poniedziałek, 23 października 2017

Rozdział 10: Ona

Strasznie długo ich nie ma...
Głos Cathy dobiegł do Lily jakby zza ściany, kiedy uporczywie wpatrywała się w wejście do Pokoju Wspólnego. Wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Musiało być. Jednak mimo to, nie potrafiła tak po prostu przestać się martwić, kiedy najczarniejsze scenariusze samoistnie pojawiały się w jej rudej głowie.
- Nadal nic nie widać? - mruknęła cicho, przyciągając kolana do klatki piersiowej i opierając o nie podbródek. Jej przyjaciółka westchnęła, a następnie podeszła do okna. Niestety, na ich nieszczęście, dzisiejsza noc była zimna i ciemna, niechybnie zwiastując mroźną pogodę.
- Przysięgam, że ja ich kiedyś zamorduję – stwierdziła Pollard, wracając na swój fotel. Jak zwykle starała się grać niewzruszoną, ale Ruda znała ją zbyt dobrze by w to uwierzyć. Brunetka martwiła się nawet bardziej od niej, choć nie wiedziała czy to w ogóle możliwe.
Przez kolejne dwadzieścia minut żadna nie odezwała się słowem, obie pogrążone we własnych myślach, dopóki portret nie otworzył się ze skrzypnięciem, ukazując zmęczone i odrobinę posiniaczone sylwetki Huncwotów.
- Jesteście! - obie rzuciły się w ich stronę, chcąc upewnić się, że obrażenia nie są niczym poważnym. - Wszystko w porządku?
- Spokojnie, wilczek był dzisiaj dość grzeczny - Syriusz pokiwał głową, jednak gdy Lily objęła go w pasie, wyraźnie się skrzywił.
- Spokojnie, tak? - na ustach Rudej pojawiło się niezadowolenie. - Żebra całe czy złamane?
- Całe. Są tylko obite - nakazała sobie, by zdobyć jutro trochę maści z pykostrąku, rewelacyjnej na wszelkie krwiaki i obtłuczenia.
- James? - odwróciła się w stronę okularnika, który uśmiechał się do niej uroczo. Miał zadrapanie na ramieniu, jednak oprócz tego wydawało się, że wszystko w porządku. Jego włosy były zmierzwione bardziej niż zwykle i miał w nich parę gałązek, które Lily czule wyciągnęła, nie do końca kontrolując samą siebie. Dopiero gdy napotkała zaskoczone, ale też rozbawione spojrzenia przyjaciół, zorientowała się co zrobiła. Na jej policzkach natychmiast pojawił się rumieniec.
- Wszystko w porządku, Evans – odchrząknął James, widocznie próbując wyciągnąć ją niezręcznej sytuacji. - Nie musisz się martwić. Wystarczy, że opatrzę sobie ramię i będzie okej. W dormitorium mam apteczkę.
- Nie musiałyście na nas czekać - stwierdził Peter, kiedy Cathy zakończyła inspekcję jego stanu. Nic mu się nie stało, oczywiście. Merlin jeden wiedział jak bardzo Lily była zadowolona z animagicznej postaci Pettigrew i stosunkowo niewielkiego zagrożenia, z którym się mierzył. Chociaż o niego nie musiała się dodatkowo martwić. - Jest już późno.
- I tak nie mogłybyśmy zasnąć - Cathy pokręciła gwałtownie głową, a ciemne loki niemal zasłoniły jej twarz.
- Przynajmniej dopracowałyśmy eseje z transmutacji - Lily wzruszyła ramionami. Nagle oczy trójki gryfonów otworzyły się szeroko, a następnie chłopcy wymienili spanikowane spojrzenia.
- Cholera - mruknął Syriusz, przejeżdżając dłonią po twarzy. - Zapomnieliśmy.
- Mówiliśmy, że zrobimy dzisiaj - próbował wytłumaczyć dziewczynom Glizdogon. - Ale potem Lunatyk przypomniał, że to pełnia i skupiliśmy się na tym, a teraz...
- Dobra, i tak nic z tym nie zrobimy - przerwał mu Potter. - Jestem zmęczony jak jasna cholera i muszę zmyć tą pieprzoną krew.
Podziękowali im jeszcze raz za troskę, a następnie w nie za dobrych nastrojach powlekli się do własnej sypialni. Dziewczyny odprowadziły ich wzrokiem.
