Gdyby
Lily miała podać tylko jeden powód, dla którego kochała Hogwart,
uznałaby to za rzecz niemożliwą do wykonania. Jak mogłaby wybrać
między przyjaciółmi, magią, zaczarowanym sufitem, nocnymi
wyprawami czy też przepysznym skrzacim jedzeniem? To miejsce było
jej domem, oazą na ziemi i nie mogła znieść myśli, że za dwa
lata Uczta Powitalna odbędzie się bez nich. Westchnęła.
- Kiedy
jedzenie? – Syriusz zagłuszył ją swoim pytaniem, po czym
uderzył głową w stół. Ceremonia przydziału dłużyła się
niemiłosiernie i chyba tylko dziewczynie to nie przeszkadzało.
Kiedy patrzyła na tych wystraszonych jedenastolatków lubiła
wyobrażać sobie ich przygody w szkole, jak potoczą się dla nich
te niewątpliwie najlepsze lata młodości. Posiadała pewien
sentyment, w przeciwieństwie do Syriusza, u którego jedynym
istniejącym uczuciem był głód.
- Jeszcze
przemówienie dyrektora – mruknął Remus, ziewając szeroko, a
Lily odniosła wrażenie, że nie spał ostatnio za dobrze. Miał za
to rację i faktycznie kilka minut później Dumbledore podniósł
się z fotela, wygłaszając bardzo rzeczową i krótką mowę, co
było dość zaskakujące, ale nie na tyle by ktokolwiek się
przejął. Zwłaszcza, gdy na stole pojawiły się parujące
półmiski oraz najwspanialsze desery, jakie można sobie było
wyobrazić. Wszyscy zachowywali się jakby przez ostatnie dwa
miesiące nic nie jedli i kiedy ostatni uczeń odłożył sztućce,
było już późno w nocy. Nikomu nie spieszyło się do łóżka,
kiedy potrawy smakowały tak dobrze, Wielka Sala wyglądała tak
pięknie, a nad stołem z prędkością błyskawicy przelatywały
najnowsze wakacyjne plotki i skandale.
Lily
szczerze uśmiała się z opowieści Mary MacDonald o romantycznym
Włochu, podzieliła się własnymi wspomnieniami znad morza i
podkradła Cathy ostatni kawałek miodowej tarty. Przez cały czas
czuła na sobie wzrok Pottera, który usilnie starała się
ignorować. Nie był on natrętny ani natarczywy, ale sprawiał, że
siedziała wyprostowana i bała się zwrócić w jego stronę.
Nie
mogła powiedzieć, że go nie lubiła. Był ideałem gryfona, a
także jedną z najbardziej zabawnych osób jakie znała, choć
pewnie nigdy nie przyznałaby tego na głos. Zrobiłby wszystko dla
swoich przyjaciół i jeżeli tylko coś go interesowało, naprawdę
potrafił się zaangażować. Nie był przystojny w tak oczywisty
sposób jak Black, o arystokratycznej urodzie i ciemnych włosach
opadających na ramiona, ale miał w sobie coś co przyciągało
damskie spojrzenia i sprawiało, że nie chciało się odwrócić
wzroku. Lily nigdy nie była do końca pewna, co to dokładnie było.
Może rozbawione spojrzenie czekoladowych oczu zza okularów, lub
charakterystyczny uśmiech, którym niemal natychmiast wszystkich
zarażał? Niezależnie od tego, doskonale rozumiała, dlaczego ktoś
mógłby się w nim zakochać. Problem polegał na tym, że nie
wiedziała dlaczego ona miała
by to zrobić.
Ponieważ
mimo świadomości istnienia licznych zalet Rogacza, jak nikt
poznała również wszystkie jego wady: zarozumiałość, graniczącą
z szaleństwem spontaniczność i głupią brawurę. Światopogląd,
w którego centrum znajdowali się jego kumple, quidditch oraz
żarty, bardzo często niewybredne, niedojrzałe, czy też raniące
innych. Ale przecież był Jamesem Potterem. Nie musiał
przejmować się nikim i niczym.
Nie
był chłopakiem dla niej.
- Lily,
wszystko w porządku? - Cathy zmarszczyła czoło, wpatrując się
zatroskanym spojrzeniem w przyjaciółkę. Dziewczyna szybko
pokiwała głową, czując jak jej policzki przyjmują kolor
dojrzałej truskawki. Zostanie przyłapaną na myśleniu o Rogaczu
nie wchodziło w rachubę. Pollard zdecydowanie dorobiłaby sobie do
tego własną teorię, a Lily nie chciała się z nią kłócić.
