niedziela, 30 października 2016

Rozdział 1: Było ich tylko dwudziestu

   Gdyby Lily miała podać tylko jeden powód, dla którego kochała Hogwart, uznałaby to za rzecz niemożliwą do wykonania. Jak mogłaby wybrać między przyjaciółmi, magią, zaczarowanym sufitem, nocnymi wyprawami czy też przepysznym skrzacim jedzeniem? To miejsce było jej domem, oazą na ziemi i nie mogła znieść myśli, że za dwa lata Uczta Powitalna odbędzie się bez nich. Westchnęła.
   - Kiedy jedzenie? – Syriusz zagłuszył ją swoim pytaniem, po czym uderzył głową w stół. Ceremonia przydziału dłużyła się niemiłosiernie i chyba tylko dziewczynie to nie przeszkadzało. Kiedy patrzyła na tych wystraszonych jedenastolatków lubiła wyobrażać sobie ich przygody w szkole, jak potoczą się dla nich te niewątpliwie najlepsze lata młodości. Posiadała pewien sentyment, w przeciwieństwie do Syriusza, u którego jedynym istniejącym uczuciem był głód.
   - Jeszcze przemówienie dyrektora – mruknął Remus, ziewając szeroko, a Lily odniosła wrażenie, że nie spał ostatnio za dobrze. Miał za to rację i faktycznie kilka minut później Dumbledore podniósł się z fotela, wygłaszając bardzo rzeczową i krótką mowę, co było dość zaskakujące, ale nie na tyle by ktokolwiek się przejął. Zwłaszcza, gdy na stole pojawiły się parujące półmiski oraz najwspanialsze desery, jakie można sobie było wyobrazić. Wszyscy zachowywali się jakby przez ostatnie dwa miesiące nic nie jedli i kiedy ostatni uczeń odłożył sztućce, było już późno w nocy. Nikomu nie spieszyło się do łóżka, kiedy potrawy smakowały tak dobrze, Wielka Sala wyglądała tak pięknie, a nad stołem z prędkością błyskawicy przelatywały najnowsze wakacyjne plotki i skandale.
   Lily szczerze uśmiała się z opowieści Mary MacDonald o romantycznym Włochu, podzieliła się własnymi wspomnieniami znad morza i podkradła Cathy ostatni kawałek miodowej tarty. Przez cały czas czuła na sobie wzrok Pottera, który usilnie starała się ignorować. Nie był on natrętny ani natarczywy, ale sprawiał, że siedziała wyprostowana i bała się zwrócić w jego stronę.
   Nie mogła powiedzieć, że go nie lubiła. Był ideałem gryfona, a także jedną z najbardziej zabawnych osób jakie znała, choć pewnie nigdy nie przyznałaby tego na głos. Zrobiłby wszystko dla swoich przyjaciół i jeżeli tylko coś go interesowało, naprawdę potrafił się zaangażować. Nie był przystojny w tak oczywisty sposób jak Black, o arystokratycznej urodzie i ciemnych włosach opadających na ramiona, ale miał w sobie coś co przyciągało damskie spojrzenia i sprawiało, że nie chciało się odwrócić wzroku. Lily nigdy nie była do końca pewna, co to dokładnie było. Może rozbawione spojrzenie czekoladowych oczu zza okularów, lub charakterystyczny uśmiech, którym niemal natychmiast wszystkich zarażał? Niezależnie od tego, doskonale rozumiała, dlaczego ktoś mógłby się w nim zakochać. Problem polegał na tym, że nie wiedziała dlaczego ona miała by to zrobić.
   Ponieważ mimo świadomości istnienia licznych zalet Rogacza, jak nikt poznała również wszystkie jego wady: zarozumiałość, graniczącą z szaleństwem spontaniczność i głupią brawurę. Światopogląd, w którego centrum znajdowali się jego kumple, quidditch oraz żarty, bardzo często niewybredne, niedojrzałe, czy też raniące innych. Ale przecież był Jamesem Potterem. Nie musiał przejmować się nikim i niczym.
   Nie był chłopakiem dla niej.
   - Lily, wszystko w porządku? - Cathy zmarszczyła czoło, wpatrując się zatroskanym spojrzeniem w przyjaciółkę. Dziewczyna szybko pokiwała głową, czując jak jej policzki przyjmują kolor dojrzałej truskawki. Zostanie przyłapaną na myśleniu o Rogaczu nie wchodziło w rachubę. Pollard zdecydowanie dorobiłaby sobie do tego własną teorię, a Lily nie chciała się z nią kłócić.
