poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Rozdział 7: Jakieś plany na sobotę?

   Miałem inne plany na ten wieczór - burknął niezadowolony Syriusz, kiedy wraz z Jamesem siedzieli pod Pokojem Wspólnym ślizgonów. Posadzka była przeraźliwie zimna, podobnie jak gruby mur, o który się opierali, ale Potter nic sobie z tego nie robił, jak zaczarowany wpatrując się w mapę. Łapa wiedział, że przyjaciel boi się o Rudą i traktuje całą sprawę bardzo osobiście, ale powoli zaczynał uważać, że okularnik popada w niewielką obsesję.
   - Która tym razem? - mruknął chłopak, całkowicie niezainteresowany, na co Black przewrócił oczami.
   - Lily Evans z Gryffindoru. Niezła ślicznotka.
   - Pewnie. Powodzenia.
   W ogóle go nie słuchał. Syriusz z nudów zaczął stukać palcami po marmurowej podłodze, przestając dopiero, gdy drzwi otworzyły się i przeszła przez nie grupa uczniów Slytherinu. Dzięki Merlinowi za pelerynę niewidkę, która szczelnie ich okrywała. Rogacz również podniósł wzrok, doskonale wiedząc, że między ślizgonami znajdują się także jego cele, a serce Blacka na chwilę przystanęło, kiedy dostrzegł wśród nich swojego brata.
   Podejrzana grupka skierowała się w stronę wyjścia z lochów, więc niezgrabnie, uważając by nie zdradzić swojej obecności, wstali i ruszyli za nimi. Łapa nie odrywał wzroku od pleców Regulusa, zaskoczony tym jak bardzo zmienił się przez wakacje. Urósł, ale nadal był drobniejszy niż on, co zważywszy na jego pozycję w quidditchu pozostawało zaletą. Jego rysy twarzy wyostrzyły się, a oczy jakby pociemniały i Syriusz uświadomił sobie, że to nie jest już dzieciak, za jakiego zawsze go miał.
   - Okej? - szepnął wyraźnie zmartwiony James, dlatego powoli skinął głową.
   Co do cholery jego młodszy brat robił w towarzystwie Lestrange'a? Zawsze wiedział, że przy wychowaniu Rega, rodzice starali się naprawić wszystkie „błędy” popełnione przy jego osobie, jednak nigdy nie podejrzewał, że mogą wcisnąć go w towarzystwo śmierciożerców. Przecież miał tylko piętnaście lat...
   - Jak w domu? - zapytała Bellatrix, uczepiona ramienia Rudolfa jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie Trwałego Przylepca. Regulus wzruszył ramionami, całkowicie niezainteresowany rozmową z kuzynką.
   - Rodzice nadal plują ogniem za ucieczkę mojego brata.
   Syriusz z trudem powstrzymał chichot.
   - Pieprzony zdrajca - warknęła dziewczyna, odgarniając z czoła ciemne loki. -Jeszcze kiedyś pożałuje zadawania się z tą hołotą...
   - Z tego co wiem mieszka u Potterów i ma się całkiem nieźle – jego głos był całkowicie wyprany z emocji, ale nieokazywanie uczuć było najważniejsza umiejętnością wyniesioną przez obu braci z rodzinnego domu. - Przez niego rodzice chcą ze mnie uczynić syna idealnego.
   - Zawsze byłeś lepszy od niego - do rozmowy wtrącił się Lestrange. - I potrafisz dobrze wybrać strony.
   Za tym stwierdzeniem kryło się coś, co zwróciło uwagę gryfonów, a samego Regulusa wprawiło w posępny nastrój. Łapa zacisnął dłonie, czując przypływ wściekłości.
   - Oczywiście- młodszy z Blacków skinął głową, nawet nie patrząc na swoich rozmówców. -Muszę jeszcze wejść do biblioteki...
   Odszedł, odprowadzany spojrzeniami przez wszystkich obecnych. Bella stanęła na palcach, by zrównać się wzrostem ze swoim chłopakiem i zniżyła głos do szeptu.