- Jestem
po prostu okropnie zmęczona – uśmiechnęła się niewinnie do
przyjaciółki. Mary jakby na potwierdzenie jej słów, ziewnęła
szeroko.
- Ruda
ma rację. Już późno.
Powoli,
jeden po drugim, wstali ze swoich miejsc i skierowali się w stronę
wyjścia.
- Pamiętasz
o pierwszakach? - Remus pojawił się przy Evans, przypominając jej
o obowiązkach prefekta. Jęknęła przeciągle, marząc o ciepłym
łóżku i nagle zmieniając zdanie o najmłodszym roczniku. Lupin
widząc jej minę, poklepał ją po ramieniu.
- Zajmę
się nimi, możesz iść.
I
choć dokładnie na to miała ochotę, to nie mogła zignorować
faktu, że chłopak wyglądał jeszcze gorzej od niej. Pokręciła
głową.
- Zróbmy
to razem.
Zanim
zaprowadzili dzieci do Pokoju Wspólnego, wytłumaczyli im
funkcjonowanie szkoły oraz przestrzegli przed łamaniem zasad,
zrobiło się naprawdę późno. Kiedy w końcu pożegnała się z
Lunatykiem i dowlokła do własnej sypialni, Cathy oraz pozostałe
współlokatorki spały już kamiennym snem. Lily nie miała nawet
sił, by cieszyć się z wolnej łazienki i w pięć minut
przyszykowała się do spania.
Niech
ten rok szkolny będzie naprawdę dobry, pomyślała, przykładając
głowę do poduszki i odpływając do krainy Morfeusza.
- Tęskniłem
za Hogwartem, ale zdecydowanie nie za podwójnymi eliksirami –
jęknął Peter, kiedy całą grupą jedli śniadanie. Zewsząd
dochodziły podekscytowane rozmowy i okrzyki niezadowolenia, a
między stołami kręcili się opiekunowie domów, rozdający plany
lekcji.
- Nie
wierzę, że przyjęli cię na poziom Owutemów – Syriusz
zmarszczył brwi, chwytając rozkład zajęć swojego przyjaciela.
Musiał go zobaczyć na własne oczy.
- Glizdogon,
w przeciwieństwie do ciebie, posiedział nad książkami w zeszłym
roku...- warknął Remus, posyłając Łapie karcące spojrzenie.
Sam dopilnował, żeby chłopak zdał dobrze egzaminy i był
niewiarygodnie dumny, że to faktycznie się udało. W tych czasach
aurorzy byli potrzebni na gwałt i liczyła się każda osoba, która
chciała walczyć.
- Hej,
czy wczoraj przedstawiali nauczyciela obrony? - po raz pierwszy do
rozmowy wtrącił się James, podnosząc wzrok znad planu i kierując
go na stół profesorski. Nie zauważył żadnej nowej twarzy, a
przecież powinien. Na tym stanowisku ciążyła klątwa i
nauczyciel zmieniał się co roku. Potterowi zazwyczaj to
przeszkadzało, ale po tym niewypale z piątej klasy naprawdę
liczył na kogoś nowego. Profesor Moon miała kwalifikacje jedynie
do opowiadania o swoich kotach.
- Faktycznie,
nic nie było- Lupin przyznał mu rację, nakładając na talerz
sporą porcję jajecznicy. - Ale pewnie poznamy go dzisiaj.
- Nie
opowiadałeś nam jak wczoraj poszło z Lily – mruknął Black,
skutecznie odciągając uwagę przyjaciół od problemu kadrowego.
James uśmiechnął się szeroko, wzruszając ramionami.
- Wszystko
dobrze.
- I
tyle? - Peter wypowiedział na głos pytanie, cisnące się na usta
całej trójki. - No weź, od wczoraj łazisz zamyślony, jakbyś
dostał z tłuczka...
- Przecież
wiecie, że nie lubię plotkować...- westchnął teatralnie James,
wywołując napad śmiechu u swoich przyjaciół. - Ale myślę, że
idziemy w dobrym kierunku.
- Gdzie
idziecie? - przy stole znikąd pojawiła się Lily, uśmiechając
się szeroko na powitanie. Zajęła miejsce obok Łapy, podkradając
z jego talerza kanapkę z dżemem lawendowym, podczas gdy Cathy z
westchnieniem opadła na miejsce naprzeciwko, po lewej stronie
Lunatyka.
- No
pochwal się, Rogaś – zaśmiał się Black, obserwując
zmieszanie swojego przyjaciela.
- Na
eliksiry. Poziom Owutemów...Trudna sprawa – skłamał szybko
James. - Jak się spało?