- Dlatego właśnie nie powinno zostawiać się takich spraw na ostatnią chwilę - burknęła Evans, zakładając ręce na piersi.
- Byli zajęci przygotowaniami do wyprawy...Wiesz, jak się zawsze tym stresują - Cathy próbowała ich wytłumaczyć, choć przecież nie musiała. Lily rozumiała jak poważnym okresem dla gryfonów był tydzień pełni. Podchodzili do niej, co zaskakujące, bardzo odpowiedzialnie i skrupulatnie, doskonale zdając sobie sprawę, wszelkie niedopatrzenia mogą być śmiertelnie niebezpieczne.
- Wiem, Cath...- mruknęła cicho, przenosząc wzrok na stertę książek leżącą na stoliku. - Ile mamy czasu?
- Do początku zajęć? Jakieś cztery godziny, jeśli nie pójdziemy na śniadanie. Transmutacja jest na drugiej lekcji.
Wymieniły spojrzenia. Zapowiadał się ciężki poranek.


McGonagall weszła do klasy, natychmiast ucinając wszelkie rozmowy. Lubiła tą dyscyplinę oraz fakt, że nikt nie próbował z nią igrać. No, prawie nikt, nie licząc czwórki upartych gryfonów, do której jednak nawet ona, jako doświadczona nauczycielka z długim stażem, miała pewną głęboko skrywaną słabość. Jej wzrok mimowolnie skierował się w stronę chłopców, którzy jak zwykle zajęli miejsca w ostatniej ławce, zaraz za koleżankami ze swojego domu. Wyglądali o wiele lepiej niż dwa dni temu.
- Mam wasze wypracowania. Możecie odebrać je po lekcji, będą leżały na biurku. Jeżeli ktoś chciałby skonsultować ocenę, proszę bardzo.
Położyła arkusze na blacie, a następnie machnęła różdżką, przywołując do siebie klatkę z kolorową papugą – pomocą naukową na dzisiejsze zajęcia.
Gdy minęło półtorej godziny, podczas których niemal połowie uczniów udało się wykonać zadanie poprawnie, zapowiedziała koniec lekcji. Młodzi czarodzieje szybko zebrali swoje podręczniki oraz pergaminy, a następnie rzucili się w stronę biurka, by obejrzeć własne prace.
Nie mogła nie zauważyć, że trójka Huncwotów, ze zwieszonymi głowami próbuje niepostrzeżenie wyjść z sali, unikając jej czujnego spojrzenia jak ognia.
- Potter! Black! Pettigrew! - zawołała, zatrzymując ich w półkroku. Powoli odwrócili się w jej stronę, przyjmując najbardziej niewinne wyrazy twarzy jakie byli w stanie, ale znała ich za dobrze by się na to nabrać. - Zostańcie. Pan Lupin również.
Peter jęknął cicho, Remus zbladł, a na usta Syriusza widocznie cisnęło się jakieś niecenzuralne słowo. Przechodząca obok nich Lily poklepała tego ostatniego po ramieniu, zapewne w ramach wsparcia, a następnie wyminęła, aby opuścić klasę. Nic z tego.
- Panno Evans! Pollard! Was też zapraszam.
Obie gryfonki wymieniły przerażone spojrzenia, ale posłusznie się zatrzymały. Nie próbowały dyskutować, w ten sposób potwierdzając tylko w oczach nauczycielki swoją winę. Gdy reszta uczniów opuściła salę, przywołała całą grupę do biurka.
- Nie chcecie zobaczyć swoich wypracowań? - zwróciła się do Huncwotów, wyciągając przed siebie trzy arkusze. Na ich twarzach pojawiło się zdziwienie. - Black, Potter, Pettigrew. To chyba wasze nazwiska.
Szybko wyciągnęli ręce, odbierając eseje z rąk pani profesor. Faktycznie. Schludnie napisane, na odpowiednią długość, z paroma błędami, ale nie na tyle dużymi by oblać. Wszyscy dostali Zadowalający.
- Dziękujemy pani profesor – odważył odezwać się James, nadal widocznie nie rozumiejąc skąd wypracowania się u niej znalazły. - Zapomnieliśmy o nich...