   - Myślisz, że ma jakieś wątpliwości?
   - Spokojnie, wkrótce zrozumie, że to jedyna słuszna droga.
   James kątem oka zerknął na swojego przyjaciela, który ku jego zdziwieniu uśmiechał się krzywo.
   - Nie słyszałeś? - zapytał Syriusz, dostrzegając zaskoczenie na twarzy okularnika. - Ma wątpliwości.
   Dorastając w takim, a nie innym środowisku, udało mu się stworzyć pewną teorię, której lubił się trzymać: każdy miał w sobie tyle samo dobra ile i zła. To od człowieka zależało, którą drogę wybrał, a Regulus nadal mógł postawić na tą odpowiednią.
   Postanawiając zająć się tym później, całą uwagę skupił na Rudolfie, który wraz z Bellą również odłączył się od reszty towarzystwa i wyszedł na błonia. Zanosiło się na deszcz, a wiatr wiał tak przeraźliwie, że gryfoni mieli prawdziwe problemy z utrzymaniem peleryny. Mimo to jednak wytrwale podążali za swoimi podejrzanymi, którzy zatrzymali się dopiero przy granicy Zakazanego Lasu.
   - Mieliśmy dobre przeczucie - westchnął James, obserwując jak witają się z Carrowami i McNairem.
   - Udało się? - zapytał Amycus, a jego siostra niemal pisnęła z podekscytowania. Potter poczuł jak zjedzona na obiad zapiekanka przewraca mu się w żołądku.
   - Macie szczęście. Spotkacie się z Panem szybciej niż przypuszczałem.
   - To znaczy? - Walden przestępował z nogi na nogę, uśmiechając się szeroko. Dłonie trzymał w kieszeniach szaty i trząsł się z zimna, ale nie wydawało mu się to przeszkadzać.
   - Na następnym wyjściu do Hogsmeade. Więc lepiej nie dostańcie szlabanu, bo drugiej szansy nie będzie - Rudolf brzmiał tak mrocznie, że Huncwoci poczuli gęsią skórkę. - Lord potrzebuje odpowiednich kandydatów.
   - Oczywiście! - Alecto pokiwała głową, tak energicznie, że jasne, rzadkie włosy całkiem zasłoniły jej twarz. Lestrange posłał im ostatnie pogardliwe spojrzenie i burcząc coś w stronę Bellatrix, ruszył z powrotem do zamku. Trójka młodszych ślizgonów z przejęciem zaczęła wyobrażać sobie zapowiedziane spotkanie z Czarnym Panem, a James stwierdził, że usłyszeli już dość. Pociągnął Blacka za ramię i w ciszy doszli do wieży Gryffindoru. Zignorowali siedzące przy kominku dziewczyny, udając się prosto do własnego dormitorium. Potter padł na łóżko, wbijając spojrzenie w sufit, kiedy jego myśli pędziły w zawrotnym tempie.
   - To co, Rogaś - Syriusz przerwał napiętą atmosferę. - Jakieś plany na sobotę?


   - O nie...- jęknęła Lily, szybko skupiając całą swoją uwagę na leżącym przed nią talerzu. Rude włosy zasłoniły jej twarz, kiedy z uporem starała się nie patrzeć na drzwi do Wielkiej Sali. - Idą.
   - Kto znowu? - Cathy nawet nie podniosła wzroku znad swojej pośpiesznie pisanej pracy z obrony przed czarną magią. W lewej dłoni trzymała kubek z kawą, z którego co jakiś czas upijała kolejny łyk.
   - Huncwoci...- mruknęła jej przyjaciółka, dłubiąc widelcem w jajecznicy. Westchnęła głęboko, czując jak odchodzi jej cały apetyt. Pollard posłała jej pytające spojrzenie.
   - I co w związku z tym?
