niedziela, 25 czerwca 2017

Rozdział 8: Nie lubimy jej!

   Jak tam zajęcia z Grantem? - zapytał Peter, szczękając zębami. - Późno wczoraj wróciłeś.
   James wzruszył ramionami i mocniej otulił się długim, wełnianym szalikiem w kolorach Gryffindoru. Co jakiś czas rozglądał się dookoła, licząc, że w tłumie czekających na wyjście uczniów, dostrzeże rude włosy Lily.
   - W porządku. Zaczęliśmy nowe zaklęcie obronne, ale jest tak skomplikowane, że niemal wysadziłem jego gabinet, gdy spróbowałem je rzucić.
   Przyjaciele zachichotali złośliwie, nic sobie nie robiąc z naburmuszonego Rogacza.
   - Nie wiem skąd ty masz na to siłę- stwierdził Syriusz, przeciągając się leniwie. - Mnie osobiście wszystko boli.
   Grant nie odpuszczał i nadal wymagał od nich stu dwudziestu procent. Pani Pomfrey miała o wiele więcej pracy niż w jakimkolwiek innym roku szkolnym, a maść na siniaki i otarcia schodziła ze Skrzydła Szpitalnego w ilościach hurtowych. Black po każdych zajęciach jęczał, rozłożony na kanapie w Pokoju Wspólnym i przeklinał chwilę, gdy Dumbledore przyjął aurora na stanowisko nauczyciela. 
   - Jakoś na spacerki z tą uroczą krukonką masz czas – uśmiechnął się Remus, szturchając go w obolałe żebra.
   - To są spacerki terapeutyczne – Łapa pokazał mu język, po czym chwycił brzeg czapki przyjaciela i zsunął mu ją na oczy. - Dla zdrowia.
   Peter z Rogaczem zaśmiali się głośno, a Lupin pokręcił z rezygnacją głową. Jego wzrok natrafił na stojących przy końcu kolejki ślizgonów, wyglądających na podnieconych i szepczących o czymś gorliwie, więc nagle cała wesołość, jaką w sobie posiadał, ustąpiła miejscu stałym od pewnego czasu obawom. 
   - James - mruknął w stronę przyjaciela, nieznacznie kiwając w stronę mieszkańców Slytherinu. Okularnik również szybko spoważniał i wziął głęboki wdech, jakby zbierając się w sobie. Żaden z nich nie wiedział, czego spodziewać się po dzisiejszym dniu, jednak wiedzieli jedno: po powrocie z wioski od razu zwrócą się do Granta. Powinni  byli zrobić to już dawno. 
   - Ja z Peterem pójdziemy za nimi - szepnął Potter, po raz kolejny chcąc powtórzyć stworzony kilka dni temu plan. - Wy czekacie na nasz sygnał, jakby coś było nie tak i tworzycie nam alibi. 
   - Mam nadzieję, że wśród radosnych oszołomów nie będzie mojego brata - warknął Syriusz, z nienawiścią wpatrując się w emblematy węża na piersiach obserwowanej grupy. - Inaczej tak go skopię, że nie będzie potrafił odróżnić znicza od kafla.
   W ponurych nastrojach przeszli przez bramę i udali się w kierunku miasteczka. Szli wolno, aby ślizgoni mogli ich wyprzedzić, co też ci bardzo szybko zrobili, nawet nie posyłając im pogardliwego spojrzenia, o czym nie zapominali prawie nigdy. Przy wejściu do wioski przyjaciele pożegnali się skinieniem głowy i rozeszli w dwie strony: Syriusz z Remusem w kierunku sklepów, by pokazać się uczniom i nauczycielom, a James w pelerynie niewidce oraz Peter w swojej animagicznej szczurzej postaci, za swoimi podejrzanymi. Ku ich zdziwieniu, grupka udała się nie w kierunku ciemnej dzielnicy miasteczka, w której czarny handel i osobowości rodem z kronik kryminalnych, bywały na porządku dziennym. Skierowali się na drugi koniec Hogsmeade, tylko po to, by minąć znak określający jego granice i zapuścić się drogą, aż do lasu odgradzającego wioskę  od świata zewnętrznego. 
