrą przyjaciółką z pewnością należało do najlepszych z nich.
-W porządku- mruknęła. -Nie zajmuję więcej czasu. Pod drzwiami już pewnie ustawiła się kolejka reszty twoich wielbicielek.
-Dobrze wiesz, że chcę rozmawiać z tobą bardziej niż z kimkolwiek innym.
Bum. Stało się. Słowa, których nie spodziewało się żadne z nich, padły z hukiem i spowodowały duszącą ciszę, podczas której on krzyczał na siebie w myślach, a ona próbowała uspokoić rozszalałe serce.
-Nie. Nie wiem.
-Masz rację- odchrząknął nerwowo. -Powinnaś iść. Na pewno musisz się jeszcze spakować czy coś takiego – z zapałem zaczął przeglądać dokumenty na biurku, za wszelką cenę unikając spojrzenia brunetki. W tej chwili budziła w nim większe przerażenie niż Kwintoped, z którym spotkał się podczas wyprawy na Wyspę Posępną rok temu.
-Jasne. Okej- ku jego zdziwieniu postanowiła nie pogrążać go bardziej. Powoli podeszła do drzwi i już trzymała dłoń na klamce, kiedy kierowana impulsem jeszcze raz zwróciła się w jego stronę.
-To najlepszy prezent, jaki mogłam dostać. Dziękuję, panie profesorze- uśmiech, który pojawił się na jej twarzy był tak szeroki, jasny i błyszczący, ze cała wściekłość na siebie, jaką czuł za tak nieostrożne słowa, natychmiast schowała się gdzieś w tyle jego głowy.
-Widzę, że strasznie spodobało ci się nazywanie mnie panem profesorem.
-Och tak- skinęła głową z istnie diabelskim uśmiechem. -Uznałam, że to strasznie seksowne. Nie uważasz?
A następnie zniknęła za drzwiami, chichocząc melodyjnie, pozostawiając go z sercem bijącym trzy razy szybciej niż zwykle.


Podróż pociągiem minęła im zbyt szybko i zanim się obejrzeli, przyszedł czas pożegnania. Mimo, że każdy cieszył się na spotkanie z rodziną, to niespędzanie ze sobą dwudziestu czterech godzin na dobę napawało ich jakimś dziwnym smutkiem.
-Widzimy się w sylwestra- uśmiechnął się Syriusz, klepiąc Petera po ramieniu.
-A jak się stęsknicie, to zapraszamy- Rogacz przeczesał włosy dłonią. -Dom Potterów zawsze stoi otwarty.
-Złóżmy sobie życzenia i chodźmy, bo twój tata już czeka- mruknęła Cathy, machając do stojącego niedaleko Fleamonta, a następnie rzucając się Remusowi na szyję.
-Wesołych świąt, Potter- Lily uśmiechnęła się nieśmiało, chowając dłonie do kieszeni czarnego płaszcza. -Mam nadzieję, że dobrze spędzisz czas.
-Ty także, Evans- on również wydawał się być zawstydzony, co uznała za bardzo urocze. -Mówiłem poważnie, wpadnij do nas któregoś dnia.
-Może to zrobię- tak naprawdę była zdecydowana, ale jak typowa dziewczyna zamierzała potrzymać go trochę w niepewności. Westchnęła lekko, i wspięła się na palce, całując chłopaka w policzek. -Na razie, James.
Zamierzał coś powiedzieć, jednak nie zdążył, ponieważ pewna blond czwartoklasistka wskoczyła mu na plecy.
-Dobrych świąt, Evans! A ty, Potter, nie zjedz za dużo, bo miotła cię nie uniesie!
-Ditto, Willis- zaśmiał się chłopak, chwytając ją za uda, aby nie spadła, na widok czego Lily poczuła się nagle chora. Na całe szczęście w tym momencie podszedł do niej Syriusz ze swoimi perwersyjnymi życzeniami, które rozbawiły ją na tyle, że zapomniała o szczęśliwej parze stojącej obok.
-Moi rodzice już czekają -westchnęła, po czym posłała przyjaciołom ostatni uśmiech. -Do zobaczenia za parę dni!
Kiedy udało jej się przebić przez tłum uczniów i nareszcie zbliżyć się do rodzicieli, paląca kula tęsknoty wybuchła w jej sercu, sprawiając że niczym mała dziewczynka rzuciła się mamie na szyję.
-Cześć, kochanie.
Minęło dobrych dziesięć minut, zanim uznała, że dostatecznie mocno wyściskała zarówno ją jak i tatę, ale w końcu udało im się wydostać z peronu oraz zapakować kufer do niewielkiego samochodu.
-Opowiadaj co u ciebie!- zarządziła Eleonore, kiedy wyjeżdżali z Londynu na przedmieścia. -Listy to nie to samo. Jak tam Cathy?
-Beznadziejnie zakochana- Lily zachichotała, na myśl o przyjaciółce, rozentuzjazmowanej słowami nauczyciela opcm. Ruda nie spodziewała się po nim takiej nieostrożności, ale szczęście Pollard było dla niej ważniejsze niż jakiekolwiek własne przekonania.