   - A to, że wczoraj wywiesili ogłoszenie o wyjściu do Hogsmeade - burknęła. - A ja nie widziałam ich od tamtego czasu.
   To ożywiło brunetkę, jak wszystko co wiązało się z aferami i zagadkami.
   - Fakt, ostatnio coś ciągle znikają, no nie?
   - To nie jest istotne - Lily machnęłą ręką. Zerknęła w kierunku gryfonów, którzy na całe szczęście zatrzymali się by porozmawiać z Frankiem Longbottomem z siódmej klasy. -Chodzi o to, że nie mam pojęcia co odpowiedzieć Jamesowi!
   Catherine uznała, że i tak nie skończy wypracowania, więc chwyciła pergamin i wraz z piórem wcisnęła go do torby. Odwróciła się w stronę swojej rozmówczyni, nie do końca pojmując tok jej myśli.
   - Ale że co?
   - Że Hogsmeade! - zawołała Evans, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Odsunęła od siebie talerz z nieruszonym jedzeniem. - Skup się trochę!
   - Przepraszam, ale nie mogę - brunetka wzruszyła ramionami, a następnie nachyliła się w stronę przyjaciółki. Jęknęła przeciągle, zerkając w stronę stołu profesorskiego. - Czy ty widzisz jak dobrze wygląda dzisiaj Grant? Mam wrażenie, że robi to specjalnie...
   - Jasne...z pewnością specjalnie próbuje wzbudzić zainteresowanie uczennicy, której nie chce.
   - Ałć - Cathy udała oburzoną, szturchając Rudą w ramię. - Ktoś tu się chyba nie wyspał.
   - Wiem, jestem okropna - przyznała. - Ale to dlatego, że się martwię! Rogacz i ja naprawiliśmy nasze stosunki i nie mam zamiaru ich teraz popsuć przez danie mu kosza.
   - A może najpierw poczekasz, aż faktycznie cię zapyta?
   Evans otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, jednak szybko je zamknęła. Przez pół minuty, marszczyła czoło, usilnie się nad czymś zastanawiając.
   - Myślisz, że tego nie zrobi? - zapytała w końcu. - Zawsze robił.
   - Ale "zawsze" nie towarzyszyła mu pewna urocza blondynka, doprowadzająca nas do szału - Cathy uśmiechnęła się słodko, głową kiwając w stronę rozmawiających tym razem z Willis gryfonów. Śmiali się właśnie głośno z czegoś co powiedziała ścigająca, a do Lily jakby nagle coś dotarło, ponieważ wciągnęła głośno powietrze.
   - Sophie? - mruknęła, zaskoczona, że sama nie wpadła na ten pomysł. - Pójdzie z Sophie?
   - Nie mam pojęcia, ale nie zdziwiłabym się...- Cathy z całej siły starała się nie roześmiać na widok miny Rudej, a żeby to sobie ułatwić, po raz kolejny zwróciła wzrok w stronę ulubionego nauczyciela.    - Hej, sądzisz że zmuszenie Granta do dania mi szlabanu jest dobrym pomysłem?
   - Równie dobrym jak przytulenie sklątki tylnowybuchowej albo powiedzenie Syriuszowi komplementu – Lily postanowiła powstrzymać przyjaciółkę już na samym początku.
   - To jak mam go zmusić, żeby spędził ze mną trochę czasu i zobaczył jak fantastyczna jestem?- Pollard machnęła swoimi ciemnymi włosami, zupełnie nie przejmując się jak arogancko zabrzmiała. Jej przyjaciółka zachichotała.
   - Obawiam się, że twoją jedyną opcją jest porwanie go.
   - Nie powinnaś czasem być po mojej stronie, Evans? Chyba tak powinny działać te rzeczy?
   Rudowłosa przewróciła oczami, nalewając zielonej herbaty do filiżanki.
   - Jasne, już się poprawiam- mruknęła, obserwując rozbawionych Huncwotów, którzy żegnali się z Willis i jej wyraźnie zachwyconymi koleżankami z rocznika. -Ale z niego kretyn. Jak on tak może. Nie jest ciebie wart. Oderwać mu...nogi. Lepiej?