- Fatalnie
– jęknęła Catherine, odrzucając na plecy ciemne włosy.
Wyglądała jakby zaspała, co zresztą było bardzo prawdopodobne.
Podczas gdy Ruda była rannym ptaszkiem, który tuż po kolacji
zasypiał na fotelu w Pokoju Wspólnym, Pollard mogła kipieć
energią przez całą noc, by następnie zgarniać szlabany za
spóźnienia i nieuwagę spowodowaną zmęczeniem. Położyła głowę
na ramieniu Lupina, mrucząc coś pod nosem. Lily chciała jakoś to
skomentować, ale do Wielkiej Sali wleciały sowy, skutecznie
odwracając jej uwagę od przyjaciółki.
Daisy,
płomykówka dziewczyny, zgrabnie wylądowała tuż przy talerzu,
obrzucając wszystkich zaciekawionym spojrzeniem. Do jej nóżki
przywiązany był „Prorok Codzienny”, który Ruda szybko
chwyciła, spoglądając na pierwszą stronę. Nic. Na całe
szczęście najważniejszą informacją tego dnia był romans
Celestyny Warbeck i Evans poczuła nagły przypływ ciepłych emocji
wobec piosenkarki. O ile przyjemniej czytało się gazetę, kiedy
nagłówki nie atakowały słowami „śmierciożercy” czy
„kolejne morderstwo”.
- Wszystko
w porządku? - zapytał James, uważnie przypatrując się twarzy
rudowłosej. Ta posłała mu szeroki uśmiech i pokiwała głową.
- Jasne.
Powinniśmy iść, bo się spóźnimy...
Narzekając
i wzdychając podnieśli się z miejsc, niemal depcząc grupę
pierwszorocznych, którzy wychodzili z Wielkiej Sali.
- Przysięgam,
że oni co roku robią się coraz mniejsi...- burknął Syriusz,
wkładając ręce do kieszeni. - I kto w ogóle wymyślił eliksiry
od rana?!
Po
czwartej lekcji, na której zostały przypomniane im zasady oceniania
i przynajmniej z dziesięć razy podkreślona ważność Owutemów,
Lily miała dość. Naprawdę cieszyła się na ten rok szkolny, już
po Sumach, a jeszcze przed egzaminami końcowymi, gdy nie musieli
podejmować żadnych decyzji dotyczących kariery zawodowej. Liczyła
na choć chwilę przerwy od moralizatorskich przemówień
nauczycieli. Na próżno.
- Teraz
jest czas, kiedy przesądzacie o swojej przyszłości! - zawołała
Cathy, parodiując profesora Flitwicka. - Nie zniszczcie tego!
- Każda,
powtarzam każda, wasza decyzja będzie miała wpływ na to, co się
stanie! - dołączył do niej Syriusz, rozbawiając zebranych na
korytarzu uczniów. - Panno Pollard, nie może pani iść teraz do
łazienki, bo nie dostanie się pani na kurs aurorski!
- Przepraszam,
panie psorze, a co mam zjeść na obiad? - brunetka westchnęła
teatralnie, łapiąc przyjaciela za rękaw szaty.
- Byle
nie to zielone paskudztwo! To całkowicie przekreśli jakikolwiek
dobry start!
Lily
pokręciła głową, obserwując jak jej przyjaciele coraz bardziej
się rozkręcają i usiadła na zimnej posadce, opierając się
plecami o ścianę. Grube mury przyjemnie chłodziły, więc
dziewczyna przymknęła oczy, ciesząc się chwilą spokoju.
- Są
w swoim żywiole – miejsce obok niej zajął Lunatyk, nie
odrywając wzroku od dwójki gryfonów, zbierającej coraz większą
widownię.
- Zawsze
w środku zamieszania – zachichotała, odwracając twarz w jego
stronę. - Jak się czujesz?
Odkąd
przyjechali, nie mieli czasu tak naprawdę porozmawiać i Lily
bardzo się o niego martwiła. Chłopak wyglądał źle, z licznymi
zadrapaniami na twarzy i chorowicie bladą skórą, co jak zwykle
starał się bagatelizować. Ruda tylko mogła się domyślać, jak
ciężka była dla niego ostatnia pełnia, bez przyjaciół i
bezpiecznego schronienia w Zakazanym Lesie.
- Dostałem
kopa, ale to nie pierwszy i nie ostatni raz. Jest w porządku –
uśmiechnął się, próbując ją uspokoić, ale widziała, że nie
było. Podobnie jak widziała pełne zachwytu spojrzenie, którym
wpatrywał się w stojącą obok Blacka dziewczynę.