   - Jestem po prostu okropnie zmęczona – uśmiechnęła się niewinnie do przyjaciółki. Mary jakby na potwierdzenie jej słów, ziewnęła szeroko.
   - Ruda ma rację. Już późno.
   Powoli, jeden po drugim, wstali ze swoich miejsc i skierowali się w stronę wyjścia.
   - Pamiętasz o pierwszakach? - Remus pojawił się przy Evans, przypominając jej o obowiązkach prefekta. Jęknęła przeciągle, marząc o ciepłym łóżku i nagle zmieniając zdanie o najmłodszym roczniku. Lupin widząc jej minę, poklepał ją po ramieniu.
   - Zajmę się nimi, możesz iść.
   I choć dokładnie na to miała ochotę, to nie mogła zignorować faktu, że chłopak wyglądał jeszcze gorzej od niej. Pokręciła głową.
   - Zróbmy to razem.
   Zanim zaprowadzili dzieci do Pokoju Wspólnego, wytłumaczyli im funkcjonowanie szkoły oraz przestrzegli przed łamaniem zasad, zrobiło się naprawdę późno. Kiedy w końcu pożegnała się z Lunatykiem i dowlokła do własnej sypialni, Cathy oraz pozostałe współlokatorki spały już kamiennym snem. Lily nie miała nawet sił, by cieszyć się z wolnej łazienki i w pięć minut przyszykowała się do spania.
   Niech ten rok szkolny będzie naprawdę dobry, pomyślała, przykładając głowę do poduszki i odpływając do krainy Morfeusza.


   - Tęskniłem za Hogwartem, ale zdecydowanie nie za podwójnymi eliksirami – jęknął Peter, kiedy całą grupą jedli śniadanie. Zewsząd dochodziły podekscytowane rozmowy i okrzyki niezadowolenia, a między stołami kręcili się opiekunowie domów, rozdający plany lekcji.
   - Nie wierzę, że przyjęli cię na poziom Owutemów – Syriusz zmarszczył brwi, chwytając rozkład zajęć swojego przyjaciela. Musiał go zobaczyć na własne oczy.
   - Glizdogon, w przeciwieństwie do ciebie, posiedział nad książkami w zeszłym roku...- warknął Remus, posyłając Łapie karcące spojrzenie. Sam dopilnował, żeby chłopak zdał dobrze egzaminy i był niewiarygodnie dumny, że to faktycznie się udało. W tych czasach aurorzy byli potrzebni na gwałt i liczyła się każda osoba, która chciała walczyć.
   - Hej, czy wczoraj przedstawiali nauczyciela obrony? - po raz pierwszy do rozmowy wtrącił się James, podnosząc wzrok znad planu i kierując go na stół profesorski. Nie zauważył żadnej nowej twarzy, a przecież powinien. Na tym stanowisku ciążyła klątwa i nauczyciel zmieniał się co roku. Potterowi zazwyczaj to przeszkadzało, ale po tym niewypale z piątej klasy naprawdę liczył na kogoś nowego. Profesor Moon miała kwalifikacje jedynie do opowiadania o swoich kotach.
   - Faktycznie, nic nie było- Lupin przyznał mu rację, nakładając na talerz sporą porcję jajecznicy. - Ale pewnie poznamy go dzisiaj.
   - Nie opowiadałeś nam jak wczoraj poszło z Lily – mruknął Black, skutecznie odciągając uwagę przyjaciół od problemu kadrowego. James uśmiechnął się szeroko, wzruszając ramionami.
   - Wszystko dobrze.
   - I tyle? - Peter wypowiedział na głos pytanie, cisnące się na usta całej trójki. - No weź, od wczoraj łazisz zamyślony, jakbyś dostał z tłuczka...
   - Przecież wiecie, że nie lubię plotkować...- westchnął teatralnie James, wywołując napad śmiechu u swoich przyjaciół. - Ale myślę, że idziemy w dobrym kierunku.
   - Gdzie idziecie? - przy stole znikąd pojawiła się Lily, uśmiechając się szeroko na powitanie. Zajęła miejsce obok Łapy, podkradając z jego talerza kanapkę z dżemem lawendowym, podczas gdy Cathy z westchnieniem opadła na miejsce naprzeciwko, po lewej stronie Lunatyka.
