niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział 4: Smacznego, Evans

   Wszyscy wszystko mają?
   Remus spojrzał na swoich kompanów, a oni równocześnie skinęli głową. Na ich twarzach widniały podekscytowane uśmiechy, towarzyszące każdej akcji już od pierwszego roku. Lunatyk sam nie potrafił go powstrzymać.
   - Jest okej - James przewrócił oczami i poklepał się po kieszeni szaty. - Różdżka jest, torba jest, peleryna jest...
   - I wszyscy znają plan?
   Być może to Rogacz z Łapą byli twarzami ich grupy, ale bez strategicznego i logicznego myślenia Lupina, zarejestrowałaby ona zerową skuteczność. Już na samym początku zrozumieli, że tylko pod jego przywództwem, są w stanie zrealizować swoje pomysły i od tego czasu nic się nie zmieniło.
   - No dobra - czuł się jak jedenastolatek, ruszający na pierwszą nocną wyprawę po szkole. - To idziemy.
   Było już późno w nocy, więc ostrożnie stawiali kroki, nie chcąc narobić zbytecznego hałasu oraz nikogo nie obudzić. Gryfonów być może bawiły ich dowcipy, jednak ujemne punkty dla domu już nie. Gdyby złapał ich prefekt...Och tak. Na całe szczęście był nim Remus. Posuwali się powoli, próbując zejść po schodach skąpanych w ciemności, aż w końcu znaleźli się w Pokoju Wspólnym, który według ich kilkuletnich obserwacji o tej godzinie powinien być już pusty.
   - A wy gdzie?
   Lily podniosła głowę znad opasłej książki i wbiła w nich szmaragdowe spojrzenie. Syriusz zaklął pod nosem naprawdę dosadnie, na co dziewczyna spokojnie zamknęła tomiszcze i uśmiechnęła się uprzejmie, zupełnie tak, jakby pytała o pogodę. Huncwoci wymienili zmieszane spojrzenia.
   - Idziemy na spacer...- zaczął powoli Peter, a reszta zgodnie pokiwała głowami.
   - Jest ładna noc - dodał Black. James nie mógł się powstrzymać, by nie zażartować.
   - Po tym jak mnie odrzuciłaś, zostali mi tylko oni.
   Ruda zmrużyła oczy.
   - I na spacerze jest wam potrzebna torba, która spokojnie mogłaby zmieścić...- przekrzywiła głowę, nie odrywając spojrzenia od trzymanego w ręce Rogacza przedmiotu. - Małego trupa?
   - Czy ty naprawdę uważasz, że bylibyśmy w stanie kogoś zabić? - oburzył się Pettigrew, ale ona tylko powątpiewająco uniosła do góry prawą brew.
   - Czy ja naprawdę muszę odpowiadać na to pytanie?
   - Jeszcze nikogo nigdy nie zamordowaliśmy.
   - Ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Poza tym nie twierdzę, że zrobicie to specjalnie...
   - Bardzo zabawne, Evans.
   - Ależ dziękuję, Black.
   Stali naprzeciwko siebie, tocząc walkę na spojrzenia. Gdyby ktoś nieznajomy spojrzał na to z boku, pewnie uznałby sytuację za bardzo niesprawiedliwą. Czterech młodych mężczyzn przeciwko drobnej Evans, ostro zadzierającej głowę do góry. Jednak każdy mieszkaniec Hogwartu doskonale zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę to Huncwoci znajdowali się na z góry przegranej pozycji.
   - Co planujecie zrobić?
   - Nie możemy zdradzać swoich sekretów - Lunatyk przewrócił oczami, bawiąc się trzymanym w dłoni zegarkiem. Już byli spóźnieni. - Możemy za to zapewnić, że nikomu nie stanie się krzywda, a jutro wszyscy z wyjątkiem ślizgonów, będą mieli lepsze humory.
   Dziewczyna sprawiała wrażenie jakby usilnie nad czymś rozmyślała, aż w końcu skinęła głową.
   - Niech wam będzie, idźcie.
   Gryfoni wymienili przerażone spojrzenia. Coś się tu nie zgadzało. Lily nie była jędzą, ale zazwyczaj nie pochwalała ich wybryków. Teraz jednak usunęła im się z drogi i jak gdyby nigdy nic, wróciła do przerwanej lektury.