Zanim
zdążyła rzucić jakiś złośliwy i dziecinny komentarz, na
korytarzu pojawiła się osoba, która ucięła najmniejszy szept.
Albus Dumbledore szedł spokojnym krokiem w kierunku czekających na
nauczyciela szóstoklasistów, jak zwykle uśmiechając się
dobrotliwie i emanując mocą, która potrafiła onieśmielić. Ale
to nie on tak skutecznie uciszył uczniów, tylko mężczyzna za nim.
Był
bardzo wysoki oraz szeroki w ramionach, a zamiast obowiązującej
wszystkich nauczycieli czarodziejskiej szaty, miał na sobie mugolski
strój, który z pewnością był o wiele wygodniejszy i bardziej
funkcjonalny. Lily usłyszała przeciągłe westchnienie stojącej
niedaleko Amy Jordan i w myślach przyznała jej rację. Nie tylko
sylwetka robiła świetne wrażenie, ale również twarz o wydatnych
kościach policzkowych, z niewielkimi, ale męskimi śladami walk i
tym kilkudniowym seksownym zarostem. Ciemne włosy były
rozwichrzone, a brązowe oczy sprawiały wrażenie bystrych oraz
czujnych.
- A
niech mnie – nie wiadomo skąd, przy jej boku pojawiła się
Pollard, wpatrzona w nieznanego mężczyznę, jakby stanął przed nią
sam Merlin. Ten natychmiast spojrzał w ich stronę i uśmiechnął
się lekko, unosząc jeden kącik ust do góry. - Chyba mnie
usłyszał...
- Wejdźcie
do klasy! - zawołał Dumbledore, machnięciem różdżki otwierając
drzwi. - Zaraz wszystkiego się dowiecie!
Dziewczyny
rzuciły się do pierwszych ławek, jakby od tego zależało ich
życie, co Cathy skwitowała jedynie prychnięciem. Evans
zachichotała, obserwując jak ostentacyjnie jej przyjaciółka
posyła koleżankom pogardliwe spojrzenie, choć przed chwilą sama
toczyła bitwę przy wejściu. Pociągnęła ją za łokieć do
ostatniej ławki, siadając zaraz za Syriuszem i Jamesem.
- Czy
wy wiecie kto to jest?- szepnął Potter, uśmiechając się
szeroko. Obaj z Blackiem wyglądali jakby Boże Narodzenie przyszło
w tym roku wyjątkowo wcześniej. - To Adam Grant.
Nazwisko
nic Lily nie mówiło, ale Cathy chyba tak, ponieważ nagle
otworzyła szeroko usta, wpatrując się z niedowierzaniem w
gryfonów.
- Pieprzysz!
Jednak
Rogacz już nie zdążył jej odpowiedzieć, bo dyrektor klasnął w
ręce, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
- Jak
zapewne zauważyliście, nie został wam wczoraj przedstawiony nowy
nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią. Niestety nie mógł dotrzeć
na ucztę powitalną, ale cieszymy się, że dzisiaj jest już z
nami. Panie profesorze...- staruszek odsunął się, robiąc
mężczyźnie miejsce, a ten pewnym siebie krokiem stanął na
środku sali, całkowicie niespeszony uwagą i zamieszaniem jakie
wywołał.
- Nazywam
się Adam Grant. Auror piątego stopnia, od dzisiaj wasz nauczyciel.
Ruda
nawet nie wiedziała, że istnieją jakieś rangi w tym zawodzie,
ale dobrze to brzmiało. Czyżby po porażce z zeszłego roku szkoła
naprawdę zatrudniła kogoś kompetentnego?
- On
jest bogiem – usłyszała głos Syriusza, który przecież
niechętnie komplementował kogokolwiek innego oprócz siebie. - Nie
wierzę, że go tu ściągnęli!
- Liczę,
że współpraca przebiegnie pomyślnie – odezwał się
Dumbledore, klepiąc Granta po ramieniu. - Ale radzę uważać, są
sprytniejsi niż nam się wydaje....
Czy
tylko Lily odniosła wrażenie, że spojrzał w ich stronę?
Chichocząc z własnego dowcipu, dyrektor opuścił salę,
pozostawiając ich z nowym profesorem.
-
Koleś ma jakieś tysiąc odznaczeń i złapał tyle szumowin, że
sama nie wiem...- szepnęła cicho Cathy, próbując wyjaśnić
przyjaciółce nagłą ekscytację, jaka zapanowała w klasie.
- Podobno pół roku temu sam pokonał trzydzieści wampirów w
Rumunii!