   - No pochwal się, Rogaś – zaśmiał się Black, obserwując zmieszanie swojego przyjaciela.
   - Na eliksiry. Poziom Owutemów...Trudna sprawa – skłamał szybko James. - Jak się spało?
   - Fatalnie – jęknęła Catherine, odrzucając na plecy ciemne włosy. Wyglądała jakby zaspała, co zresztą było bardzo prawdopodobne. Podczas gdy Ruda była rannym ptaszkiem, który tuż po kolacji zasypiał na fotelu w Pokoju Wspólnym, Pollard mogła kipieć energią przez całą noc, by następnie zgarniać szlabany za spóźnienia i nieuwagę spowodowaną zmęczeniem. Położyła głowę na ramieniu Lupina, mrucząc coś pod nosem. Lily chciała jakoś to skomentować, ale do Wielkiej Sali wleciały sowy, skutecznie odwracając jej uwagę od przyjaciółki.
   Daisy, płomykówka dziewczyny, zgrabnie wylądowała tuż przy talerzu, obrzucając wszystkich zaciekawionym spojrzeniem. Do jej nóżki przywiązany był „Prorok Codzienny”, który Ruda szybko chwyciła, spoglądając na pierwszą stronę. Nic. Na całe szczęście najważniejszą informacją tego dnia był romans Celestyny Warbeck i Evans poczuła nagły przypływ ciepłych emocji wobec piosenkarki. O ile przyjemniej czytało się gazetę, kiedy nagłówki nie atakowały słowami „śmierciożercy” czy „kolejne morderstwo”.
   - Wszystko w porządku? - zapytał James, uważnie przypatrując się twarzy rudowłosej. Ta posłała mu szeroki uśmiech i pokiwała głową.
   - Jasne. Powinniśmy iść, bo się spóźnimy...
   Narzekając i wzdychając podnieśli się z miejsc, niemal depcząc grupę pierwszorocznych, którzy wychodzili z Wielkiej Sali.
   - Przysięgam, że oni co roku robią się coraz mniejsi...- burknął Syriusz, wkładając ręce do kieszeni.  - I kto w ogóle wymyślił eliksiry od rana?!


   Po czwartej lekcji, na której zostały przypomniane im zasady oceniania i przynajmniej z dziesięć razy podkreślona ważność Owutemów, Lily miała dość. Naprawdę cieszyła się na ten rok szkolny, już po Sumach, a jeszcze przed egzaminami końcowymi, gdy nie musieli podejmować żadnych decyzji dotyczących kariery zawodowej. Liczyła na choć chwilę przerwy od moralizatorskich przemówień nauczycieli. Na próżno.
   - Teraz jest czas, kiedy przesądzacie o swojej przyszłości! - zawołała Cathy, parodiując profesora Flitwicka. - Nie zniszczcie tego!
   - Każda, powtarzam każda, wasza decyzja będzie miała wpływ na to, co się stanie! - dołączył do niej Syriusz, rozbawiając zebranych na korytarzu uczniów. - Panno Pollard, nie może pani iść teraz do łazienki, bo nie dostanie się pani na kurs aurorski!
   - Przepraszam, panie psorze, a co mam zjeść na obiad? - brunetka westchnęła teatralnie, łapiąc przyjaciela za rękaw szaty.
   - Byle nie to zielone paskudztwo! To całkowicie przekreśli jakikolwiek dobry start!
   Lily pokręciła głową, obserwując jak jej przyjaciele coraz bardziej się rozkręcają i usiadła na zimnej posadce, opierając się plecami o ścianę. Grube mury przyjemnie chłodziły, więc dziewczyna przymknęła oczy, ciesząc się chwilą spokoju.
   - Są w swoim żywiole – miejsce obok niej zajął Lunatyk, nie odrywając wzroku od dwójki gryfonów, zbierającej coraz większą widownię.
   - Zawsze w środku zamieszania – zachichotała, odwracając twarz w jego stronę. - Jak się czujesz?