   - Dobrze się czujesz, Evans? - Black spojrzał na nią z troską, ale ona machnęła tylko ręką, więc korzystając z okazji, że jeszcze się nie rozmyśliła, szybko wyszli na korytarz. Ostatni oczywiście był James, któremu najtrudniej było odwrócić spojrzenie od widoku dziewczyny. W blasku ognia jej włosy wydawały się płonąć.
   - Nie siedź za długo. Jutro będziesz zmęczona - mruknął, sam siebie zaskakując czułością w głosie. Tylko ona potrafiła to w nim wywołać: z dumnego króla Zakazanego Lasu stawał się pluszowym Bambi.
   - Jestem dużą dziewczynką - przewróciła oczami, ale zaraz po tym obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wystarczyłaby mu sama myśl o nim, by wyczarować najpotężniejszego patronusa w swoim życiu. Czując się jak pod wpływem naprawdę dobrej ognistej, wyszedł z Pokoju Wspólnego, od razu łapiąc rozbawione spojrzenia przyjaciół.
   - No co?
   - No nic - zaśmiał się Peter, więc Rogacz szturchnął go po kumpelsku w ramię. Pokazał współlokatorom środkowy palec i ruszył korytarzem w kierunku lochów. Po chwili usłyszał, że idą za nim i wkrótce wszyscy byli skupieni już tylko na misji, choć Jamesowi zajęło chwilę wyrzucenie ukochanej z głowy.
   - Jakie hasło? - Remus odwrócił się w jego stronę, ale zanim zdążył otworzyć usta, wyprzedził go Syriusz.
   - Aqua Serpent.
   Gdy tylko słowa uciekły z jego ust, przejście otworzyło się, zapraszając ich do środka, co z radością uczynili. Ślizgoni bardzo uważali na to, by nikt nie poznał ich hasła, choćby dlatego, by powstrzymać gryfonów przed kolejnym żartem. Nie mieli pojęcia, jak za każdym razem Huncwotom udawało się wejść, ale była to jedna z tych tajemnic, o których istnieniu nie wiedział nikt spoza wielkiej czwórki.
   Remus i James po cichu przekroczyli próg wejścia, pozostawiając swoich kumpli na czatach. Nie chcieli dać się złapać, zwłaszcza, że obiecali profesor McGonagall ograniczenie swojej działalności, jednak w tych niespokojnych czasach pełnych przemocy, uznali, że zasłużyli na małą zabawę. Potter położył torbę na jedną z czarnych, skórzanych kanap, uważając by nie narobić hałasu, ale nie zdążył jej nawet rozpiąć. Lunatyk gwałtownie chwycił go za ramię, przykładając palec do ust w prostym komunikacie: bądź cicho. Usłyszeli kroki, co mogło oznaczać tylko, że jakiś ślizgon idzie w ich kierunku i niechybnie nakryje. James nie tracił czasu. Chwycił torbę, a następnie szybkim, sprawnym ruchem zakrył peleryną zarówno siebie jak i Remusa. Jego serce wybijało niespokojny rytm, kiedy adrenalina żwawo przepływała przez jego żyły. Gdyby ktoś ich tu nakrył, prawdopodobnie nie skończyłoby się to dobrze, a pani Pomfrey miałaby ciężką noc.
   W Pokoju Wspólnym pokazał się ten, którego z pewnych przyczyn woleli unikać: Rudolf Lestrange. Był ostatnią osobą, z którą chcieliby mieć cokolwiek wspólnego. Z ciemnymi, gładkimi włosami i obłąkańczym, ale wyniosłym spojrzeniem, oświetlany jedynie przez słaby blask świec i dogasającego kominka, wyglądał jak władca piekła. Jego ramienia uchwyciła się blada dziewczyna, której kręcone, zwichrzone włosy zakrywały niemal całą twarz, choć gryfoni i tak nie mieli problemu by rozpoznać w niej Bellatrix, kuzynkę Syriusza.
   - Jeszcze ich nie ma? - syknęła Black, zirytowana rozglądając się po pomieszczeniu. - Cholerni gówniarze...Po co Czarnemu Panu takie małolaty?