-James wyprzystojniał.
Tej uwagi Evans nie spodziewała się po własnej matce i niemal zachłysnęła się powietrzem.
-Jest bardzo przystojny, nie zaprzeczam. Ale często sprawia, że mam ochotę wbić mu widelec w oko.
-Lily!- zaśmiała się kobieta, kręcąc głową z dezaprobatą, jednak jej córka tylko wzruszyła ramionami. Taka była prawda. Najczęściej myślała o tym, kiedy tak epicko ignorował ją, gdy tylko Sophie pojawiała się w pobliżu.
-Wiesz co mówią? Kto się czubi...
-Merlinie, Mamo...Proszę cię!- przewróciła oczami szesnastolatka.
-No co? Nie mielibyśmy nic przeciwko takiemu zięciowi, prawda Edward?
-Tunia jest pierwsza w kolejności do ślubu- stwierdziła Ruda, a jej rodzice spojrzeli na nią zdziwieni.
-To ty nie wiesz?
-Niby czego?
-Prosiliśmy ją, żeby napisała ci list- mama była wyraźnie zmieszana. -Tunia zaręczyła się z Vernonem.
Lily odczuła to jako policzek. Mogły się nie dogadywać, mogły nawet się nie lubić. Ale nadal pozostawały siostrami. Lily prawdopodobnie poinformowałaby ją o takim wydarzeniu zaraz po tym jak powiedziałaby Cathy.
-Och...Może zapomniała, albo list gdzieś się zgubił- próbowała się uśmiechnąć, co z trudem jej wychodziło. -To fantastyczna wiadomość.
Nie zamierzała pokazać rodzicom jak bardzo ją to zabolało. Tunia była Tunią. Skoro jej nie potrzebowała, to Lily miała zamiar spełnić jej życzenie i pozostawić ją w spokoju. Nawet, jeśli jej samej chciało się przez to płakać.


-Dobrze jest mieć was w domu- westchnęła Euphemia, obserwując Jamesa oraz Syriusza pochłaniających ciasto czekoladowe.
-Dobrze być w domu- stwierdził Syriusz, odrobinę niewyraźnie z racji pełnych ust, ale nawet to nie odebrało jego słowom wydźwięku. Pani Potter poczuła jak jej serce rośnie, gdy uśmiechnęła się ciepło do chłopaka, którego traktowała jak drugiego syna.
-Opowiadajcie co tam w szkole. Prawie w ogóle nie pisaliście do nas w tym semestrze!
Oboje posłali jej przepraszające spojrzenia. To nie tak, że nie chcieli tego robić. Oboje kochali Fleamonta i Euphemię, jednak James nie miał chwili nawet na sen, a Black czuł się mimo wszystko trochę niezręcznie z ich rodzicielską troską.
-Co u Lily Evans?
Na ustach Rogacza pojawił się tajemniczy uśmiech, przez który Łapa parsknął śmiechem.
-Chyba wszystko dobrze. Dogadujemy się.
-A ty, Syriuszu? Znalazła się w końcu ta jedyna, która skradła ci serce?
-Niestety, za wysoko postawiła pani poprzeczkę, Pani Potter. Nikt nie jest w stanie zawładnąć nim tak jak pani.
Euphemia parsknęła śmiechem, a Fleamont siedzący obok podniósł wzrok znad „Proroka Codziennego” i żartobliwie pogroził chłopakowi palcem.
-Dlaczego nie powiedzieliście mi, że znacie Adama Granta?- zapytał w końcu James, gdy tylko przełknął ostatni kawałek ciasta.
-Nigdy nie wyszło- kobieta westchnęła. -Słyszałam jednak, że chodzisz do niego na zajęcia indywidualne. Chwali cię.
-Korespondujecie na mój temat?- James nie wiedział czy jest bardziej zdziwiony czy zirytowany.
-Wymieniliśmy parę listów, ale nie martw się. Twój temat pojawiał się tylko epizodycznie.
-O czym pisaliście?
Posłała chłopcom surowe spojrzenie, licząc że odpuszczą. Od zawsze praktykowała zasadę nieprzynoszenia pracy do domu.
-To sprawy Biura.
-Pisaliście o Sheffield?
To odrobinę zbiło ją z pantałyku.
-Skąd wiecie o Sheffield?
Gryfoni wymienili zadowolone spojrzenia, po czym równocześnie wzruszyli ramionami.
-Nie zdradzamy swoich źródeł.
-Czy choć raz nie możecie zostawić czegoś w spokoju?- burknęła niezadowolona, na co Fleamont złapał ją za dłoń.
-Inaczej nie byliby twoimi dziećmi.
-O czym pisaliście?- James nachylił się nad stołem.
-Sheffield spowodowało dużo papierkowej roboty z obliviato, ubezpieczeniami, rodzinami, procesem...No i musieliśmy ustalić gdzie schowamy przepowiednię.
-Jaką przepowiednię?- teraz nawet Syriusz się zainteresował, przerywając pochłanianie kolejnego kawałka deseru.
-Przecież mówiliście, że wszystko wiecie!- zmarszczyła czoło.