- Oczywiście, że tak panie Potter – skinęła głową. - Jednak bardziej zastanawiające od waszego zapominalstwa, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić, jest dla mnie to, dlaczego pan Lupin oddał mi aż trzy eseje?
Lunatyk otworzył usta, być może ze zdziwienia, być może chcąc się bronić, jednak finalnie nie wydusił z siebie słowa.
- Trzy? - tym razem odezwał się Black, widocznie nie rozumiejący tego co się dzieje.
- Trzy. Wiem, panie Lupin, że jest pan ambitny, ale na przyszłość wystarczy tylko jeden.
- Tak jest, pani profesor - Chłopak pokiwał głową, a Lily ukryła twarz w dłoniach.
Nauczycielka przez chwilę wpatrywała się w winowajców, nie do końca wiedząc co powinna zrobić. Ta szóstka bardzo często stawiała ją przed podobnymi dylematami.
- Odejmuję dziesięć punktów Evans oraz Pollard za podrobienie wypracowań, a także Blackowi, Potterowi, Pettigrew za nie napisanie ich.
Z gardeł młodych gryfonów wydobyły się jęki niezadowolenia. Słusznie, stracili dla swojego domu pięćdziesiąt punktów. Jednak McGonagall jeszcze nie skończyła.
- I przyznaję każdemu z was po piętnaście – jeśli sądziła, że wcześniej byli zdziwieni to się myliła. Dopiero teraz w ich oczach pojawiło się prawdziwe zaskoczenie. - Za lojalność wobec przyjaciół i dbanie o siebie nawzajem. A teraz idźcie, bo spóźnicie się na obiad.


- Trzy wypracowania! - Syriusz pokręcił głową, kiedy tylko wyszli z klasy. - Cholera, Lunatyku! Mogłeś nam powiedzieć, że oddałeś je wcześniej!
- A wy! - na ustach Jamesa widniał szeroki uśmiech, kiedy odwrócił się w stronę przyjaciółek. - Naprawdę napisałyście dla nas eseje?
Lily wzruszyła ramionami.
- Nie chciałyśmy, żebyście mieli problemy...Ale dlaczego wy napisaliście ten Remusa?! Byliście wykończeni!
- No pewnie, że byliśmy - Glizdogon przewrócił oczami. - I swoje zadania mieliśmy gdzieś. Ale przecież Lunio nie mógł stracić swojej idealnej średniej, a my byliśmy święcie przekonani, że zapomniał...
Zatrzymali się na środku korytarza, wymieniając znaczące spojrzenia, a następnie wybuchnęli śmiechem. Chyba powinni popracować nad komunikacją w grupie...Ale tylko i wyłącznie nad tym. Reszta była idealna.
- Nie wiem jak wy, ale ja umieram z głodu – Cathy chwyciła się za brzuch, który dokładnie w tym momencie postanowił się odezwać.
- Słyszymy - zaśmiał się Syriusz, obejmując dziewczynę ramieniem. - Chodźmy. To coś - wskazał na jej żołądek - zaraz się wkurzy.
Dyskutowali o zaskakująco miłym zachowaniu McGonagall, a następnie o kolejnym eseju, który mieli do napisania. Jeśli sądzili, że szósta klasa będzie choć trochę mniej męcząca niż piąta, z każdym dniem coraz bardziej uświadamiali sobie swoją pomyłkę.
- Jest Grant - Lily szturchnęła przyjaciółkę łokciem, więc ta natychmiast przerwała rozmowę i spojrzała na stół profesorski, przypominając Rudej psa myśliwskiego.
- I co z tego?
- Co z tego? - powtórzyła dziewczyna, marszcząc brwi.
- No wiesz, fakt kiedyś się nim zachwycałam - brunetka lekceważąco wzruszyła ramionami, nie odwracając jednak wzroku od mężczyzny. - Ale teraz, kiedy już ochłonęłam i zdałam sobie sprawę, że to bez sensu...- nagle przerwała i westchnęła ciężko. Widać uznała, że i tak nikogo nie przekona, a już z pewnością nie samej siebie. - Nadal się nim do cholery zachwycam. Nie potrafię przestać! Dlaczego on musi być taki przystojny? - jęknęła cicho, nie chcąc by Huncwoci ją usłyszeli. I tak nieustannie, przy każdej okazji śmiali się z jej zauroczenia. - Mówię serio, Lils. Moje oczy wręcz bolą...