   - Dorzucić parę przekleństw i zastąpić nogi inną częścią ciała. Mimo to, widzę progres.
   Remus opadł na miejsce obok brunetki, po czym pocałował ją na przywitanie w policzek. Sekundę później przy stole pojawiła się również reszta gryfonów, więc dziewczyny wymieniły znaczące spojrzenia.
   - Co u was? - uśmiechnął się Peter, sięgając po pieczywo. Obie wzruszyły ramionami.
   - Rozmawiamy o wyjściu do wioski - Cathy postanowiła zignorować Lily, która wbijała jej łokieć między żebra. - Macie jakieś plany?
   - Właściwie to tak - Syriusz pokiwał głową, nie zaskakując ich ani trochę.
   - Która tym razem dała się nabrać?- Evans uniosła do góry jeden z kącików ust, na co chłopak puścił jej oczko.
   - Żadna. Mam parę spraw do załatwienia.
   Wolały nie pytać. Wiedza, w przypadku znajomości z tą czwórką, równała się niebezpieczeństwu. Lata doświadczenia nauczyły je, że pod słowem „sprawy” kryły się zazwyczaj: wybuchy, łamanie prawa i coś, po czym lądowało się w Skrzydle Szpitalnym na dwa tygodnie.
   - A ty Rogacz? - Cathy dalej drążyła temat, podczas gdy Evans kopała ją pod stołem. - Planujesz z kimś iść?
   Potter uniósł do góry jedną brew, widocznie zaskoczony jej pytaniem, a następnie mimowolnie przeniósł spojrzenie na Lily, która nagle bardzo zainteresowała się sztućcami. Oczywiście, że chciał z kimś iść. Z nią. Była jedyną osobą, z którą tak bardzo chciałby odwiedzić wioskę. Ale musieli pilnować ślizgonów, a poza tym...Nie chciał niszczyć tego co powoli budowali. Nie zniósłby gdyby kolejny raz go odrzuciła, nie mówiąc już o tym, że dziewczynie z pewnością byłoby przykro, gdyby musiała to zrobić. Uśmiechnął się krzywo.
   - Jestem już umówiony.
   Przed dalszymi pytaniami Pollard, uratowała go poczta, gdy uwaga wszystkich skupiła się na sowach i nowym numerze „Proroka”. Odetchnął z ulgą, nie zauważając zmarszczonego czoła ukochanej. Zrobił to co powinien! Postąpił słusznie. Tak, jak ona chciała. Był z siebie dumny.


   - Zapraszał mnie zawsze. Zawsze!
   Cathy zacisnęła zęby i przyśpieszyła kroku. Jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyła się na zajęcia z transmutacji, jednak wiedziała, że na nich Evans w końcu przestanie narzekać na Rogacza.
   - Jesteś zazdrosna, czy jak?
   - Nie! Coś ty! - dziewczyna oburzyła się i odgarnęła na plecy swoje kasztanowe fale. Nie nadążała za szybkim krokiem przyjaciółki, więc co parę kroków podbiegała, by nie zostać w tyle. - Po prostu on...
   - Zawsze cię zapraszał. Tak wiem - brunetka przewróciła oczami, z ulgą dopadając do drzwi od klasy. Nacisnęła klamkę, niemal wbiegając do środka i zajmując swoje stałe miejsce w ostatniej ławce. - A ty zawsze mu odmawiałaś. I teraz też chciałaś to zrobić. Martwiłaś się, że złamiesz mu biedne rogate serduszko. Problem się rozwiązał, a ty nadal narzekasz!
   Lily wyglądała jakby chciała coś odpowiedzieć, ale po kilku sekundach namysłu, w końcu zrezygnowała. Usiadła obok, wydymając usta niczym obrażony pierwszoroczny, jednak nie wytrzymała długo i korzystając z tego, że McGonagall jeszcze się nie pojawiła, obróciła się w stronę przyjaciółki.