-
Fałsz – odezwał się mężczyzna, powoli podchodząc do swojego
biurka. Żadna z gryfonek nie miała pojęcia jak mógł je
usłyszeć, bo nawet w świecie magii było to fizycznie niemożliwe
z takiej odległości. Mężczyzna oparł się o blat stołu,
krzyżując ręce na piersi, widocznie rozbawiony ich reakcjami. -
Było ich tylko dwudziestu.
Tak
jakby to cokolwiek zmieniało. Evans była pewna, że sama nie
poradziłaby sobie nawet z jednym.
- Opowiem
wam o tym – pokiwał głową, przypatrując się każdemu uczniowi
po kolei. - A także o chimerach, tebo, nundu, mantykorach,
kwintopedach...Dlatego mnie zatrudnili. Mam was czegoś nauczyć –
z gracją odepchnął się od biurka i przeszedł na drugą stronę
klasy, spoglądając w okno. - Nie jestem fanem teorii, obiecuje
wam, że będzie boleć, ale kiedy skończymy, będę miał
świadomość, że jesteście przygotowani.
Cathy
chwyciła pod stołem dłoń Lily i ścisnęła ją mocno. Przybycie
Granta było prawdopodobnie najlepszą rzeczą jaka im się
przytrafiła od momentu dołączenia Pottera do drużyny
Gryffindoru.
- Wstańcie
– zabrzmiało to jak rozkaz, a wykonanie go zajęło
szóstoklasistom jedynie sekundę. Machnął lekko różdżką,
sprawiając, że wszystkie ławki zmniejszyły się do rozmiarów
kostki cukru i wylądowały w jednym z licznych pudełek stojących
pod ścianą. - Nie będą nam potrzebne.
- Obrona
zostaje oficjalnie moim ulubionym przedmiotem – James i Syriusz
przybili sobie piątki, a Ruda, mimo że czuła jakby zdradzała
eliksiry, musiała choć raz się z nimi zgodzić.
- On
jest niesamowity!- westchnęła po raz tysięczny Cathy, opierając
się o drzewo. Całą grupą wyszli na błonia, chcąc wykorzystać
prawdopodobnie ostatnie już promienie słońca w tym roku. Lily
ułożyła się wygodnie, z głową na kolanach Lupina, zmuszając go
tym samym do odłożenia książki, którą właśnie czytał.
- Zazwyczaj
nie lubię, kiedy zachwycacie się innym mężczyzną niż ja –
Syriusz zamachał dłonią wskazując na samego siebie. -
Ale przyznam wam rację. Gość ma klasę.
Zachwytom
nad nowym profesorem nie było końca, a każdy rocznik dodawał
swoje pięć groszy do historii o legendarnym Adamie Grantcie.
- Lily,
widziałaś te kości policzkowe? - rozmarzyła się brunetka,
opierając się o ramię siedzącego obok Rogacza. -Nie zdziwiłabym
się jakby to właśnie nimi załatwił tego wilkołaka. Są takie
ostre!
Plotek
o sukcesach aurora było tyle ile uczniów, a co najdziwniejsze,
wszystkie wydawały się być prawdą.
- Ile
on w ogóle ma lat? - mruknęła Lily, marszcząc brwi. - Nie może
być dużo starszy od nas, ale nie pamiętam go z Hogwartu...
- Był
na siódmym roku, kiedy my zaczynaliśmy – wyjaśnił Potter,
wyjmując z kieszeni złoty znicz. Był jego ulubioną zabawką,
która przy okazji pomagała mu ćwiczyć refleks. - Wiecie, że kurs
aurorski trwa trzy lata, no nie? - wszyscy pokiwali głowami, a on
uśmiechnął się tajemniczo. - Grant podobno zrobił go w półtora.
Ma Ordery Merlina, zarówno pierwszej jak i drugiej klasy.
To
wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Miał raptem dwadzieścia
dwa lata. Nie wyglądał na legendę.
- Wiem
jedno – Peter przerwał ciszę, która zapadła po słowach
Rogacza. - Z nim tutaj? Nic złego nie może się stać.
- Ja
to widzę trochę inaczej - pokręcił głową Remus, zerkając w
kierunku zamku. - Co złego już się stało, że go do nas
przysłali?
Żadne
z nich nie miało odpowiedzi na to pytanie, więc tylko wymienili
znaczące spojrzenia. Musieli uważać. Każdy z nich dostrzegał
zmiany w świecie na zewnątrz i byliby głupi, gdyby je
zlekceważyli. Działo się źle i jeżeli mogli coś z tym zrobić,
był to ich gryfoński obowiązek.
***
No i mamy pierwszy rozdział! Widzimy się za dwa tygodnie :)