Evans zachichotała, ciągnąc ją do stołu.
- Spokojnie. Jego też z pewnością boli pewna część ciała na twój widok.
Pollard zakrztusiła się właśnie przełykanym sokiem.
- Lilyanne! Czy ty właśnie powiedziałaś dwuznaczny żart?
- Tak naprawdę był dość jednoznaczny...
- Tym bardziej!
Ruda przewróciła oczami, chwytając półmisek z zapiekanką.
- A tak na poważnie, nie sądzisz, że powinnaś sobie odpuścić? Wiem, że ci się podoba, jednak jest nauczycielem, poza tym słyszałam, że Frank Longbottom chce się z tobą umówić.
Obie natychmiast spojrzały w stronę starszego o rok gryfona, który siedział parę metrów dalej z przyjaciółmi. Jasne, był miły, zabawny i przystojny, a w czwartej klasie może nawet trochę się w nim podkochiwała...Tyle, że to nie wystarczało. Już nie. Nie był nim.
Przez takie myśli czuła się jak głupia gówniara.
- Co wy tam tak szepczecie? - Syriusz odwrócił się w ich stronę z uśmiechem. - Wzdychacie nad tym jaki jestem przystojny, prawda?
- Łapciu, Łapciu...- Lily zmierzwiła jego ciemne włosy. - Jak ty nas dobrze znasz.
- No hej! - Willis pojawiła się jak zwykle znikąd i opadła na miejsce obok Jamesa, całując go w policzek na przywitanie. - Mogę się dosiąść, nie?
- Pytasz czy wiesz? - okularnik natychmiast skupił całą swoją uwagę na blondynce, a jego przyjaciółki wymieniły znaczące spojrzenia.
- Nie znoszę jej – szepnęła Cath i Lily mogła jedynie pokiwać głową.
- Ja też nie.
- Odkąd dostałam się do drużyny, dziewczyny z dormitorium doprowadzają mnie do szału – poskarżyła się ścigająca, wzdychając głęboko. - Serio, niech któryś z was się z nimi umówi, albo ujawnijcie się jako kochankowie, bo naprawdę dłużej tego nie wytrzymam.
- Zawsze możesz przyjść do nas - uśmiechnął się James i objął ją ramieniem, a Black zachichotał.
- Jednak rozważymy wyjście z szafy. Rogaczu, nasza miłość musi w końcu ujrzeć światło dzienne.
- Dyskutowaliśmy już o tym, Łapo. Ludzie nie są jeszcze na to gotowi.
Remus przewrócił oczami, ale dziewczyny oraz Glizdogon zaśmiali się głośno. Przez chwilę rozmawiali na temat rozstania Emmeliny Vance i Amosa Diggory'ego, a następnie o zbliżającym się meczu Gryffindoru ze Slytherinem i nikt z nich nie zauważył zdenerwowanej profesor Sprout, podchodzącej do Dumbledora. Kobieta nachyliła się nad dyrektorem, szepcząc coś bardzo szybko i nie mogło to być nic dobrego. Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym przywołał do siebie Granta, który po krótkiej rozmowie z Albusem błyskawicznie wybiegł z pomieszczenia.
- Coś się stało - mruknęła Cathy, nieodrywająca spojrzenia od nauczyciela przez cały obiad. Jej przyjaciele natychmiast przerwali dyskusję nad strategią gry domu węża.
- Co?
- Coś się stało - powtórzyła, ale nie zdążyła nic wyjaśnić, ponieważ dyrektor wstał ze swojego miejsca, prosząc o spokój oraz uwagę.
- Niestety, mam dla was złą wiadomość, jednak dzisiejsze zajęcia z obrony przed czarną magią są odwołane.
- Cholera - James szybko spoważniał i zmartwiony spojrzał na drzwi, za którymi zniknął Adam. - Myślicie, że znowu zaatakowali?
- Dowiedzmy się - Lily wstała w idealnym momencie, by złapać przechodzącą obok profesor Sprout. - Przepraszam, pani profesor. Coś się stało? Czy to śmierciożercy? Był kolejny atak?