   - Wiem, że zachowuję się jak pies ogrodnika. I cieszę się, że dał sobie spokój i być może spotka się z kimś, kto naprawdę będzie go lubił...- Pollard nie wyglądała na przekonaną, jednak postanowiła się nie odzywać. - Tyle, że...to było fajne. No wiesz, takie podobanie się komuś.
   Catherine uderzyła głową w ławkę, a Lily ukryła twarz w dłoniach.
   - O mój Merlinie...W skali od Remusa do Blacka, jak bardzo samolubnie zabrzmiałam?
   - Zdecydowanie Potter.
   - Cholera.
   - Miło mi, że tak się cieszysz na mój widok, panno Evans- Minerwa weszła przez drzwi, natychmiast uciszając wszystkich uczniów. Nikt nie wiedział, skąd kobieta uzyskiwała taki szacunek wśród młodzieży, ani jak utrzymywała wśród nich dyscyplinę, jednak nikt nie odważył się jej sprzeciwić. Może z wyjątkiem Huncwotów, ale oni załamywali wszelkie prawa natury.
   Lily w ogóle nie słuchała, szkicując wzory na marginesie podręcznika, nie potrafiąc skupić się na słowach pani profesor. Gdy tylko ogłoszono koniec lekcji, zerwała się z miejsca i wyszła z sali, nie przejmując się rozbawioną Cath.
   Co jej się stało? Zachowywała się okropnie, niedojrzale i samolubnie. Nic dziwnego, że zaprosił kogoś innego. Przecież go nie chciała. Tak samo jak nie chciała dawać mu fałszywej nadziei. Pozbyła się problemu! A jeżeli umówił się z kimś, kto naprawdę go lubił, mogła tylko życzyć mu szczęścia i trzymać za niego kciuki. Tak postąpiłaby dobra przyjaciółka. Przecież nią była. Dokładnie to musiała zrobić!
   Wychodziła zza zakrętu, całkowicie pochłonięta własnymi myślami, kiedy nagle na kogoś wpadła.    Od razu rozpoznała chłopaka, więc odsunęła się na bezpieczną odległość, przyjmując szybko wrogi wyraz twarzy.
   - Lily...- Severus uśmiechnął się blado, robiąc krok do przodu. Zdawałoby się, że chce ją przytulić, więc rudowłosa zrobiła zgrabny unik.
   - Śpieszę się - burknęła, starając się ominąć dawnego przyjaciela. On jednak chwycił ją za ramię. Nie zamierzał marnować okazji, w jakiej się znaleźli: sami na pustym korytarzu, nareszcie mogąc zamienić parę słów.
   - Porozmawiaj ze mną.
   - Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - dumnie uniosła podbródek do góry. - Nie jesteś zbyt dobry ze słowami. Wypowiadasz te, których nie powinieneś.
   Ślizgon skrzywił się, jakby dziewczyna uderzyła go w policzek. Ile będzie musiał cierpieć za jeden błąd?
   - Przecież już cię przepraszałem. Tysiąc razy! Co jeszcze mam zrobić?!
   Wpatrywała się w niego swoimi cudownie zielonymi oczami, próbując dostrzec chłopaka, który jeszcze nie tak dawno temu był dla niej jak brat. Nie potrafiła. Teraz widziała tylko najlepszego przyjaciela Malfoya i reszty podejrzanego towarzystwa. Kogoś kto obraził ją w najgorszy dla czarodzieja sposób i to za coś, z czego była cholernie dumna: swojego pochodzenia. Ślizgona, który wierzył w to, czego ona się brzydziła. I który, gdyby dawniej się nie przyjaźnili, z pewnością by jej nie przeprosił.
   - Muszę iść, Sev - wyrwała ramię z jego uścisku i już miała odejść, kiedy on postanowił mieć ostatnie zdanie.