   - Gdzie oni idą? - szepnął Potter, mimo że Peter nie mógł mu odpowiedzieć. Wkrótce jednak Rudolf zaspokoił ciekawość chłopaka, nieświadomie odpowiadając na jego pytanie. 
   - Musimy się deportować. 
   Tego gryfoni się nie spodziewali, więc wymienili zaniepokojone spojrzenia. Zupełnie zapomnieli, że Lestrange jako siódmoroczny, opanował tą umiejętność, której oni mieli nauczyć się w przeciągu kilku miesięcy. 
   - Gdzie? - Amycus wyglądał na dość zaniepokojonego, jakby nie ufał zdolnościom swojego starszego kolegi, ale Alecto szturchnęła go łokciem, przewracając oczami. Jej entuzjazm nie opadł ani na chwilę, a James mógł przysiąc, że dostrzegł makijaż na jej brzydkiej, pociągłej twarzy. Wystroiła się na spotkanie z Oszołomem, nie ma co.
   - Tchórzysz? - głos Rudolfa zawierał w sobie taką dozę pogardy i lekceważenia, że nawet Peter podskoczył wystraszony, choć przecież słowa nie były skierowane do niego. Carrow, widocznie zawstydzony, pokręcił głową.
   - W porządku.
   James miał zamiar zrobić cokolwiek. Rzucić zaklęciem, przywiązać ich do drzewa, chwycić któregoś z nich za ramię i przenieść się razem z nimi. Ale nie mógł tego zrobić. Byłby bezsprzecznie głupi, jeśli wpakowałby się w taką sytuację. Może kilka lat temu...Tak, wtedy z pewnością pierwszy wyrywałby się na taką przygodę. Teraz jednak miał świadomość z jak dużym zagrożeniem przyszłoby mu się zmierzyć. Syriusz nigdy by mu nie wybaczył, gdyby tak się naraził, nie mówiąc już o Grantcie, który prawdopodobnie dałby mu szlaban do końca szkoły. 
   A więc to już, westchnął nostalgicznie. Oto chwila, w której dorósł i zrozumiał, że odwaga to nie to samo co bezsensowna brawura. 
   Z bolącym sercem obserwował jak chwytają się za ręce i znikają z cichym trzaskiem. Peter z powrotem przemienił się w człowieka, posyłając mu posępne spojrzenie. 
   - Co teraz?
   - Idziemy do chłopaków, a potem powiemy o wszystkim Grantowi.
   W milczeniu wrócili do wioski, każdy pochłonięty własnymi myślami, bo i o czym mogli rozmawiać? To była jedna z tych sytuacji, która po prostu ich przerastała. Nagle zdali sobie sprawę z własnych niedoskonałości: młodego wieku, niewielkiej wiedzy, słabego przygotowania do walki. 
   - James! - z zadumy wyrwał go melodyjny głos i dopiero wtedy zorientował się, że znaleźli się już prawie w centrum. Odwrócił głowę w odpowiednią stronę, a  na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. 
   Sophie szła w jego kierunku, ubrana w uroczy szary płaszczyk i błękitną czapkę, która idealnie podkreślała kolor jej oczu. Otaczała ją grupka koleżanek z roku, jednak wyróżniała się wśród nich tak bardzo, że równie dobrze mogłyby one nie istnieć.
   - Cześć, mała - mruknął, kiedy przytuliła go na przywitanie. Nadal nie pojmował, jak mogła być taka drobna. 
   - Co znowu knujecie? - szturchnęła go w ramię, przyglądając mu się z ciekawością pomieszaną z rozbawieniem. - Czy jeśli wejdę teraz do „Trzech mioteł”, skończę z włosami w kolorze tęczy?
   - Niestety, ale dzięki za pomysł - puścił jej oczko, na co zaśmiała się wdzięcznie. Peter obserwował ich zarumieniony, po raz tysięczny zazdroszcząc Rogaczowi bycia...cóż, Rogaczem.
   - Wybierałam się właśnie do sklepu ze sprzętem do quidditcha - blondynka przekrzywiła delikatnie głowę, niczym uroczy szczeniaczek lub Cathy, kiedy czegoś bardzo chciała. - Masz ochotę się przejść?