-Powiedzieliśmy, że wiemy o Sheffield. Nie o tym, co się tam wydarzyło- Black uśmiechnął się niewinnie. -Źle to pani zinterpretowała.
-Merlinie przysięgam, śmierciożercy powinni przemienić się w któregoś z was. Całkowicie tracę wobec was czujność.
-Nikomu nie powiemy, mamo, daj spokój- James przybrał najbardziej niewinną minę, jaką potrafił, dokładnie tą, której używał, gdy tylko zobaczył w sklepie nowy model miotły.
-Sheffield to jednocześnie największa porażka jak i największy sukces Biura w ostatnich miesiącach- westchnęła. -Grant dowodził grupą, którą wyznaczono do zdobycia pewnej ważnej dla nas broni.
-Przepowiedni?- wciął się Black, na co Euphemia zgromiła go surowym spojrzeniem, ale przytaknęła.
-Owszem.
-Czego dotyczy?
-I dlaczego porażka?
Była przyzwyczajona do ich ciekawości i chęci wplątywania się we wszelkie kłopoty, jakie wyczuwali w promieniu dziesięciu kilometrów.
-Przepowiednia dotyczy końca wojny, dlatego to bardzo ważne, aby nie dostała się w ręce Śmierciożerców. Niestety, przygotowali zasadzkę, w której zginęli wszyscy którzy wyruszyli na wyprawę. Z wyjątkiem Adama, jak możecie się domyślić.
-Jak to się stało?- oczy Jamesa, szeroko otwarte, wpatrywały się w mamę z powagą.
-Biuro nie spodziewało się ataku, dlatego miejsce do którego mieli się przenieść po zdobyciu przepowiedni, oraz hasło do niego, podali tylko Grantowi jako dowódcy. Gdy zaczęło się piekło, Adam musiał wypełnić zadanie i dostarczyć cel. Zamierzał szybko wrócić i faktycznie to zrobił, ale było za późno.
-O cholera...-mruknął Syriusz, nagle jakoś tracąc apetyt.
-O cholera istotnie.
-To dlatego wysłali go do Hogwartu?- Rogacz zmarszczył brwi. -Bo spieprzył?
-Po pierwsze- warknęła pani Potter. -Język! Jak ty mówisz? Po drugie: nie spieprzył. Zrobił to, co powinien: ukończył misję i sprawił, że mamy szansę wygrać z tym cholernym psycholem.
-No to co robi w szkole?- gryfoni byli już porządnie zirytowani.
-Ponieważ nawet jeśli nikt go nie obwinia, to osobną kwestią jest to, z czym Adam mierzy się we własnej głowie.
Zapadła cisza, przerywana tylko stukaniem naczyń, kiedy Euphemia zaczęła zbierać brudne talerze.
-Nie myślcie o tym, chłopcy- odezwał się w końcu Fleamont. -Zarówno Grant jak i Biuro poradzą sobie z Sheffield. My za to bez was nie poradzimy sobie z ubraniem choinki. No już! Do salonu!


Wszystko przesiąknęło świąteczną magią i cały świat zdawał się płonąć życzliwością oraz spokojem. Niemal cała Anglia pokryła się śniegiem, ku zachwytom wszystkich małych czarodziei oraz mugoli, a równo o szesnastej czterdzieści cztery, na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka. Tysiące rodzin zasiadło do kolacji, wśród śmiechu, szczęścia, a także miłości. Nic złego nie miało prawa się wydarzyć, przez co nawet najwięksi cynicy zapomnieli o złowrogich chmurach, unoszących się nad czarodziejskim światem.


Peter wpatrywał się w różową kulkę leżącą w kołysce, mimowolnie uznając, że cieszy się z bycia mężczyzną. Do dzisiaj nie pojmował jak kobiety mogą trzymać takie dziecko w brzuchu i traktować to jako coś normalnego. A następnie musiały jej jeszcze urodzić! Z racji, że mugoloznawstwo było uznawane za jeden z łatwiejszych przedmiotów, Glizdogon oczywiście na nie uczęszczał i choć chciał, to nie potrafił zapomnieć lekcji o rozmnażaniu. Ohydne, naprawdę. Nie dość, że przez dziewięć miesięcy musisz nosić takiego obcego w sobie, to dodatkowo wydalić.
-Prawda, że piękna?- zaszczebiotała Peggy, nie potrafiąca oderwać spojrzenia od córeczki.
-Piękna- przytaknął Peter, jedynie dla świętego spokoju.
Jego rodzice siedzieli w salonie razem z ciotką, więc Glizdogon uznał że nic się nie stanie, jeżeli do nich dołączy, przy okazji podkradając kolejny kawałek orzechowca.
-Ostatnio widziałam w sklepie Euphemię Potter- szepnęła teatralnie ciotka, nachylając się bliżej matki chłopaka. -Nie wyglądała za dobrze, a przecież wiesz, że ona zawsze dba o wygląd.
-Z pewnością jest przepracowana. Peter zna młodego Pottera- Ruby spojrzała z dumą na syna. -Przyjaźnią się.