   - Pewnie do Pottera i Blacka, co?
   Odwróciła się powoli, mierząc go chłodnym spojrzeniem i zaciskając dłonie w pięści.
   - O co ci chodzi?
   - Ostatnio ciągle cię z nimi widuję!- zawołał, jakby oskarżał ją o poważną zbrodnię. -Z tymi...kretynami!
   - To moi przyjaciele.
   Jej głos jeszcze nie brzmiał tak stanowczo, jak wtedy. Severus zamrugał kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć w to co słyszy.
   - Od kiedy?! Przecież...sama mówiłaś, że to pozerzy! I dzieciaki! I...
   - To było w pierwszej klasie!- teraz i ona podniosła głos. - Ludzie się zmieniają, Sev. Ty akurat powinieneś zdawać sobie z tego sprawę. Niektórzy na gorsze, niektórzy na lepsze. Nie mamy już jedenastu lat.
   - Nie pamiętasz co oni mi robili?! - syknął, wyraźnie zdenerwowany.
   - A więc ja mam ci wybaczyć, ale ty im nie potrafisz? - dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i wbiła w niego wściekłe spojrzenie. Wyglądała naprawdę groźnie, jak na tak drobną postać. - Oni byli dziećmi. A ty jaką masz wymówkę? - żołądek Snape'a skurczył się w ciasny supeł. Nie tak miała wyglądać ta rozmowa...Przez chwilę po prostu stali w ciszy, aż w końcu zza zakrętu wyszli ci, których ślizgon chętnie zrzuciłby ze schodów.
   - Evans! - zawołał Peter, zdziwiony widokiem tej dwójki razem. - Co tu robisz?
   - Nic - westchnęła dziewczyna. - Absolutnie nic. Idziecie do wieży?
   James pokiwał głową, z trudem hamując się, by nie wyciągnąć różdżki. Kiedy wpatrywał się w Severusa, w jego oczach widniała czysta nienawiść. Lily podbiegła w ich stronę, a Black, objął ją ramieniem. Jak bardzo Potter chciałby być na jego miejscu!
   - Wracaj do lochów, Smarkerusie - burknął Łapa. - Nie chcę na ciebie patrzeć dłużej niż jest to konieczne. Chodźcie.
   Ciągnąc za sobą swoją przyjaciółkę, skierował się w stronę Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Nie oglądał się za siebie, w przeciwieństwie do Lily. Ona posłała Severusowi ostatnie rozczarowane spojrzenie, odbierając mu nadzieję na jakiekolwiek przebaczenie i definitywnie łamiąc mu serce.


   - Wszystko w porządku? - James pokiwał głową, oddychając ciężko. Cholera, to zaklęcie było mocne. Grant wyciągnął w jego stronę rękę, ale on uniósł się dumą i z trudem wstał o własnych siłach. - Odpocznij trochę. Usiądź.
   Chciał się kłócić, jednak doskonale wiedział, że profesor opcm jest bardziej uparty niż Lily. Dokładnie ta sama, która wyglądała tak cudownie z włosami zaplecionymi w dwa luźne warkocze i w obcisłej koszulce, eksponującej jej krągłości. Uśmiechała się lekko w jego stronę, widocznie zmartwiona tym, jak mocno dostał.
   Z ociąganiem udał się pod ścianę i usiadł na parapecie. Próbując nie zwymiotować, obserwował pozostałych uczniów, którzy w parach ćwiczyli zaklęcia z ostatnich zajęć. Jego głowa pulsowała bólem, a świat dookoła delikatnie wirował.
   - James - Grant stanął obok niego, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Co się dzieje?
   Rogacz lubił z nim rozmawiać. Często zostawał po lekcjach, wypytując o nowe zagadnienia, a kończąc na rozmowie o wszystkim. Mógł mu się zwierzyć, ale co z tego? Poza tym był mężczyzną! Nie musiał opowiadać o swoich uczuciach. A jeżeli już się na to decydował, miał Syriusza lub pozostałych Huncwotów. Pokręcił głową.