   Naprawdę potrzebował nowej pasty do rączki. A poza tym w oczach Willis było coś takiego, że James, co dopiero teraz zrozumiał, nie był w stanie niczego jej odmówić. Były takie duże i czyste. Prawdopodobnie nigdy nie widział takiego koloru. 
   - Jasne, i tak się wybierałem.
   Robiła z nim co chciała. Okularnik zmierzwił swoje ciemne włosy i spojrzał z niepokojem na Petera, dopiero teraz przypominając sobie o jego obecności.
   - Idziesz z nami?
   Glizdogon pokręcił zdecydowanie głową, nie zamierzając być piątym kołem u wozu. Poza tym mieli coś do załatwienia, a Potter widocznie o tym zapomniał.
   - Lepiej jak znajdę chłopaków. Pewnie się martwią. 
   Rogacz przytaknął, czując ogromne wyrzuty sumienia, że tak łatwo wypadło mu to, co jeszcze kilka minut temu zajmowało każdą jego myśl. Pettigrew miał rację, Remus już i tak z pewnością wyobrażał sobie najczarniejsze scenariusze.
   - W porządku, dołączę do was niedługo. 
   Obserwował jak przyjaciel odchodzi w kierunku gospody, a następnie przeniósł wzrok na swoją ulubioną ścigającą. 
   - Black już się za tobą stęsknił? - zapytała złośliwie, więc naciągnął jej czapkę na oczy. 
   - Bardzo zabawne. Uważaj bo zaraz sobie pójdę i nie będziesz mogła cieszyć się moim boskim towarzystwem.
   - Och nie, jak ja to przeżyję! - zawołała teatralnie, chwytając się za serce. Zachichotała, kiedy szarmancko podał jej swoje ramię i pociągnął w kierunku sklepu, który obu interesował. 
   - Dlaczego nie weszłaś tu z koleżankami? - zapytał, na co ona posłała mu pełne litości spojrzenie.
   - Z tą grupą chciwych niuchaczy? One zwracają uwagę tylko na to, co się błyszczy i da powiesić w szafie- skrzywiła się, marszcząc uroczo nos. - Dla nich mecz quidditcha to tylko chwila, w której mogą się na ciebie bezkarnie gapić!
   Choć bardzo chciał, nie potrafił powstrzymać śmiechu na widok miny dziewczyny. 
   - Naprawdę? - parsknął, więc posłała mu posępne spojrzenie.
   - Uważają, że jesteś przystojny - przewróciła oczami, otwierając drzwi i wchodząc do środka. Natychmiast otuliło ich gorące powietrze oraz zapach przyborów miotlarskich, który oboje uwielbiali. 
   - A ty? - James nie mógł powstrzymać tego pytania i pochylił się, by spojrzeć w jej jasne tęczówki. Powinna poczuć się speszona niewielką odległością, jaka ich dzieliła, jednak ona tylko uśmiechnęła się szeroko, w iście huncwocki sposób.
   - Ale ty jesteś zarozumiały, Potter.
   Zaśmiał się głośno, czując przyjemne ciepło w na dźwięk znanych słów.
   - Ta, słyszałem to już parę razy.


   - Co oni kombinują? - Cathy zmarszczyła brwi, dostrzegając stojących pod „Trzema miotłami” Huncwotów. Rozmawiali o czymś, pochyleni ku sobie, natychmiast wywołując u niej myśl, że coś jest nie tak. Lily odwróciła roztargnione spojrzenie od wystawy sklepowej, przenosząc je na przyjaciółkę.
   - Widziałaś jakie te pantofelki są...Co się stało? - podążyła wzrokiem w kierunku gryfonów, a po chwili jej zarumienione z zimna policzki zrobiły się jeszcze bardziej czerwone. - Coś jest nie tak- natychmiast zgodziła się z Pollard. Nie mówiąc ani słowa, zgodnie ruszyły w stronę przyjaciół, którzy na ich widok natychmiast zamilkli i przyjęli niewinne wyrazy twarzy. Och, nie z nimi takie sztuczki.
   - Znam ten uśmiech i wiem, że nie znaczy on nic dobrego – Cathy wycelowała palcem w klatkę piersiową Remusa. - Zrobiliście coś.