-Naprawdę?- zdumiała się ciotka, nagle uznając swojego siostrzeńca za osobę trzy razy bardziej interesującą. -I jaki jest? Zadziera nosa?
-James jest świetnym przyjacielem- burknął w odpowiedzi, czując, że nawet ciasto jakoś przestało mu smakować. -I dobrą osobą.
-Przejmie firmę ojca po Hogwarcie? Każdy głupi by to zrobił, pieniądze wręcz spadają im z nieba...
-Chce być aurorem. Albo grać w quidditcha- zaprotestował szybko Glizdogon. -Może robić co tylko zechce. Jest dobry we wszystkim.
-Cóż, niektórzy to mają szczęście -ciotka sięgnęła po karafkę i dolała sobie więcej skrzaciego wina.
-A nasz Peter ma szczęście, że się z nimi przyjaźni.


Remus siedział naprzeciwko rodziców, wpatrując się w nich z niedowierzaniem. Święta naprawdę musiały kryć w sobie magię, skoro sprawiły, że ta dwójka postanowiła przestać rzucać się sobie do gardeł. A zwrot ten w domu Lupinów miał podwójnie zabawne znaczenie.
-Jesteśmy z ciebie tacy dumni- uśmiechnęła się jego mama, sięgając przez stół, by chwycić go za dłoń. -Po tym wszystkim co przeszedłeś, wyrosłeś na cudownego mężczyznę i nawet nie wiesz ile to dla nas znaczy.
-Dziękuje- mruknął tylko w odpowiedzi, całkowicie skrępowany i zawstydzony. Wiedział, że rodzice go kochali, ale od bardzo dawna nie okazali mu tego tak otwarcie.
-Dumbledore sam przysłał nam pochwałę dotyczącą twoich wyników w nauce- dodał ojciec, niemal puchnąc z dumy. -Złożył nam obietnicę, że pomoże ci znaleźć jakąś pracę po skończeniu szkoły.
Wiedział, że to miało go pocieszyć i napełnić optymizmem, jednak on tylko poczuł ścisk żołądka na myśl o wszystkich tych rzeczach, których nie doświadczy. Po co ma się męczyć na kursie aurorskim, skoro i tak nie zatrudnią wilkołaka? Pogodził się już z tym kim jest, nauczył się akceptować swój los i trudności z nim związane. Jednak czasem nadal zastanawiał się „co by było gdyby”.
-To świetnie- wyjąkał. -Ale jestem dopiero w szóstej klasie. Mam jeszcze sporo czasu, żeby pomyśleć o przyszłości.


-Dlaczego nie zaprosiłaś Sama?- mruknęła Cathy, przeciągając się leniwie. Ona i jej mama leżały na kanapie, w towarzystwie kupnych świątecznych przysmaków. Między nimi leżał wysłużony, rozpadający się karton, zawierający zdjęcia oraz inne pamiątki z przeszłości. W każde święta wyciągały go z dna szafy i przeglądały, w ramach swojej własnej rodzinnej tradycji.
-Zastanawiałam się nad tym. Ale nie wiedziałam, czy byś tego chciała.
Brunetka przewróciła oczami i sięgnęła po rodzynkę w czekoladzie.
-Dlaczego miałabym mieć coś przeciwko? Dobrze wiesz, że go uwielbiam.
-Ale zawsze byłyśmy same.
To nie koniecznie była prawda. Miały przecież Potterów. A Samuel także zawsze przy nich był, kiedy tylko go potrzebowały, nawet jeśli Cerys tego nie dostrzegała. To on nauczył Cathy grać w quidditcha, odbierał z przedszkola, gdy mama pracowała i straszył chłopaków, kiedy przyprowadziła któregoś do domu. Od zawsze traktowała go jak ojca i nie mogła cieszyć się bardziej z myśli, że Cerys nareszcie zmądrzała na tyle, by zauważyć jak fantastycznego faceta miała tuż pod nosem.
-Anthony do ciebie pisał?
-Tak, wysłał mi prezent- szesnastolatka wzruszyła ramionami. -Zaprosił mnie do siebie któregoś dnia.
-To dobrze.
-Mogę mieć pytanie? Dotyczące właśnie ciebie i taty?- mama nie spodziewała się tego pytania, ale mimo to przytaknęła. Zawsze rozmawiały o wszystkim, będąc bardziej przyjaciółkami niż matką oraz córką. Być może dlatego, że Pollard urodziła tak młodo, lub dlatego że wychowywała ją sama, wykształciła się między nimi niesamowicie silna więź.
-Dawaj.
-Dlaczego nawet nie próbowaliście być razem? Czy to, że był twoim wykładowcą stanowiło aż taką przeszkodę, że uznaliście że nie ma sensu się starać, bo i tak jej nie pokonacie, czy...?
Cerys westchnęła, wbijając spojrzenie w córkę.
-Zakochałaś się, prawda?
-Niedaleko pada jabłko od jabłoni.