- Proszę się uspokoić, panno Evans - nauczycielka położyła dłoń na jej ramieniu. - Profesor Grant musiał opuścić zamek ze względów osobistych. Wszystko w porządku. Nie musicie się przejmować, dzieciaki.
Posłała im smutny uśmiech i szybko wyszła z jadalni. Gryfoni wymienili spojrzenia.
- Względy osobiste, huh? - nikt do końca nie wierzył w prawdziwość tego stwierdzenia, ale zachowanie reszty kadry nauczycielskiej trochę ich uspokoiło. Nikt oprócz Adama i Sprout nie opuścił sali, nie wyglądali też na zdenerwowanych. Raczej na smutnych.
- W każdym razie...- odchrząknął Syriusz, próbując rozładować napiętą atmosferę. - Mamy wolne. Jakieś pomysły na wieczór?
- Hogsmeade? - wzruszył ramionami Peter i wszyscy po chwili zastanowienia pokiwali głowami. Tylko Sophie zmarszczyła brwi, powątpiewając w ich plan.
- Niby jak? Wyjście z zamku jest pilnowane.
Cała szóstka gryfonów zachichotała.
- Owszem - Lily uśmiechnęła się niczym rasowy huncwot. - Ale tylko jedno z wielu.


- Często to robicie? - Willis nadal nie mogła wyjść z podziwu i rozglądała się po ciemnym tunelu z szeroko otwartymi oczami.
- Zdarza się - mruknęła w odpowiedzi Ruda. - Cathy i Huncwoci wymykają się nieustannie, ja mniej. Mimo wszystko to trochę niedozwolone i czasem mam wyrzuty sumienia.
- Niesamowite. Jesteście o wiele fajniejsi niż moi znajomi.
To było tak urocze, że pomimo swojej niechęci wobec młodszej koleżanki, dziewczyna i tak musiała się uśmiechnąć.
W końcu doszli do końca korytarza i otworzyli klapę, prowadzącą do Miodowego Królestwa. Czwartoklasistka co chwilę rzucała czymś w stylu „fantastyczne" i „jak wy to odkryliście", sprawiając że wszyscy chichotali rozbawieni jej zachowaniem.
- To tak jakbym odkryła zupełnie inną stronę Hogwartu!
- Ten zamek kryje wiele tajemnic - James nachylił się by móc patrzeć dziewczynie w oczy.
- Pokażesz mi je?
- Jak na to zasłużysz. Ale musisz bardzo, ale to bardzo ładnie poprosić.
Uśmiechali się do siebie szeroko, nie przerywając kontaktu wzrokowego, zupełnie jakby komunikowali się bez słów, na jakimś metafizycznym poziomie, znajdującym się poza zasięgiem Lily. Rudowłosa odwróciła się plecami do pary, nagle zirytowana obecnością Willis, która przecież do tej pory jej nie przeszkadzała.
- To co? - zawołał Syriusz, zauważając zmianę nastroju przyjaciółki. - Kremowe w Trzech Miotłach?
Objął dziewczynę ramieniem i poprowadził w stronę wyjścia ze sklepu, przyrzekając sobie, że porozmawia z Rogaczem po powrocie. - Wszystko okej, Evans?
- Jak zawsze.
No pewnie. Black sam miał pewne problemy z rozmawianiem o uczuciach jednak przy Lily wychodził wręcz na mazgaja. Dla dziewczyny, cokolwiek by się nie działo, nieustannie było „w porządku" i „dobrze", a jego za każdym razem frustrował fakt, że nie chciała dać sobie pomóc. Była silna, słusznie. Siła miała być im potrzebna w najbliższym czasie. Ale nie mogła dźwigać wszystkiego sama. Od tego miała ich.
- Dołączę do was za chwilę - zawołała w pewnym momencie Cathy, nawet nie czekając na odpowiedź, tylko odbiegając w nieznanym kierunku.
- A tej co?
- Wydawało jej się, że kogoś zobaczyła - burknął niezadowolony Remus, wpatrując się w miejsce, w którym zniknęła dziewczyna.
- Spokojnie, nic jej się nie stanie - westchnęła Lily. - Przecież zawsze chodzi swoimi ścieżkami, niekoniecznie bezpiecznymi. Nie tak łatwo ją zabić.