   - Wątpisz w Jego plan, Bello? - chłopak był widocznie niezadowolony, a jego słowa szybko uciszyły złośliwą dziewczynę. Tupała jednak zniecierpliwiona nogą i kiedy w pomieszczeniu pojawiły się kolejne osoby, obrzuciła ich spojrzeniem równie pogardliwym, jakim mogłaby spojrzeć na zdechłą mysz.
   - Nareszcie – westchnął Rudolf, również wpatrując się w czwórkę szóstoklasistów, stojących przed nimi. Huncwoci rozpoznali w nich bliźniaki Carrow oraz Waldena McNaira, z którymi uczęszczali na eliksiry. - Na spotkanie z Czarnym Panem też zamierzacie się spóźnić?
   - A więc zobaczymy go? - w głosie Alecto zabrzmiała taka ekscytacja i podziw, że Lunatyk mimowolnie się wzdrygnął. Wymienił z Jamesem znaczące spojrzenia, orientując się w jakiej sytuacji przyszło im się znaleźć. Sam nie wiedział, czy trafili na najlepszy możliwy moment, czy też wręcz przeciwnie.
   - Wszystko w swoim czasie. Porozmawiam z nim, ale najpierw muszę być stuprocentowo pewny, że jesteście po naszej stronie.
   - Jesteśmy! - warknął McNair, wbijając dłonie w kieszenie szaty. - Nie traktuj nas jak dzieci. Jesteśmy tylko rok młodsi i chcemy mu służyć!
   - Uprzedzam was tylko, że to nie jest coś, z czego można się wycofać - Rudolf dumnie uniósł podbródek. Kątem oka zerknął na swoją dziewczynę. - Bello? Możesz?
   Ona zdawała się tylko na to czekać i z radością podwinęła lewy rękaw swojej szaty, ukazując ciemny, kontrastujący z jej bladą skórą tatuaż, przedstawiający wzór, którego nie dało się podrobić. Zarówno Lunatyk jaki i Potter spięli się na widok znaku, mogącego budzić tylko i wyłącznie strach. Trójka ślizgonów wpatrywała się w niego jednak z zachwytem, całkowicie zazdrośni, że kuzynka Syriusza już go posiada.
   - W wakacje. Tuż przed powrotem do szkoły.
   - Kiedy? - zapytał cicho Amycus, a Black uśmiechnęła się z satysfakcją.
   - My też go dostaniemy?
   - Jak tylko się z Nim spotkacie - kiwnął głową Lastrange. - Pamiętajcie, że dopóki jesteście w szkole macie zakaz choćby mówienia o tym, jasne? - warknął, a szóstoklasiści gorliwie pokiwali głowami. - Nikt nie może się dowiedzieć, więc musicie uważać. Ten cały Grant jest podejrzany. Teraz wróćcie do dormitorium i idźcie spać, a ja przekażę wam datę, kiedy tylko ją poznam.
   Burcząc niewyraźnie jakieś pożegnania, rozeszli się, wracając tam skąd przyszli. James ściągnął pelerynę niewidkę, odwracając się w stronę przyjaciela.   - Czy oni...?
   - Tak - Remus przytaknął, sam próbując poukładać w głowie to, co przed chwilą usłyszeli.
   - Musimy powiedzieć Grantowi.
   - Potrzebujemy dowodów. Nie możemy tak po prostu do niego iść i powiedzieć, że banda ślizgonów marzy o byciu śmierciożercami.
   - Ten cholernie wielki tatuaż jest całkiem dobrym dowodem! - warknął James, przeczesując włosy dłonią. - Ja pieprzę...- wziął parę głębokich wdechów. Miał świadomość, że ślizgoni to nic dobrego, ale żeby z taką ochotą dołączali to tego...mordercy?
   - Poobserwujemy ich parę dni, a potem pójdziemy do Granta - mruknął Remus, wyrywając go z zamyślenia. - Musimy być absolutnie pewni, że to nie jest tylko czcze gadanie i próba Rudolfa, żeby komukolwiek zaimponować.
   - W porządku.
   W pośpiechu i bez zbytecznego rozmawiania opuścili Pokój Wspólny, natychmiast zwracając na siebie uwagę przyjaciół, siedzących pod ścianą. Na widok ich min, zarówno Syriusz jak i Peter zerwali się na nogi.
   - Coś się stało? Wszystko okej? Zrobiliście co mieliście?