Lily naprawdę próbowała skupić się na książce i nie zwracać uwagi na swoją siostrę oraz jej narzeczonego. Nie zmierzała psuć sobie świąt ich obecnością, dlatego wyczerpywała wszelkie pokłady uprzejmości jakie tylko posiadała. Co nie zmieniało faktu, że Vernona nie dało się lubić.
Nie chodziło już nawet o wygląd, choć Ruda mogła się założyć, że za dziesięć lat roztyje się do rozmiarów małego samochodu, a czubek jego głowy rozbłyśnie łysiną. Bardziej przeszkadzało jej to, jak nudy on był, bez zainteresowań i wyraźnie zarysowanych cech charakteru. Nie akceptował żadnych odstępstw od normy, przez co mimowolnie zastanowiła się nad jego reakcją, gdyby postanowiła przetrasmutować stolik kawowy w małego pekińczyka.
Nawet jego oświadczyny były idealnie poprawne, a przy tym całkowicie sztampowe i nudne. Lily była pewna, że gdyby James Potter oświadczałby się dziewczynie, wykorzystałby całą swoją kreatywność i stworzyłby moment, którego nie da się zapomnieć.
Ale dlaczego nagle wpadł jej do głowy Rogacz? Westchnęła przeciągle, upijając łyk gorącej czekolady. Może dlatego, że był najzabawniejszym i najbardziej pomysłowym chłopakiem jakiego znała? Albo dlatego, że stanowił całkowite przeciwieństwo Dursleya i synonim dla słowa przygoda?
-Mamo- wtrąciła się w środek jałowej rozmowy o polityce, przez co Vernon obrzucił ją oburzonym spojrzeniem. -Będziecie źli, jeżeli jutro po południu odwiedzę przyjaciół?
-Oczywiście, że nie- kobieta posłała jej ciepłe spojrzenie. -Możesz ich nawet zaprosić do nas, jeśli chcesz.
Cokolwiek. Cokolwiek byle uciec od tej całkowicie nienormalnej normalności.


-Chłopcy, czy możecie się proszę uspokoić! Przewrócicie choinkę!- zawołała Euphemia, z rozbawieniem obserwując goniącą się po całym domu trójkę mężczyzn. -Fleamoncie! Ty powinieneś być dorosłym!
-To ich wina, kochanie- zatrzymał się przy żonie i objął ją ramieniem, całując w skroń, na co tylko przewróciła oczami.
-Ależ oczywiście, że tak.
Przez chwilę obserwowali szesnastolatków, walczących na niby na dywanie, których radosny śmiech wypełnił cały dom. Nie musieli nic mówić, czuli dokładnie to samo. Mieli rodzinę, której tak bardzo chcieli. Dwójkę wspaniałych synów, z których byli niesamowicie dumni, nawet jeżeli z jednym nie łączyły ich więzy krwi. Mimo mrocznych czasów byli zdrowi, szczęśliwi oraz bezpieczni i rozkoszowali się tym, nie wiedząc jak długo ta sielanka może potrwać.
-Myślisz, że spodobają im się prezenty?- szepnęła Euphemia do męża, nie chcąc by gryfoni ją usłyszeli.
-Jamesowi na pewno, od tygodnia nie mówi o niczym innym jak tej cholernej miotle.
-Nie o Jamesa się martwię, jemu najłatwiej kupuje się prezenty- westchnęła kobieta. -Bardziej zastanawia mnie Syriusz.
-Popłacze się ze szczęścia-zapewnił ją Fleamont, po czym zmarszczył brwi. -Ale przysięgam, że jak się rozbije na tym cholernym motorze, to go zamorduję!


Była już prawie północ, kiedy ktoś zapukał do drzwi gabinetu Szefa Biura Aurorów, Alastora Moody'ego. Mężczyzna machinalnie sięgnął po swojążdżkę, co może podchodziło pod chorobę zawodową, ale kto na Merlina mógłby odwiedzać go o tej porze?
Spokojnie i powoli podszedł do drzwi, które następnie z impetem otworzył, podtykając magiczny patyk pod gardło intruza.
-Widzę, że jak zawsze w formie- Adam uniósł do góry prawą brew, całkowicie niewzruszony zagrożeniem w jakim się znalazł.
-Grant! Co ty tu robisz?
Sam nie wiedział. Mógł zostać w Hogwarcie, z pozostałymi nauczycielami, lub pojechać do Matildy, która przecież życzliwie go zapraszała. Jego rodzice z pewnością również ucieszyli by się z wizyty, ale on nie czuł by się tam zbyt dobrze. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca.
-Wiedziałem, że będziesz siedział sam w biurze. Uznałem, że dotrzymam ci towarzystwa.
Starszy mężczyzna spojrzał na niego czujnie, doskonale wiedząc, że za wizytą kryje się znacznie więcej, ale znał chłopaka na tyle, by nie naciskać.
-Jak w Hogwarcie?
-Spokojnie. Od zeszłego raportu nic się nie zmieniło.
-A u ciebie?
-Jest w porządku.
Moody otworzył szafkę biurka, następnie wyciągając z niej butelkę pitnego miodu i dwa kieliszki. Do każdego z nich nalał szczodrą dawkę alkoholu.