- Wierzcie mi, próbowałem wiele razy - uśmiechnął się szeroko Łapa, ciągnąc rudowłosą za rękę w stronę pubu. - Dalej bo pizga złem! Marzę o odrobinie kremowego piwa na rozgrzanie...


Wiedziała, że nie mogła się pomylić. Zbyt wiele czasu poświęciła na wpatrywanie się w nauczyciela, by teraz nie rozpoznać w ciemności jego smukłej sylwetki, poruszającej się z gracją, której zazdrościła mu połowa młodych uczennic. Szła za nim kilka minut, zdziwiona że jeszcze jej nie zauważył, aż w końcu zatrzymała się, gdy mężczyzna przekroczył próg „Świńskiego Łba". To nie było najciekawsze miejsce w okolicy. Tyle że Cathy to nie przeszkadzało, bo w swoim czasie bywała w nim dość regularnie, a nawet, nie było się co oszukiwać, bywała w jeszcze gorszych.
Zawahała się przez chwilę, jednak w końcu dzwonek przy drzwiach wydał dźwięk, a ona weszła do zatęchłego pomieszczenia, wdychając charakterystyczny zapach alkoholu. Grant siedział przy barze, wpatrując się w stojące przed nim dwie szklanki ognistej. Kiedy do niego podeszła, przesunął w jej stronę jedną z nich.
- Pomyślałem, że ci coś zamówię. Skoro już fatygowałaś się na tyle, żeby za mną iść.
- Widziałeś mnie? - jęknęła, siadając na miejscu obok i machając stojącemu niedaleko barmanowi.
- Oczywiście, że tak - na jego ustach zagrał lekki uśmiech. - Chyba zapominasz kim jestem.
- Dlaczego pozwoliłeś mi za sobą iść? - obróciła się w jego stronę, nie mogąc napatrzeć się na ten przystojny profil. Mężczyzna przez chwilę milczał, aż w końcu upił łyk alkoholu i wzruszył ramionami.
- To był ciężki dzień.
- Sprout powiedziała, że musiałeś wyjechać ze względów osobistych...
- Ale już wróciłem - wzruszył ramionami. - Nie mogłem tam jakoś wysiedzieć...
- Powiesz mi co się stało? - zapytała, nieznacznie nachylając się w jego stronę. Coś było z nim nie tak. Nie zachowywał się jak zawsze. Wydawał się być obojętny na wszystko, zagubiony i...smutny. Szczerze, autentycznie smutny. Nie podobała jej się ta wersja nauczyciela.
- To nie jest dobry pomysł - Grant pokręcił głową, po raz pierwszy na nią patrząc.
- Pewnie nie – zgodziła się. - Wiem o tym. Ale wyglądasz na kogoś kto potrzebuje dzisiaj przyjaciela – westchnęła. - Spokojnie, nie zacznę sobie wyobrażać nie wiadomo czego - Adam prychnął, unosząc jeden kącik ust do góry. - Dawaj. Co się stało?
Zastanowił się. Potrzebował rozmowy, zwykłego towarzystwa drugiej osoby, jednak Cathy była ryzykownym wyborem. Ale przecież to nie tak, że robił coś złego. Równie dobrze mogłaby przyjść do jego klasy, albo gabinetu. Tylko przypadek sprawił, że spotkali się w Hogsmeade o tej godzinie i...o czym on w ogóle myślał? To było niedobre. Na tylu różnych płaszczyznach na ilu tylko mogło. Musiał to przerwać. Nie chciał, by robiła sobie nadzieję. I nie chciał się przed nią otwierać.
- Dorwali mojego najlepszego przyjaciela z biura aurorów - mruknął, całkowicie sprzeciwiając się samemu sobie. - Ale to przecież normalne. Takie ryzyko zawodowe. Zdarza się.
- Ja...- brunetka nie wiedziała co powiedzieć. - Przykro mi.
- Jutro już będzie w porządku, tylko dzisiaj...- pokręcił głową. Przez moment siedzieli w ciszy, aż w końcu dziewczyna chwyciła szklankę ognistej.
- Za twojego przyjaciela.
Grant uśmiechnął się smutno, kiedy stuknęli się szkłem.
- Cholera, kupiłem ci ognistą, a przecież jesteś nieletnia.