   - Nie mogliśmy - pokręcił głową Lunatyk. - Nikt nie może się dowiedzieć, że tu dzisiaj byliśmy.
   - Musimy wam coś opowiedzieć - wtrącił się James, rozglądając się ostrożnie po korytarzu, jakby bojąc się, że ktoś może ich nakryć. -Tylko nie tutaj. Tu nie jest bezpiecznie.
   Szybkim krokiem oddalili się w stronę własnej wieży i dopiero, gdy znaleźli się w Pokoju Wspólnym, Potter poczuł się spokojny. Lily spała na kanapie zwinięta w kłębek, więc przykrył ją kocem, obiecując sobie, że rano poprosi ją o dyskrecję, związaną z dzisiejszym wieczorem. Wraz z przyjaciółmi ruszył do dormitorium, aby tam streścić im usłyszaną rozmowę.
    Nadal nie wierzył w to, czego byli świadkami, ale miał wrażenie, że nagle postarzał się o kilka lat.


   Lato całkowicie dobiegło końca i temperatura z każdym dniem spadała coraz szybciej. Bijąca Wierzba zrzuciła już niemal wszystkie swoje liście, a błonia całkowicie wymarły, kiedy uczniowie zdecydowanie bardziej woleli spędzać czas w ciepłym zamku niż odmrażając sobie kończyny na zewnątrz. Słońce skutecznie skryło się za ciężkimi, deszczowymi chmurami, podczas gdy potężny wiatr zniechęcał każdego do jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Każdego poza Catherine Pollard.
   Była zawzięta. Od swojej sławetnej porażki na lekcji obrony, nie odpuściła sobie żadnego dnia ćwiczeń. Zazwyczaj biegała z Jamesem i Peterem, którzy dzisiaj jednak postanowili pozostawić ją samą na polu bitwy. Kiedy pojawiła się nad ranem w ich sypialni, Peter tylko przewrócił się na drugi bok, a Rogacz rzucił w jej stronę poduszką i paroma niewybrednymi epitetami. Z pewnością znów wałęsali się w nocy.
   - Cholerni zdrajcy- wymamrotała pod nosem, otwierając drzwi od zamku. Natychmiast poczuła powiew chłodnego wiatru, który sprawił, że dreszcz przebiegł jej po plecach. To z pewnością nie miał być dobry dzień. Spokojnym truchtem ruszyła w stronę jeziora, które okazało się idealną scenerią dla tych tortur, które sama sobie wymyśliła. Co ją podkusiło? Sama z siebie nigdy by się na to nie zdecydowała, jednak ten prześmiewczy uśmieszek Granta, był czymś czego nie potrafiła przeżyć. Na myśl o nim mimowolnie przyśpieszyła, oddychając regularnie i czując jak jej mięśnie zaczynają boleć.
   Musiała mu pokazać co umie. Że nie jest tylko ładną twarzyczką, za jaką uważała ją większość. Jasne, może przy prymusce Lily jej oceny nie przedstawiały się rewelacyjnie, ale przecież nie była głupia! Potrafiła o wiele więcej niż się wszystkim wydawało.
   Niesiona rozgoryczeniem, nawet nie zorientowała się jak szybko dobiegła do jeziora. Zatrzymała się gwałtownie, biorąc kilka głębokich oddechów i zginając się w pół. Cóż, rozgrzewkę miała już zaliczoną. Po paru sekundach poczuła się lepiej, więc wyprostowała się i niemal natychmiast dostrzegła zmierzającą w jej kierunku postać. Nie musiała się specjalnie wysilać, by ją rozpoznać. Od kilku tygodni wpatrywała się w nią tak intensywnie, że jej oczy wręcz bolały od niemrugania. Ręce mimowolnie skierowały się ku włosom, by sprawdzić, czy na pewno wyglądają dobrze.
   - Cześć - rzuciła swobodnie, gdy Grant znajdował się już w zasięgu jej głosu. Na dźwięk zaczepki uśmiechnął się, sprawiając, że całkowicie zmiękły jej kolana i zwolnił, by w końcu zatrzymać się tuż przed nią.
   - Cześć. Co ty tu robisz?