   Odkąd przyjechali, nie mieli czasu tak naprawdę porozmawiać i Lily bardzo się o niego martwiła. Chłopak wyglądał źle, z licznymi zadrapaniami na twarzy i chorowicie bladą skórą, co jak zwykle starał się bagatelizować. Ruda tylko mogła się domyślać, jak ciężka była dla niego ostatnia pełnia, bez przyjaciół i bezpiecznego schronienia w Zakazanym Lesie.
   - Dostałem kopa, ale to nie pierwszy i nie ostatni raz. Jest w porządku – uśmiechnął się, próbując ją uspokoić, ale widziała, że nie było. Podobnie jak widziała pełne zachwytu spojrzenie, którym wpatrywał się w stojącą obok Blacka dziewczynę.
   Zanim zdążyła rzucić jakiś złośliwy i dziecinny komentarz, na korytarzu pojawiła się osoba, która ucięła najmniejszy szept. Albus Dumbledore szedł spokojnym krokiem w kierunku czekających na nauczyciela szóstoklasistów, jak zwykle uśmiechając się dobrotliwie i emanując mocą, która potrafiła onieśmielić. Ale to nie on tak skutecznie uciszył uczniów, tylko mężczyzna za nim.
   Był bardzo wysoki oraz szeroki w ramionach, a zamiast obowiązującej wszystkich nauczycieli czarodziejskiej szaty, miał na sobie mugolski strój, który z pewnością był o wiele wygodniejszy i bardziej funkcjonalny. Lily usłyszała przeciągłe westchnienie stojącej niedaleko Amy Jordan i w myślach przyznała jej rację. Nie tylko sylwetka robiła świetne wrażenie, ale również twarz o wydatnych kościach policzkowych, z niewielkimi, ale męskimi śladami walk i tym kilkudniowym seksownym zarostem. Ciemne włosy były rozwichrzone, a brązowe oczy sprawiały wrażenie bystrych oraz czujnych.
   - A niech mnie – nie wiadomo skąd, przy jej boku pojawiła się Pollard, wpatrzona w nieznanego mężczyznę, jakby stanął przed nią sam Merlin. Ten natychmiast spojrzał w ich stronę i uśmiechnął się lekko, unosząc jeden kącik ust do góry. - Chyba mnie usłyszał...
   - Wejdźcie do klasy! - zawołał Dumbledore, machnięciem różdżki otwierając drzwi. - Zaraz wszystkiego się dowiecie!
   Dziewczyny rzuciły się do pierwszych ławek, jakby od tego zależało ich życie, co Cathy skwitowała jedynie prychnięciem. Evans zachichotała, obserwując jak ostentacyjnie jej przyjaciółka posyła koleżankom pogardliwe spojrzenie, choć przed chwilą sama toczyła bitwę przy wejściu. Pociągnęła ją za łokieć do ostatniej ławki, siadając zaraz za Syriuszem i Jamesem.
   - Czy wy wiecie kto to jest?- szepnął Potter, uśmiechając się szeroko. Obaj z Blackiem wyglądali jakby Boże Narodzenie przyszło w tym roku wyjątkowo wcześniej. - To Adam Grant.
   Nazwisko nic Lily nie mówiło, ale Cathy chyba tak, ponieważ nagle otworzyła szeroko usta, wpatrując się z niedowierzaniem w gryfonów.
   - Pieprzysz!
   Jednak Rogacz już nie zdążył jej odpowiedzieć, bo dyrektor klasnął w ręce, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
   - Jak zapewne zauważyliście, nie został wam wczoraj przedstawiony nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią. Niestety nie mógł dotrzeć na ucztę powitalną, ale cieszymy się, że dzisiaj jest już z nami. Panie profesorze...- staruszek odsunął się, robiąc mężczyźnie miejsce, a ten pewnym siebie krokiem stanął na środku sali, całkowicie niespeszony uwagą i zamieszaniem jakie wywołał.
   - Nazywam się Adam Grant. Auror piątego stopnia, od dzisiaj wasz nauczyciel.
   Ruda nawet nie wiedziała, że istnieją jakieś rangi w tym zawodzie, ale dobrze to brzmiało. Czyżby po porażce z zeszłego roku szkoła naprawdę zatrudniła kogoś kompetentnego?
   - On jest bogiem – usłyszała głos Syriusza, który przecież niechętnie komplementował kogokolwiek innego oprócz siebie. - Nie wierzę, że go tu ściągnęli!