   - Nic nie zrobiliśmy - westchnął Lupin, chwytając jej dłoń i chowając do kieszeni swojej kurtki. Oczywiście, znowu nie wzięła rękawiczek...
   - No to zrobicie! - brunetka nadal upierała się przy swoim. Zmrużyła oczy, jakby to miało wydusić z huncwotów prawdę. 
   - Jesteś przewrażliwiona, Pollard. Naprawdę - Syriusz próbował zachowywać się nonszalancko, jednak Lily znała go za dobrze, by się na to nabrać. Coś ukrywał, a ona musiała dowiedzieć się co to było. Miała złe przeczucia...
   - Gdzie macie Pottera? - nieobecność Jamesa musiała mieć coś wspólnego z tajemnicą. Evans starała się zignorować fakt, jak szybko dostrzegła brak okularnika. 
   - A co? Stęskniłaś się? - Black zaśmiał się głośno, kątem oka spoglądając na przechodzącą właśnie grupę czwartoklasistek. - Poszedł z Peterem do Miodowego Królestwa. Powinni zaraz być.
   I faktycznie, po upływie kilku minut, podczas których Cathy wszelkimi sposobami próbowała wyciągnąć informacje od Remusa, Peter wyszedł zza zakrętu, jednak zupełnie sam. 
   - Wszystko w porządku? - Lupin nagle spoważniał i nawet przestał wpatrywać się z uwielbieniem w swoją przyjaciółkę. Glizdogon skinął lekko głową, uspokajając go. 
   - Tak. Mają teraz świetne przeceny u Zonka.
   - U Zonka? - Lily uniosła brwi, natychmiast wychwytując sprzeczne zeznania. - A nie w Miodowym Królestwie?
   - Nie - Peter, w przeciwieństwie do Rudej, nie dostrzegał mało dyskretnych znaków, dawanych mu przez Blacka. - Znaczy...byliśmy tam wcześniej, ale stwierdziliśmy, że wejdziemy jeszcze do...no także tego...- dopiero po chwili zrozumiał co chciał mu przekazać przyjaciel, jednak było już za późno. Lily wiedziała swoje, a oni wiedzieli, że ona wie. 
   - Robicie się w tym coraz gorsi na starość - pokręciła głową Cathy, z trudem powstrzymując rozbawienie. Szturchnęła Lupina łokciem. - I tak się dowiem.
   Chwyciła Lily pod ramię, ciągnąc ją w kierunku wejścia do pubu. Jak zwykle niemal wszystkie miejsca były zajęte, ale z trudem znalazły jakieś krzesła przy barze. Opadły na nie z westchnieniem, uśmiechając się do Madame Rosmerty, która natychmiast przyjęła ich zamówienie na dwa kufle kremowego. 
   - Nienawidzę tego, że wiecznie mają jakieś sekrety- burknęła brunetka, ściągając kurtkę, by powiesić ją na oparciu. -Przecież wiedzą, że ich nie wydamy.
   - Nie było Jamesa - rzuciła w odpowiedzi Evans, odbierając od kelnerki zamówiony napój. - Nie wrócił z Peterem.
   Przez moment próbowały wpaść na jakiś pomysł, jednak w końcu uznały, że to beznadziejne. Wyobraźnia gryfonów była w o wiele lepszej kondycji niż ich i nie było szans, by mogły przewidzieć kolejny dowcip. Poza tym Emmelina Vance obściskiwała się właśnie w kącie z prefektem naczelnym, a Phil Bennet czarował jakieś puchonki, co stanowiło o wiele lepszą rozrywkę niż nieustanne rozmyślanie o tajemnicach Huncwotów. 
   - Patrz, kto przyszedł - Lily, obrócona w kierunku drzwi, jako pierwsza dostrzegła nowego gościa gospody i natychmiast nakazała przyjaciółce się obrócić. Adam Grant wyglądał na dość zmieszanego ilością uczniów, którzy wpatrywali się w niego z uwielbieniem i ciekawością. Oczywiście, nauczyciele często odwiedzali „Pod trzema miotłami”, jednak profesor obrony przed czarną magią nie był w żadnym stopniu tak zwyczajny jak oni. Każdy czekał na jego ruch.