   Zmierzył ją swoim poważnym spojrzeniem, na co przeklęła się w myślach. To nie było wydanie w jakim powinien ją oglądać. Spodziewając się poranka spędzonego w towarzystwie dwójki huncwotów nie poświęciła dużo uwagi swojemu wyglądowi. A raczej w ogóle. Niemal z zamkniętymi oczami wybrała dresowe spodnie luźno zwisające z bioder i bluzę, która niegdyś należała do Jamesa, ale oddał jej ją, kiedy z niej wyrósł. Była trochę za duża, jednak okropnie ciepła i wygodna.
   - Biegam, nie widać? - rzuciła zaczepnie, nerwowo poprawiając ubiór. - Pewien dupek nieustannie krytykował moją formę, więc postanowiłam coś z tym zrobić.
   Sądziła, że obrazi się za nazwanie go w ten sposób, ale on tylko usilnie starał się powstrzymać uśmiech. Odkaszlnął.
   - To chyba bardzo mądry dupek - kąciki jego ust niebezpiecznie drżały, jednak nadal zachował powagę. Dziewczyna posłała mu rozbawione spojrzenie spod długich rzęs. Był od niej ponad o głowę wyższy.
   - Można z nim wytrzymać. Ale jest strasznie przemądrzały.
   - Ach tak? - Adam uniósł do góry jedną brew, co było tak seksowne, że Cathy o mało nie zemdlała. - Z tego co mi się wydaje, ma moc wlepienia ci szlabanu.
   - Proszę bardzo - uśmiechnęła się szeroko, odrobinę przekrzywiając głowę. Remus zawsze się śmiał, że gdy to robi, przypomina mu szczeniaczka. - Nie mam nic przeciwko wspólnemu spędzeniu popołudnia.
   Grant zrezygnowany pokręcił głową. Już po pierwszej lekcji miał świadomość, że tej dziewczyny nie da się przegadać. Miała odpowiedź dosłownie na wszystko.
   - Z tego co pamiętam, przyszłaś tu pobiegać, więc nie będę cię dłużej zatrzymywać.
   Cathy westchnęła, a po jej ciele rozlała się fala rozczarowania. W towarzystwie Granta nawet pogoda nie wydawała się taka straszna. Wiedziała jednak, że i tak igra z ogniem i każdy inny nauczyciel już dawno odjąłby jej punkty za tak swobodne zachowanie. Nie mogła jednak nie mieć ostatniego słowa, więc kiedy mężczyzna wyminął ją truchtem, zawołała:
   - Może kiedyś pobiegamy razem?
   Nie była pewna, czy to tylko wiatr, czy może jej chora wyobraźnia, ale miała wrażenie, że usłyszała „może”.


   - Spróbuj jeszcze raz, powoli, spokojnie - James nachylił się w stronę Lily, z czułością obserwując zmarszczki tworzące się na jej czole. - Skup się, ale pozwól, by to magia cię prowadziła, a nie odwrotnie.
   - Myśl o tym, żeby nie myśleć? - dziewczyna skrzywiła się, sprawiając że Potter uśmiechnął się lekko.
   - Coś w tym stylu. I pamiętaj o odpowiednim ruchu różdżką.
   - Przysięgam na Merlina, że jeżeli zbliżysz się do mnie choćby o cal, to moja różdżka zaraz wyląduje w twoim oku. Przestrzeń osobista, mówi ci to coś?
   Był zdecydowanie za blisko. Na tyle blisko, by czuła zapach jego szamponu, a wścibskie czwartoklasistki posyłały w ich stronę zaciekawione spojrzenia. Przesunęła się w lewo, tworząc większą przerwę między sobą a chłopakiem i westchnęła głęboko. James przez cały czas zachowywał się poprawnie, więc mogła skusić się o stwierdzenie, że z każdym spotkaniem czuła się coraz bardziej swobodnie. Bądź co bądź, mimo jego paru wad, był naprawdę sympatycznym chłopakiem. Jednak cały czas miała świadomość, że liczy na coś więcej, a ona nie chciała bawić się jego uczuciami. Nie była taką osobą.
   Ponownie skupiła się na zaklęciu i przymknęła oczy. Jeżeli już ryzykuje tak bardzo i spotyka się z Rogaczem na tych nieszczęsnych korepetycjach, to powinna chociaż coś z nich wynieść. Wzięła głęboki wdech, a następnie machnęła lekko różdżką, wypowiadając odpowiednią formułę i sprawiając, że leżące na podłodze książki przemieniły się w śliczny maleńki stoliczek, z renesansowymi zdobieniami. Zamrugała kilkakrotnie rzęsami, jakby chcąc się upewnić, że na pewno wykonała zadanie poprawnie, a kiedy mebel nadal stał tuż przed nią, pisnęła zachwycona, zakrywając usta dłońmi.