   - Liczę, że współpraca przebiegnie pomyślnie – odezwał się Dumbledore, klepiąc Granta po ramieniu. - Ale radzę uważać, są sprytniejsi niż nam się wydaje....
   Czy tylko Lily odniosła wrażenie, że spojrzał w ich stronę? Chichocząc z własnego dowcipu, dyrektor opuścił salę, pozostawiając ich z nowym profesorem.
   - Koleś ma jakieś tysiąc odznaczeń i złapał tyle szumowin, że sama nie wiem...- szepnęła cicho Cathy, próbując wyjaśnić przyjaciółce nagłą ekscytację, jaka zapanowała w klasie. - Podobno pół roku temu sam pokonał trzydzieści wampirów w Rumunii!
   - Fałsz – odezwał się mężczyzna, powoli podchodząc do swojego biurka. Żadna z gryfonek nie miała pojęcia jak mógł je usłyszeć, bo nawet w świecie magii było to fizycznie niemożliwe z takiej odległości. Mężczyzna oparł się o blat stołu, krzyżując ręce na piersi, widocznie rozbawiony ich reakcjami. - Było ich tylko dwudziestu.
   Tak jakby to cokolwiek zmieniało. Evans była pewna, że sama nie poradziłaby sobie nawet z jednym.
   - Opowiem wam o tym – pokiwał głową, przypatrując się każdemu uczniowi po kolei. - A także o chimerach, tebo, nundu, mantykorach, kwintopedach...Dlatego mnie zatrudnili. Mam was czegoś nauczyć – z gracją odepchnął się od biurka i przeszedł na drugą stronę klasy, spoglądając w okno. - Nie jestem fanem teorii, obiecuje wam, że będzie boleć, ale kiedy skończymy, będę miał świadomość, że jesteście przygotowani.
   Cathy chwyciła pod stołem dłoń Lily i ścisnęła ją mocno. Przybycie Granta było prawdopodobnie najlepszą rzeczą jaka im się przytrafiła od momentu dołączenia Pottera do drużyny Gryffindoru.
   - Wstańcie – zabrzmiało to jak rozkaz, a wykonanie go zajęło szóstoklasistom jedynie sekundę.    Machnął lekko różdżką, sprawiając, że wszystkie ławki zmniejszyły się do rozmiarów kostki cukru i wylądowały w jednym z licznych pudełek stojących pod ścianą. - Nie będą nam potrzebne.
   - Obrona zostaje oficjalnie moim ulubionym przedmiotem – James i Syriusz przybili sobie piątki, a Ruda, mimo że czuła jakby zdradzała eliksiry, musiała choć raz się z nimi zgodzić.


   - On jest niesamowity!- westchnęła po raz tysięczny Cathy, opierając się o drzewo. Całą grupą wyszli na błonia, chcąc wykorzystać prawdopodobnie ostatnie już promienie słońca w tym roku. Lily ułożyła się wygodnie, z głową na kolanach Lupina, zmuszając go tym samym do odłożenia książki, którą właśnie czytał.
   - Zazwyczaj nie lubię, kiedy zachwycacie się innym mężczyzną niż ja – Syriusz zamachał dłonią wskazując na samego siebie. - Ale przyznam wam rację. Gość ma klasę.
   Zachwytom nad nowym profesorem nie było końca, a każdy rocznik dodawał swoje pięć groszy do historii o legendarnym Adamie Grantcie.
   - Lily, widziałaś te kości policzkowe? - rozmarzyła się brunetka, opierając się o ramię siedzącego obok Rogacza. -Nie zdziwiłabym się jakby to właśnie nimi załatwił tego wilkołaka. Są takie ostre!
   Plotek o sukcesach aurora było tyle ile uczniów, a co najdziwniejsze, wszystkie wydawały się być prawdą.
   - Ile on w ogóle ma lat? - mruknęła Lily, marszcząc brwi. - Nie może być dużo starszy od nas, ale nie pamiętam go z Hogwartu...
   - Był na siódmym roku, kiedy my zaczynaliśmy – wyjaśnił Potter, wyjmując z kieszeni złoty znicz. Był jego ulubioną zabawką, która przy okazji pomagała mu ćwiczyć refleks. - Wiecie, że kurs aurorski trwa trzy lata, no nie? - wszyscy pokiwali głowami, a on uśmiechnął się tajemniczo. - Grant podobno zrobił go w półtora. Ma Ordery Merlina, zarówno pierwszej jak i drugiej klasy.