   - Wszystko okej.
   - Nie jest okej. To był łatwy atak, powinieneś był go zablokować.
   Miał rację.
   - Wiem. Ja po prostu...Nie byłem...
   - Skupiony? - dokończył ostro profesor, wywołując u chłopaka wyrzuty sumienia. Nagle granica między uczniem, a wyjątkowo rozczarowanym nauczycielem stała się wyraźna.
   - Jesteś dobry, Potter. Jesteś najlepszy - mężczyzna ściszył głos do szeptu, aby nikt nie usłyszał tego wyznania. - Ale jak nie dasz z siebie stu procent, to nie będziesz nawet przeciętny.
   - Przepraszam, okej? - warknął chłopak, zeskakując na podłogę. W głowie mu zaszumiało, jednak nie dał nic po sobie poznać. -Raz mi się zdarzyło.
   - Nie możesz się rozpraszać byle czym.
   - Wiem. Ale profesor nie może pokładać we mnie aż takiej nadziei! Mam sporo na głowie i naprawdę nie zawsze mogę...
   - Nie sądziłem, że kawały i panna Evans są aż tak zajmujące - Grant przerwał mu stanowczo, dopiero po chwili orientując się, że przekroczył granicę. James posłał mu chłodne spojrzenie.
   - Interesowanie się moim życiem prywatnym chyba nie leży w pana kompetencjach?
   Nauczyciel westchnął i przeczesał włosy ręką. Stojące blisko puchonki zachichotały na ten widok, ale on całkowicie je zignorował.
   - Wybacz, masz rację. Po prostu...zgaduję, że sam mam aktualnie za dużo na głowie.
   Przez chwilę w ciszy obserwowali ćwiczących. Cathy nieustannie zerkała w ich stronę, posyłając profesorowi olśniewający uśmiech. Ona i Lily toczyły wyrównany pojedynek, radząc sobie wyjątkowo dobrze.
   - Na następnych zajęciach obiecuję się poprawić - burknął w końcu James. Dłonie nadal miał zaciśnięte w pięści, jednak złość powoli przechodziła.
   - Potrzebujemy takich ludzi jak ty - Grant brzmiał śmiertelnie poważnie. Wzrok wbijał przed siebie, nie chcąc by uczeń odczytał w jego spojrzeniu jakichkolwiek emocje. - Jest kiepsko, Potter.
   Okularnik zmarszczył czoło. Przecież doskonale o tym wiedział. Lily puściła mu oczko, kiedy udało jej się odrzucić Pollard na ścianę.
   - Wyszkol mnie.
   Profesor odwrócił się w jego stronę wyraźnie zaskoczony.
   - Słucham?
   - Wyszkol mnie. Wiem, że są lekcje i klub pojedynków, ale...to nie jest nawet połowa tego, czego możesz mnie nauczyć!
   - Potter, to...
   - Ma profesor lepsze zajęcia w tym nudnym zamku?
   Mężczyzna przez chwilę po prostu na niego patrzył, zupełnie jakby chcąc wyczuć czy żartuje, czy mówi serio. Zmarszczył brwi, ustalając wszelkie „za” i „przeciw”.
   - Przecież sam mówiłeś, że masz dużo na głowie. Nauka, klub, quidditch...Nie wspominając już o kawałach i pannie Evans - zażartował, wprawiając Jamesa w taki szok, że ten omal się nie przewrócił. Dowcipkujący Adam Grant nie był zjawiskiem często występującym, chyba, że gdzieś obok kręciła się Cathy, jakimś cudem potrafiąca nacisnąć na odpowiedni odcisk, by go do tego zmusić.
   - Dam sobie radę - obiecał huncwot, teatralnie kładąc dłoń na sercu. - A jak nie, przestaniemy.
   Nauczyciel nie wyglądał na przekonanego, kiedy powoli skinął głową.  


Jeden z moich ulubionych :3