Dziewczyna zachichotała melodyjnie i był to tak wesoły oraz niepasujący do „Świńskiego Łba" dźwięk, że natychmiast rozbrzmiał on w całym pomieszczeniu.
- Piłam gorsze rzeczy - machnęła ręką.
- Co ty w ogóle robisz poza zamkiem? - nauczyciel zmarszczył brwi, przypominając sobie, że przecież jest późny wieczór, a na dodatek środek tygodnia.
- Nie zakabluj nas - pogroziła mu palcem dziewczyna, a następnie nonszalancko odrzuciła swoje włosy na plecy. - Chcieliśmy się trochę wyluzować. Nie robimy nic groźnego.
Adam nie do końca w to wierzył. W końcu poszła za nim, siedziała tu z nim i wysłuchiwała tego, o czym nie powinien był jej mówić. Igrała z ogniem, nawet jeśli o tym nie wiedziała. Ale wiedziała, był tego pewny.
- Nie powinnaś wrócić do przyjaciół? - zapytał, wbijając wzrok w blat baru.
- Tak, pewnie tak - skinęła głową. Zeskoczyła ze stołka i choć nie patrzył w jej stronę, doskonale wiedział, że zastanawia się co zrobić. Był przekonany, że wahała się między kilkunastoma nieodpowiednimi zachowaniami, każde gorsze od poprzedniego, dlatego westchnął przeciągle.
- Do zobaczenia na lekcji, panno Pollard.
To wystarczyło by porzuciła wszelkie pomysły, mruknęła ciche „cześć" i obróciła się na pięcie. Podniósł spojrzenie w ostatnim momencie, by zobaczyć jak znika w drzwiach.


- Cath...
- Po raz setny mówię, że wszystko w porządku, Lily - brunetka niezadowolona przewróciła oczami, dokładnie w tej samej sekundzie, w której tłum rozentuzjazmowanych gryfonów zawył z wściekłości na widok kolejnego zdobytego przez ślizgonów punktu. Mecze domu lwa przeciwko wężom zawsze budziły najwięcej emocji, ze względu na wszelkie niezgodności światopoglądowe poza boiskiem oraz nie zawsze czyste zagrania szmaragdowo-srebrnych.
- Nie wierzę ci, ale niech będzie. Może w końcu sama mi pow...TAK! Brawo! - Ruda pisnęła, klaszcząc w ręce, gdy Clint Welch widowiskowo obronił prawą obręcz. Chłopak błyskawicznie podał kafla do Jamesa, a ten wraz z Sophie szybko doprowadzili do wyrównania. Było sześćdziesiąt do sześćdziesięciu, gra zaczynała być coraz bardziej krwawa i Lily miała szczerą nadzieję, że Hayden w końcu dostrzeże znicza.
Zerknęła na siedzącą obok przyjaciółkę, która zamyślona wpatrywała się w postacie na niebie. Pollard zazwyczaj była jedną z najgłośniej krzyczących, więc pomysł że coś było z nią nie tak, wydawał się całkiem logicznym wnioskiem. Evans znała jednak dziewczynę na tyle, by wiedzieć, że nic od niej nie wydusi. Jeśli będzie chciała: sama przyjdzie porozmawiać. Pod tym względem były identyczne. Poza tym podejrzewała o co może chodzić przyjaciółce, a raczej o kogo i rozumiała, że nie jest to temat na szybkie pogaduszki w przerwę obiadową.
- Cholera! - warknął Syriusz, marszcząc czoło. - Gdzie jest ten pieprzony znicz? Ślizgoni zaraz zaczną ich mordować.
Faktycznie, przeciwnicy gryfonów nie przebierali w środkach i posyłali tłuczki z taką nienawiścią jakby nie chodziło o szkolny mecz, ale prawdziwą walkę na śmierć i życie. Zarówno Phil Bennet jak i Mary MacDonald musieli opuścić boisko ze względu na urazy, a mieszkańcy Slytherinu dopiero się rozkręcali.
- Mam nadzieję, że nic im nie jest – mruknął Remus. - Nie wyglądało to na coś poważnego, ale i tak słusznie, że przerwali grę.
- Jasne - Glizdogon pokiwał głową niezadowolony. - Tylko, że teraz mamy osłabiony skład.