   To wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Miał raptem dwadzieścia dwa lata. Nie wyglądał na legendę.
   - Wiem jedno – Peter przerwał ciszę, która zapadła po słowach Rogacza. - Z nim tutaj? Nic złego nie może się stać.
   - Ja to widzę trochę inaczej - pokręcił głową Remus, zerkając w kierunku zamku. - Co złego już się stało, że go do nas przysłali?
   Żadne z nich nie miało odpowiedzi na to pytanie, więc tylko wymienili znaczące spojrzenia. Musieli uważać. Każdy z nich dostrzegał zmiany w świecie na zewnątrz i byliby głupi, gdyby je zlekceważyli. Działo się źle i jeżeli mogli coś z tym zrobić, był to ich gryfoński obowiązek.



***

No i mamy pierwszy rozdział! Widzimy się za dwa tygodnie :)

niedziela, 16 października 2016

Prolog: Zgoda

     Każdy człowiek ma w swoim życiu coś, co zapiera mu dech w piersiach, a dla Jamesa Pottera niewątpliwie była to Lily Evans.
     Nie musiała nawet robić nic szczególnego. Wystarczyło, że po prostu stała, otoczona tłumem całkowicie nieistotnych uczniów, uśmiechając się tak absolutnie cudownie jak tylko ona potrafiła, a jego serce natychmiast przyśpieszało, wystukując nieregularny rytm miłosnej ballady. Nawet z tej odległości potrafił dostrzec najmniejszy szczegół jaki zmienił się w jej wyglądzie przez wakacje. Na uroczej, drobnej twarzy rozbudowała się prawdziwa konstelacja piegów, która podobnie jak brązowa opalenizna, stanowiła wspomnienie wakacyjnego słońca. Jeszcze nie tak dawno sięgające ramion włosy sporo urosły i zwijały się w rozwichrzone fale, sprawiając wrażenie, jakby dziewczyna dopiero wróciła znad oceanu. Ciemnozielona sukienka podkreślała zarówno szczupłe łydki rudowłosej jak i szmaragdowe oczy, aż James sam nie wiedział, na co dokładnie powinien spojrzeć. Była piękna. Niczym księżniczka z klasycznego, starego obrazu, jednego z tych, ozdabiających dom Blacków.
    Słyszał, że Syriusz coś do niego mówi, ale nie przejmował się tym, by odpowiedzieć. Istniały rzeczy ważne i ważniejsze, a widok Evans z pewnością należał do drugiej kategorii.
     - Rogacz! - przyjaciel uderzył go w ramię, widocznie nie zgadzając się z jego hierarchią wartości. Okularnik posłał mu obrażone spojrzenie.
     - O co ci chodzi?
     - Jeszcze się napatrzysz na Rudą w tym roku...– Black uśmiechnął się złośliwie. - Więc może znajdziemy jakiś przedział?
     Chcąc nie chcąc, powoli skinął głową i po raz ostatni zerknął na ulubioną gryfonkę. Łapa miał rację: jeszcze zdąży ze wszystkim co obiecał zrobić. Na początku musiał ją przeprosić, to z pewnością. Przez ostatnie dwa miesiące układał w głowie przemowę, ale czuł, że gdy tylko dziewczyna spojrzy na niego tym niewinnym spojrzeniem, wszystko mu ucieknie. Jednak musiał chociaż spróbować...

     - Hej, Evans!
     Rudowłosa odwróciła się do tyłu, by zobaczyć przebijającą się przez tłum Cathy, nokautującą przypadkowych pierwszorocznych swoim ogromnym kufrem. Mimowolnie poczuła jak uśmiech sam wpływa na jej usta i już po chwili przyjaciółki rzuciły się sobie na szyję, próbując tym samym przekazać sobie całą swoją tęsknotę dwóch miesięcy, do której nie przyznały by się głośno. Mimo częstych wizyt w te wakacje, musiały przyznać, że to nie było to samo, co spędzanie ze sobą dwudziestu czterech godzin na dobę. 