-Wesołych świąt.
-Wesołych.
Byli do siebie podobni, może właśnie dlatego tak świetnie się dogadywali. Oboje ambitni, nastawieni bardziej na karierę niż zakładanie rodziny, z misją i powołaniem do wypełnienia. To właśnie Moody dostrzegł go pierwszego dnia szkolenia i uczynił z niego autorytet, którym teraz był. Dopóki Adam nie dostał własnego oddziału, przez dwa lata ściśle współpracowali, co sprawiło, że obaj mężczyźni znali się na wylot. I właśnie dlatego Alastor musiał zapytać:
-Co cię gryzie?
Grant westchnął, wbijając spojrzenie w teraz już puste szkło.
-Nie mogłem jechać do Tildy. Nieobecność Freddiego byłaby tam zbyt zauważalna. Hogwart z kolei wydawał mi się zbyt przygnębiającą alternatywą, a rodzice...Wypytywali by mnie o małżeństwo i dzieci, a na to w tym momencie mam najmniejszą ochotę.
Przez chwilę Moody wpatrywał się w niego swoim czujnym spojrzeniem, walcząc z niewielkim sentymentalnym uciskiem w żołądku. Nagle dostrzegł w aurorze tego siedemnastolatka, którym był, kiedy się poznali.
-A niech mnie- uśmiechnął się krzywo. -Zakochałeś się!
Grant otworzył szeroko oczy, zaskoczony słowami przyjaciela.
-Co? Nie!
-Daj spokój- szef biura był wyraźnie rozbawiony. -Nie sądziłem, że doczekam tego dnia! Kim ona jest?
-Nikim- burknął niezadowolony brunet. Nie sądził, że tak łatwo przyjdzie mężczyźnie dojście do prawdy. Musiał naprawdę popracować nad swoją kamienną twarzą, która na samą myśl o Cathy, znikała równie szybko jak muffiny czekoladowe na śniadaniu.
-No dawaj- Alastor zdecydowanie za dobrze się bawił. -To jakaś nauczycielka?
-Nie.
-Ktoś z Hogsmeade?
-Nie.
Wpatrywał się w aurora, który był jednym z najbardziej bystrych i inteligentnych ludzi jakich znał. Dobrze wiedział, że szybko zrozumie sytuację i faktycznie, po chwili na twarzy przyjaciela pojawiło się zrozumienie.
-Uczennica! -zawołał, po czym wybuchnął tak głośnym śmiechem, że Adam niemal podskoczył przestraszony na fotelu.
-Cicho siedź- warknął, marząc o tym aby zniknąć.
-Och, to zbyt dobre- chichotał Alastor, ocierając łzy z oczu. -Adam Grant złamał zasady!
-Nic nie złamałem!- zaprzeczył szybko, zamierzając natychmiast wyjaśnić sytuację. -Do niczego nie doszło. Po prostu...Sam nie wiem.
Alastor rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu i machnął dłonią, sugerując mu kontynuowanie wypowiedzi.
-Wyrzuć to z siebie.
-Jest postrzelona. Nie ma szacunku do starszych, jest przekonana o własnej fantastyczności i zawsze, ale to zawsze robi to, co chce i nic jej nie obchodzi, że nie powinna. I nie rozumie nie, nawet powtarzanego milion razy. Uważa się za niesamowicie piękną, przez co uważa, że każdy tylko marzy by na niego spojrzała. I okej, faktycznie jest piękna, naprawdę, Al. Te włosy, oczy, uśmiech, nogi..Merlinie, te nogi! Ale nieważne, to i tak nie daje jej prawa do oczekiwania uwielbienia. A jeżeli czegoś chce, to nie zwraca uwagi na nic, choć przecież nie wszystko na świecie jest proste i łatwe. Czasem trzeba być odpowiedzialnym i spojrzeć na to co dookoła...
-Merlinie- Moody uśmiechnął się krzywo. -Chyba przez całą naszą znajomość nie powiedziałeś do mnie tyle słów naraz.
Adam poczuł silną ochotę, aby go uderzyć, jednak zamiast tego po prostu westchnął.
-Wiem, że to nie możliwe, tylko że...myślę o niej, okej? Dobrze wiesz, że nie jestem fanem zostawania zbyt długo w jednym miejscu, ale ona sprawia, że zaczynam się nad tym zastanawiać. I uwielbiam z nią rozmawiać. Rozśmiesza mnie, zawsze poprawia mi humor...
-Wpadłeś. Tak konkretnie. I to w niezłe gówno.
Grant sam nie mógłby tego lepiej podsumować.
-Dzięki, Al.
-Nie ma za co.
-I co ja mam teraz zrobić?
Moody po raz kolejny nalał do kieliszków miodu, który szybko wypili.
-Mam ci odpowiedzieć jako przyjaciel czy szef?
Młodszy auror jęknął głośno, ukrywając twarz w dłoniach.
-Odpowiedzi bardzo siężnią?
-Jako przyjaciel mówię ci: spróbuj. Znam cie od kilku lat i to pierwszy raz, gdy widzę cię w takim stanie- zachichotał. - To może się już więcej nie powtórzyć.