   Ten tylko spokojnym krokiem podszedł do baru, uprzejmie witając się z Rosmertą i zamawiając tutejszy przysmak. Oparł się łokciami o blat, co dało Cathy świetną okazję do rzucenia okiem na jego pośladki, kiedy tylko odchyliła się lekko do tyłu. 
   - Cześć - uśmiechnęła się w stronę mężczyzny i odgarnęła ciemne włosy na plecy. To był jej ruch, Evans znała go bardzo dobrze, i zazwyczaj skutecznie działał. Nikt nie mógł oprzeć się tym czekoladowym falom, spływającym łagodnymi kaskadami, a już zwłaszcza nie w połączeniu z  charakterystycznym, zwiastującym problemy uśmiechem.
   - Cześć - Adam prawdopodobnie nie był człowiekiem, ponieważ jego twarz pozostała tak samo bezuczuciowa i poważna jak zazwyczaj.
   - Śledzisz mnie? - teraz kąciki jego ust delikatnie zadrgały, ale nadal powstrzymał się od uśmiechu. Zamiast tego skarcił dziewczynę wzrokiem, który miał chyba świadczyć o niestosownym tonie jej wypowiedzi. 
   - Dokładnie tak, Pollard. Zawsze w wolny dzień, śledzę natrętne małolaty. 
   Przewrócił oczami, a następnie chwycił swoje piwo i już był po drugiej stronie pomieszczenia. Cathy zmarszczyła brwi, odprowadzając go wzrokiem. 
   - Arogancki buc. 
   W reakcji na jej oburzenie Lily mogła tylko zachichotać i przestała dopiero, gdy następne osoby, przekroczyły próg ulubionego miejsca spotkań wszystkich uczniów. Poczuła jak jej policzki robią się czerwone, następnie bledną, by sekundę później ponownie przyjąć kolor buraka. 
   - Już wiemy, gdzie był James.
   Cała czwórka huncwotów zaczęła ściągać płaszcze i rozglądać się za wolnym miejscem, oczywiście jak zawsze robiąc większy hałas niż powinni. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Potter obejmował ramieniem Sophie Willis, uśmiechniętą tak szeroko, jakby chciała by wszyscy podziwiali jej idealne uzębienie. Pomachała do swoich przyjaciółek, siedzących pod oknem, zajmując jednak stolik wraz z chłopcami. 
   - Och - westchnęła Cathy, upijając łyk piwa. - Ja to mówiłam w żartach...
   Nie krępując się ani przez sekundę, uporczywie wgapiały się w gryfonów, nie zwracających na nie żadnej uwagi. Poczuły się odrzucone.
   - Nie znoszę jej - Pollard w końcu nie wytrzymała. 
   - To nie... - Evans westchnęła, gdy śniadanie przewróciło się w jej żołądku. - Nie jest tak, że...Przecież ona...Sophie jest sympatyczna.
   - Lily...- przyjaciółka posłała jej surowe spojrzenie. - Musisz przestać być dla wszystkich miła. Willis? Nie lubimy jej. Denerwuje nas. Spójrz na te niewinne spojrzenie i to jak pyskuje Blackowi...Mam ochotę jej coś zrobić.
   Cała radość związana z zakupami i wolnym dniem nagle z nich uszła. Z grobowymi minami na twarzy powoli popijały kremowe.
   - Ona jest jak my - stwierdziła w końcu Lily, a Cathy pokręciła głową. 
   - Gorzej - burknęła. - Ona jest jak lepsza wersja nas.


   Adam nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, przed oczami nadal mając postać Pottera, stojącego w progu jego gabinetu, dającego mu dokładnie to na co czekał: trop. Podał nazwiska, szczegółowy opis sytuacji i tak naprawdę Grant musiał tylko wyprowadzić pewne konsekwencje. Ale to nie było takie łatwe...Cholera, to przecież jeszcze dzieciaki! Na dobrą sprawę, nie wiedziały nawet w co się pakują...
   Westchnął i uznając, że jest już wystarczająco jasno, zerwał się z łóżka. Jak we śnie przebrał się w wygodne sportowe ubrania i nie minęło pięć minut, kiedy był już w drodze do wyjścia z zamku. Potrzebował świeżego powietrza, wysiłku i czegokolwiek, by uciec myślami. Carrowowie mają tylko szesnaście lat...