Ale i tak radzili sobie nieźle. Wydawałoby się, że James wraz z Sophie nawet nie potrzebowali trzeciego zawodnika, by i tak wygrać, lub w najgorszym wypadku zremisować mecz.
- Mary prawdopodobnie ma złamaną rękę, nie sądzę by było to coś gorszego – Lily wzruszyła ramionami, nie odrywając spojrzenia od latających na miotłach postaci. - Bennet może mieć coś nie tak z narządami wewnętrznymi – chłopak dostał z tłuczka w brzuch. - Ale był przytomny, więc Pomfrey pewnie szybko go poskłada.
- Kiedy zachoruję - Syriusz objął rudowłosą ramieniem. - Możesz być moją seksowną opiekunką, pani uzdrowiciel.
Miała ochotę się roześmiać, jednak w tej chwili komentator krzyknął „Black widzi znicza!", więc jej uwaga skoncentrowała się całkowicie na boisku. Faktycznie, Regulus podążał za małą złotą piłeczką i mimo że Hayden siedział mu na ogonie, to ślizgon miał wyraźnie większe szanse.
- Pościg trwa, ale ścigający również nie próżnują i Sophie Willis zdobywa kolejne dziesięć punktów dla Gryffindoru!
Lily przeniosła spojrzenie na blondynkę, która przybiła piątkę Jamesowi, a następnie szybko ruszyła za trzymającym kafla ślizgonem. Nie goniła go jednak długo, ponieważ nagle znikąd pojawił się tłuczek, uderzając ją prosto w tył głowy i zrzucając z miotły.
- Och, to musiało boleć! - jęknął Derek Holland, gdy Rogacz natychmiast rzucił się w stronę swojej ulubionej ścigającej, niechybnie chroniąc przed groźnym upadkiem. Nie zwrócił nawet uwagi na fakt, że przeciwnicy wbili kolejny punkt, szybko eskortując przyjaciółkę na ziemię, gdzie zajęli się nią profesorowie.
- O cholera! - szepnęła Cathy, zakrywając usta dłonią.
- Hayden nie zwraca uwagi na zamieszanie i udaje mu się wyprzedzić Blacka! Cóż za piękna sztuczka! James dobrze wyszkolił sobie nowych zawodników! Jeszcze trochę George! Jeszcze...TAK! KOLEJNE ZWYCIĘSTWO NIESAMOWITYCH GRYFONÓW POTTERA!
Czerwono-złote trybuny wybuchnęły radością, aż Lily odniosła wrażenie, że jej słuch już nigdy nie będzie w tak dobrym stanie jak kiedyś. Peter na migi pokazał im wyjście z trybun, więc jednocześnie skinęli głową, chcąc jak najszybciej dostać się do Jamesa.
- Ten uraz Sophie nie wyglądał dobrze - mruknęła Cathy, przeciskając się między dwoma siódmoklasistami. - Nie znoszę jej, ale też nie życzę jej źle.
Evans rozumiała przyjaciółkę, czując dokładnie to samo. Nagle przypomniało jej się każde złe słowo czy myśl, kiedykolwiek skierowane w stronę młodszej koleżanki, a pierś zalały wyrzuty sumienia. Nie mogła pozbyć się widoku jej jasnych włosów nasiąkniętych krwią.
Zanim znaleźli Pottera i zdążyli mu pogratulować, on nadal w sportowym stroju przebiegł obok nich, nie poświęcając ani sekundy by spojrzeć w ich stronę.
- Rogacz! - zawołał za nim Black.
- Nie teraz, Łapo.
- James! - Lily pobiegła za nim, chwytając go za ramię. - Poczekaj!
- POWIEDZIAŁEM NIE TERAZ! ZOSTAWCIE MNIE I WIDZIMY SIĘ W POKOJU WSPÓLNYM! - ryknął głośno, aż rudowłosa skuliła się niczym mała dziewczynka. Okularnik nigdy na nią nie wrzasnął. Na Merlina, na dobrą sprawę nawet nigdy nie podniósł głosu, kiedy z nią rozmawiał. A teraz po prostu wyrwał rękę z jej uścisku i niczym błyskawica pognał w kierunku zamku. Doskonale wiedziała gdzie dokładnie.
Do Skrzydła Szpitalnego.
Do niej. 


Dlaczego nie lubicie Sophie? Uważam, że jest przeurocza!