-A jako szef?
-Masz zadanie do spełnienia i na nim powinieneś się skupić. Poza tym, nawet jeśli jesteś w zamku z ramienia Biura, to i tak jesteś nauczycielem.
-Wiem.
-Dałem ci dwie rady. Sam wybierz, z której skorzystasz.


Kiedy Lily pojawiła się w drzwiach Potterów, tak uroczo zmarznięta i pokryta śniegiem, James uznał, że oto widok, na który mógłby patrzeć latami, a nadal by mu się nie znudził. Ciemnozielona gruba czapka z wełny idealnie podkreślała głęboki kasztanowy odcień włosów dziewczyny, a zaczerwienione policzki sprawiały, że wyglądała przecudownie czarująco, aż miał ochotę zamknąć ją w swoich objęciach i nie wypuszczać. Zamiast tego zdecydował się jednak na inną opcję.
-Evans, cholera! Jak ty wyglądasz? Do środka, szybko! Zaraz zrobię ci herbaty.
Uśmiechając się do niego z wdzięcznością, przekroczyła próg domu, wzdychając z rozkoszą, kiedy owiało ją ciepłe powietrze.
-Powiedziałam w Błędnym Rycerzu, że mogą mnie wyrzucić na początku wioski. Nie spodziewałam się, że jest aż tak zimno, a nie chciałam robić problemu.
Cała Lily, pomyślał, kręcąc głową z dezaprobatą. Będzie chora, ale najważniejsze, że autobus nie musiał nadrabiać dla niej drogi.
-Jesteś niereformowalna. Chodź do salonu.
Tam przy kominku wylegiwał się Syriusz, brzdękając coś na gitarze, który jednak na widok dziewczyny szybko poderwał się i chwycił ją w objęcia.
-Lily! Nie spodziewałem się, że przyjedziesz.
-Miałam wybór- wzruszyła ramionami. -Wy albo moja siostra ze swoim narzeczonym. To było proste.
-Twoja siostra się zaręczyła?- zdziwili się jednocześnie, na co Ruda tylko machnęła ręką.
-Vernon jest nudniejszy niż profesor Binns, przysięgam. Na dodatek Tunia wyjątkowo mocno dała mi odczuć, że gdyby nie rodzice, najchętniej w ogóle nie zaprosiłaby mnie na ślub. Wolałam się więc ewakuować, zamiast psuć jej humor swoją obecnością.
James objął ją ramieniem, w które chętnie się wtuliła. Był taki ciepły, a ona nadal cała zmarznięta. Poza tym po przebywaniu tyle czasu w obecności Petunii, potrzebowała odrobiny życzliwości.
-Cóż, najważniejsze, że jesteś- stwierdził Syriusz, z zadowoleniem wpatrując się w parę. -Pani Potter! Mamy gościa!
W drzwiach prowadzących do kuchni pojawiła się Euphemia, wycierając dłonie w kwiecisty fartuch.
-Kto przy...Lily, kochanie! Dzień dobry!
-Dzień dobry- poczuła się odrobinę niezręcznie, kiedy kobieta podbiegła do niej i serdecznie ją przytuliła. -Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
-Oczywiście, że nie. Co ty wygadujesz? James zrób jej herbaty, jest strasznie zziębnięta.
Okularnik zasalutował, puścił dziewczynie oczko, a następnie pobiegł do kuchni, machając niewidzialną peleryną niczym superbohater. Kretyn, pomyślała z czułością.
-Co u ciebie? - Euphemia wskazała jej miejsce na kanapie, sama siadając w fotelu. -Jak szkoła?
-Wszystko dobrze, proszę pani. Jest ciężko, ale jakoś daję radę.
Syriusz prychnął rozbawiony, posyłając jej potępiające spojrzenie.
-Nie bądź taka skromna, Evans. Jak co roku jest najlepsza w klasie. O ile nie w całej szkole.
-Gratulacje! Może wywrzesz jakiś impakt na tej dwójce- kobieta zaśmiała się wskazując na Blacka.
-Obawiam się, że skoro Remus poległ, to ja nawet nie mam po co próbować.
-Kochanie- Pani Potter uśmiechnęła się tajemniczo. -Nawet Remus nie ma pewnej znaczącej zalety, jaką jest magia kobiety, zapamiętaj to sobie- Lily zachichotała, kiedy Łapa przewrócił oczami na słowa przybranej mamy, a ona uderzyła go za to w potylicę. -Nie śmiej się, nie śmiej. Jeszcze kiedyś się przekonasz. No dobrze, zostawię was, pewnie chcecie pogadać. Lily, zjesz z nami obiad? Cyres i Catherine również przyjdą.
-Bardzo chętnie Pani Potter, jeśli nie sprawię problemu.
-Och, jesteś tak dobrze wychowana. Przy Jamesie i Syriuszu można się od tego odzwyczaić- zignorowała oburzonego Blacka i posyłając rudowłosej ostatni uśmiech zniknęła ponownie w kuchni. W przejściu minęła się z Jamesem, który próbował unieść tacę z herbatą i przy okazji nic nie rozlać.