     - Co u ciebie? - Lily odsunęła się od gryfonki i natychmiast wzięła z jej rąk metalową klatkę, w której spokojnie siedział kot brunetki, Polifem. Catherine odgarnęła z czoła czekoladowe loki i uśmiechnęła się z wdzięcznością do Evans. Jak zwykle zaspała, kufer nie chciał współpracować, a ten cholerny zwierzak tylko ją denerwował. Na dodatek nie zjadła śniadania, co wprawiło ją w bardzo zły nastrój i w połączeniu z jej zerową koordynacją ruchową nie było niczym dobrym. Tylko na peronie potknęła się jakieś pięć razy. 
     Wymieniając się najnowszymi wiadomościami, zatargały bagaże do pociągu.
     - Huncwoci pewnie już coś zajęli – mruknęła Pollard, zaglądając do kolejnych przedziałów w poszukiwaniu kolegów, kiedy kątem oka dostrzegła jak jej przyjaciółka zatrzymuje się gwałtownie i siada na bagażach. - Lily, coś się stało?
     - Potter się stał – parsknęła Evans, wbijając spojrzenie w widok za oknem. - Nie wiem jak się zachować...
     Ich dwójka nigdy nie mogła się dogadać, ale koniec zeszłego roku był czymś, co tkwiło w pamięci dziewczyny przez całe wakacje. Każdy z nich przesadził i powiedział coś czego żałował. Wiedziała, jak okropnie zachowała się na błoniach i nie dziwiła się Jamesowi, jeżeli nie chciał z nią rozmawiać. Nie chodziło nawet o to, że kłamała. Nadal uważała, że był zakochanym w sobie pozerem, który potrafił doprowadzić ją na skraj wytrzymałości. Ale nie powinna krzyczeć na niego przed całą szkołą, zwłaszcza, że jej wściekłość była skierowana na kogoś innego. Potter oberwał rykoszetem odbitym od Severusa, jedynej osoby winnej w całym zajściu.
     - Daj spokój, Ruda – Cathy przewróciła oczami, opierając się o ścianę pociągu. - Przeprosisz, dasz mu buzi, będzie po sprawie - zignorowała mordercze spojrzenie przyjaciółki i jednym ruchem postawiła ją na nogi. - No rusz się, bo tylko tamujesz przejście. 
     Lily niechętnie spełniła rozkaz przyjaciółki, żałując tego w chwili, gdy przekroczyły próg przedziału, zajmowanego przez kolegów z roku. Cała czwórka, siedziała już na swoich zwyczajowych miejscach, teraz skupiając swoją uwagę na dziewczynach, stojących w wejściu.
    - Cześć wam – uśmiechnął się Peter, jakby nie wyczuwając niezręcznej atmosfery. - Jak wakacje?
     Cathy z trudem powstrzymując śmiech, usiadła obok chłopaka, odpowiadając na jego kurtuazyjne pytanie. Remus i Syriusz włożyli jej kufer na półkę, próbując zachowywać się normalnie, ale gdy wykonali zadanie, jedynym co mogli zrobić był powrót na swoje miejsca i pilnowanie by nikt nikogo nie skrzywdził. Ku ich zaskoczeniu, żadne z dwójki głównych zainteresowanych nie wyglądało jakby miało ochotę rozpocząć trzecią wojnę światową. 
     - Hej, Evans – James uśmiechnął się nieśmiało, nie odrywając spojrzenia od twarzy ukochanej. Widział jak walczy ze sobą i w duszy odliczał sekundy do usłyszenia jej melodyjnego głosu. Prawą ręką przeczesał zmierzwione włosy, dopiero po fakcie przypominając sobie, że Ruda przecież tego nie lubi. Od dziecka robił tak, gdy się denerwował, a przy Lily odczuwał stres większy niż przed kimkolwiek innym. Syriusz wielokrotnie wypominał mu, że zachowuje się jak głupek.
     - Cześć, Potter – uciekła wzrokiem i o dziwo nie była nastawiona tak wojowniczo, jak pod koniec zeszłego roku. Wyglądała jakby miała ochotę wybiec z przedziału, a jej twarz nagle zbladła.
     - Wszystko w porządku? - w myślach już przypominał sobie podstawowe zaklęcia medyczne, jednak dziewczyna nagle westchnęła, a następnie z prędkością błyskawicy wyrzuciła z siebie zaskakującą prośbę. 
     - Możemy pogadać?