   Minął zakręt prowadzący do wieży Gryffindoru, na końcu korytarza dostrzegając znajomą postać. Nie był zdziwiony. Wiedział, że Pollard biega codziennie z niemal taką samą wytrwałością jak on.
   - Dzień dobry - mruknęła cicho, wymijając go z poważną miną. Mężczyzna zmarszczył brwi, widocznie zaskoczony taką zmianą w zachowaniu dziewczyny. Nie rzuciła żadnym zaczepnym komentarzem, ani nie zaczarowała go jednym z tych swoich olśniewających uśmiechów. Nie do końca pojmując własne zachowanie, ruszył za nią, zastępując jej drogę.
   - Hej, poczekaj – chwycił ją za nadgarstek, kiedy próbowała go wyminąć. - Coś się stało?
   - Nie - dumnie uniosła podbródek do góry, a dolną wargę wydęła niczym obrażona pięciolatka. 
   - Daj spokój. Widzę, że coś jest nie tak.
   - To nieistotne - uśmiechnęła się, jednak nic w tym uśmiechu nie było takie, jakim być powinno. - Nie musisz się mną przejmować. W końcu jestem tylko natrętną małolatą.
   Te słowa zaskoczyły go na tyle, by brunetce w końcu udało się go wyminąć. Przez chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym sekundę temu stała, aż w końcu ponownie podążył jej śladem, zatrzymując ją tuż przed drzwiami wejściowymi.
   - O to ci chodzi? - z trudem powstrzymywał rozbawienie. - Miałem zły humor...
   - I to ma być wytłumaczenie? - uniosła do góry prawą brew, przypominając mu w tym momencie rasową ślizgonkę. - Przeprosiny nieprzyjęte. 
   Wyszła na dwór, a wiatr natychmiast zaczął bawić się jej miękkimi lokami. Adam stojąc na progu odprowadzał ją wzrokiem, kiedy truchtem ruszyła w stronę Zakazanego Lasu. Sprawiała wrażenie naprawdę obrażonej i w sumie jej się nie dziwił. Potraktował ją naprawdę kiepsko. Westchnął.
   - Cathy! Hej, poczekaj! - dogonił ją kilkadziesiąt metrów dalej, w myślach chwaląc jej polepszającą się kondycję. - Przepraszam! Naprawdę!
   - Merlinie, w porządku - przewróciła oczami. - To przecież nieważne.
    - Właśnie, że ważne - nawet jego zaskoczyła determinacja we własnym głosie. - Nie chcę, żebyś była na mnie zła.
   Zatrzymali się, oboje zdyszani. Żadne z nich nie zauważyło, że w czasie rozmowy znacząco przyśpieszyli. Cathy oparła dłonie o kolana i wbiła w niego uważne spojrzenie. Poczuł się nagle jak głupi siedemnastolatek. 
   - Dlaczego?
   - Nie mam zielonego pojęcia- uznał, że szczerość będzie w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem. Widocznie miał rację bo uśmiechnęła się lekko, czego nie mógł nie odwzajemnić. Po chwili szturchnęła go w ramię. 
   - Ścigajmy się, co?
   Nagle ruszyła w stronę jeziora, zostawiając go w tyle, co też natychmiast postanowił zmienić. Niemal przy samym końcu udało mu się ją w końcu wyprzedzić.
   - Oszukiwałeś! Chyba znowu się na ciebie obrażę! - burknęła, z jękiem opadając na mokrą od trawy rosę. 
   - Bardzo zabawne.
   Wyciągnął w jej stronę rękę, pomagając wstać. Nie wiedział czy zrobiła to specjalnie, ale zauważył jak blisko niego się znalazła. Za blisko. Niemal dotykała nosem jego klatki piersiowej, a gdyby chciał ją objąć, wystarczył by jeden ruch. Nie żeby kiedykolwiek mogło mu to przyjść do głowy. 
   - Lepiej uważaj - mruknęła dziewczyna, posyłając mu długie spojrzenie, spod swoich gęstych rzęs.
   - Na co?
   - Na mnie.
   Uśmiechnęła się szeroko, a następnie odwróciła na pięcie i ruszyła z powrotem do zamku. Tym razem już nie próbował jej gonić.