-Twoja mama jest rewelacyjna- stwierdziła Lily, z zachwytem zauważając dumę pojawiającą się na jego twarzy.
-Wiem.
Lubiła kiedy chłopcy doceniali i szanowali rodzinę. Nigdy nie pociągali ją ci buntownicy bez powodu, którzy tak po prostu lubili uprzykrzać rodzicom życie. Oczywiście nie wliczała w to Syriusza, jego sytuacja była całkowicie usprawiedliwiona.
-Napiszę do Cathy że jesteś- Black wyskrobał parę niewyraźnych wyrazów na niewielkiej kartce, którą następnie wrzucił do kominka razem z proszkiem fiuu. -Może raczy ruszyć swój szanowny tyłek trochę szybciej.
-Idziemy do mnie? - zaproponował Rogacz. -Tam będziemy mogli w spokoju pogadać.
Ruszyli schodami do pokoju chłopaka, a Evans zaskoczyła samą siebie, odczuwając pewnego rodzaju podekscytowanie myślą, że zobaczy jego sypialnię. Przecież wielokrotnie bywała w ich dormitorium. Wiedziała, że będzie miał plakaty z drużynami quidditcha na ścianie oraz bałagan charakterystyczny dla szesnastolatków. Spodziewała się porozrzucanych książek oraz płyt, ciemnych mebli, ponieważ James tak je lubił, a także pościeli w kolorach Gryffindoru. I faktycznie to wszystko zastała. Ale i tak odebrała to zupełnie inaczej niż jego pokój w Zamku. Bardziej...intymnie.
Przez chwilę zastanawiała się gdzie usiąść, jej spojrzenie zdecydowanie zbyt długo zatrzymało się na łóżku, aż w końcu zajęła miejsce na krześle.
-Jak święta, Evans?- Łapa naprawdę traktował dom Potterów jak własny i teraz również swobodnie rozłożył się na kanapie stojącej pod oknem. -Fajne prezenty?
-Całkiem, całkiem- przytaknęła. Jej rodzice naprawdę się postarali, aż poczuła wyrzuty sumienia ile na nią wydali, jednak oboje zgodnie stwierdzili, że skoro nie rozpieszczają jej przez cały rok, mogą to zrobić chociaż w święta. -A wasze?
-Nawet nie zaczynaj...-jęknął James, niestety za późno. Syriusz tylko na to czekał.
-Dostałem motor, Ruda! Prawdziwy, niesamowity motor, który jest niemal tak piękny jak ja.
-Prawie się popłakał -jego przyjaciel zaśmiał się głośno, za co został znokautowany poduszką. -Hej!
-Sam niemal zemdlałeś na widok tej swojej disignerskiej miotełki.
Przez chwilę żartowali i rozmawiali o wszystkim co przyszło im na myśl, chociaż przecież nie widzieli się raptem dzień. Lily, jeżeli wcześniej nie była tego pewna, szybko uznała, że przyjechanie do Doliny Godryka było naprawdę dobrym pomysłem. Zapomniała o swojej okropnej siostrze oraz jeszcze bardziej okropnym przyszłym szwagrze, rozkoszując się jaśminową herbatą oraz towarzystwem dwójki Huncwotów.
-Witajcie, kochani!- drzwi otworzyły się z hukiem i stanęła w nich Cathy, kłaniając się teatralnie. -Oto przybyłam. Wiem, nie mogliście się doczekać.
-Skończyłaś?- Łapa obrzucił ją znudzonym spojrzeniem. -Mamy newsy i czekaliśmy na ciebie, żeby je opowiedzieć.
Przewróciła oczami, po czym zrzuciła jego nogi z kanapy, zajmując miejsce, które w ten sposób się zwolniło.
-No to mówcie. Co jest takiego ważnego?
James szybko streścił im to, czego dowiedzieli się poprzedniego dnia od Euphemii, a kiedy skończył obie dziewczyny wpatrywały się w niego ze zdziwieniem.
-To musiało być dla niego straszne- rudowłosa zakryła usta ręką, nie będąc w stanie wyobrazić sobie co musiał czuć profesor. Cathy dziwnie zamilkła, wpatrując się w widok za oknem.
-Teraz już wiemy dlaczego tak rzadko się uśmiecha i żartuje. No i o co chodzi z tą jego obsesją na punkcie zasad- westchnął Potter. -Ciekawi mnie jednak co takiego jest w tej przepowiedni, że była tak ważna. Wiemy, że broń, owszem. Ale jaka?
Na to pytanie żadne z nich nie znało odpowiedzi.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, aż z dołu odezwał się głos Cerys.
-Dzieciaki, Euphemia każe wam zejść na dół! Obiad gotowy!

Wymienili spojrzenia, a następnie pogrążeni w myślach, dołączyli do dorosłych w jadalni, udając że nic ich nie trapi.


Wesołych Świąt, kochani! Dużo miłości, szczęścia oraz marzeń <3 Mam nadzieję, że spędzicie cudowne dni w rodzinnej, ciepłej atmosferze. Love ya!