     Cathy uśmiechnęła się z zadowoleniem, puszczając oczko do Huncwotów. Trudno było stwierdzić, który z nich był bardziej zdziwiony. James jakby w amoku wstał ze swojego miejsca i ruszył na korytarz, oczywiście przepuszczając Lily przodem, jak na prawdziwego gentlemana przystało. Pozostała trójka gryfonów rzuciła się w stronę Pollard, odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki.
     - Ty coś wiesz!
     - Lily bierze jakieś leki?
     - Wszystko wróci do normy?
     Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i poklepała Blacka po ramieniu. 
     - Czas pokaże. 

     Ruda nigdy nie sądziła, że jej buty są aż takie ciekawe. Wydawałoby się, że to tylko proste, czarne pantofelki, podobne do wszystkich innych, ale przecież miały uroczą srebrną klamrę przy pasku i niewielkie przetarcia na czubkach, które...
     - Cieszę się, że chciałaś ze mną porozmawiać - James przerwał niezręczną ciszę, a jego głos był tak spokojny, że Evans mimowolnie przestała obserwować swoje obuwie i skupiła się na twarzy chłopaka. - Martwiłem się, że nie będę miał okazji przeprosić cię za...
     - Ty mnie? - dziewczyna parsknęła nerwowym śmiechem, zakładając luźne kosmyki rudych włosów za ucho. - To ja powinnam przeprosić ciebie. Zachowałam się okropnie.
     Żadne z nich nie spodziewało się w którym kierunku pójdzie ta rozmowa, więc teraz uśmiechnęli się do siebie, czując jak atmosfera powoli paruje. James wpatrywał się w Lily z prawdziwym zachwytem, nie mogąc nasycić oczu jej niewinnością i urokiem. Miał świadomość, jaką trudność musiały sprawić jej przeprosiny oraz jak bardzo ukuły ją w dumę. A jednak zrobiła to, ponieważ uważała, że na to zasłużył i myśl ta wypełniła przyjemnym ciepłem jego klatkę piersiową.
     - Nigdy nie lubiłam, kiedy gnębiliście Severusa, więc się zdenerwowałam, a potem on...- dziewczyna wzięła głęboki oddech. Jej żołądek zacisnął się w ciasny supeł na wspomnienie tego okropnego słowa, jakim została naznaczona. - Wyżyłam się na tobie, bo zabolało mnie jego zachowanie. Nie powinnam była tego robić. 
     - W porządku, ja też nie zachowałem się idealnie.
     Oczywiście, że nie. Ale oboje wiedzieli, że nie żałował niczego, co się stało. Dręczył Snape'a od pierwszej klasy, choć Lily wielokrotnie prosiła, żeby tego nie robił. On jednak, w przeciwieństwie do niej, nie miał oczu zaślepionych wizją przyjaciół z dzieciństwa. Wiedział co tak naprawdę oznaczała znajomość ze ślizgonem: czarną magię oraz problemy, i Ruda za nic w świecie nie pasowała do tych dwóch elementów. Teraz jednak, jakimś cudem, Rogaczowi udało się upiec dwa hipogryfy na jednym ogniu: rozdzielić ją ze Smarkerusem i sprawić, że spojrzała na niego trochę bardziej przychylnie. 
     - Czyli między nami wszystko okej? - mruknęła, ponownie wbijając wzrok w swoje buty, na co James przytaknął, nie mogąc powstrzymać uśmiechu zadowolenia. - To wracajmy.
     Chciała uciec jak najszybciej i ponownie znaleźć się w gronie przyjaciół. Przebywanie z Potterem sam na sam w wąskim korytarzu nie było mądrym pomysłem. Uśmiechnęła się niepewnie i już chciała go wyminąć, kiedy zagrodził jej przejście, opierając dłoń o ścianę. 
     - To co, Evans? Umówisz się ze mną? - przez moment poczuła przypływ adrenaliny i ochoty żeby rzucić w niego zaklęciem. Szybko jednak dostrzegła żartobliwe błyski w orzechowych oczach i odetchnęła z ulgą. 
     - Na to trzeba sobie zasłużyć, Potter – pokazała mu język, przemykając pod jego ramieniem, by zniknąć w zajmowanym przez ich przyjaciół przedziale, nawet nie wiedząc jakie znaczenie miały dla niego jej słowa. Zamierzał zapracować na jej zaufanie, bo teraz miał coś co podtrzymywało go w tej decyzji. W końcu miał nadzieję. 
     Po raz pierwszy nie powiedziała „nie”.