   - Udało się! - zawołała i odwróciła w stronę Pottera. Uśmiechał się szeroko, a w jego czekoladowych oczach widniała czysta duma. Poprawił okulary, które odrobinę zsunęły się z jego nosa.
   - Świetnie, Evans! Dobra robota!
   Miała ochotę rzucić mu się na szyję i po chwili zastanowienia właśnie to zrobiła. Był to czysto przyjacielski gest, który jednak sprawił im obojgu wiele przyjemności. Dla Jamesa każdy dzień, gdy udało mu się utrzymać uścisk od Rudej był najlepszym w życiu, a ona tylko cieszyła się, że sprawiła mu radość, zwłaszcza, że przez ostatnie dni wyglądał na dość zmartwionego. Zasłużył na uprzejmy gest, skoro w końcu udało jej się wyczarować ten cholerny stolik. Nie mówiąc już o tym, że z racji różnicy wzrostu, Potter był po prostu osobą idealną do przytulania. Ponownie poczuła wyrzuty sumienia, martwiąc się, czy nie przekroczyła pewnej granicy, ale przecież to nie tak, że zrobiła to pierwszy raz. Poza tym, Cathy przytulała wszystkich Huncwotów kilkanaście razy dziennie, nie przejmując się absolutnie niczym, więc ona też mogła. Prawda?
   - Dziękuję, James - mruknęła, kiedy w końcu odsunęli się od siebie i wrócili na swoje miejsca: on na fotel, a ona na brzeg kanapy stojącej tuż obok. - Naprawdę nie spodziewałam się, że mi się uda.
   - Ja zawsze w ciebie wierzyłem - rzucił to bardzo swobodnym tonem, ale ani przez chwilę nie pomyślała, że kłamie. On naprawdę trzymał za nią kciuki. - Poćwiczysz jeszcze trochę i będziesz tak dobra jak ja - pokazał jej język, na co tylko się uśmiechnęła.
   - Naprawdę? Będę jak najwspanialszy i najbardziej utalentowany uczeń w szkole James Potter?! - zawołała z udawaną ekscytacją, teatralnie łapiąc się za serce. Rogacz wpatrywał się w nią rozanielony, gdy tak idealnie parodiowała jego osobę. - To najwspanialszy dzień mojego życia!
   Przewrócił oczami i wyciągnął rękę, wbijając swój palec wskazujący pod jej żebra. Dziewczyna skrzywiła się i jęknęła.
   - Wiesz, jest jedna rzecz, w której faktycznie jestem najlepszy... - puścił jej oczko, a zarówno ton jego głosu jak również ten pewny siebie uśmiech, nie pozostawiał jego wypowiedzi żadnej dwuznaczności. Poczuła suchość w gardle i głośno wciągnęła powietrze. James pochylał się w jej stronę, będąc bardzo, ale to bardzo blisko, nawet jeśli oddzielał ich podłokietnik kanapy. Nie miała pojęcia kiedy zniwelował tą przestrzeń między nimi.
   - Na pewno nie w byciu subtelnym - pokręciła głową, a on zaśmiał się i odsunął na bezpieczną odległość. Chciał tylko sprawdzić jej reakcję, wiedziała o tym. Chciał zobaczyć jak się rumieni i denerwuje. Cholerny Potter. Musiała sprowadzić ich rozmowę na odpowiednie tory, bo teraz zmierzali w niekoniecznie odpowiednim dla niej kierunku. - Masz zrobione notatki z ostatniej lekcji? Te, które mi pożyczasz są o niebo lepsze niż wszystkie moje...
   - Jasne, zaraz przyniosę.
   Kiwnął głową i zniknął na schodach prowadzących do dormitorium, dając Rudej odetchnąć i pozbierać myśli. Niestety nie cieszyła się długo chwilą spokoju, ponieważ Łapa jakby zmaterializował się tuż przed nią, opadając na zajmowany wcześniej przez Pottera fotel. Na jego ustach widniał zadowolony uśmiech.
   - Smacznego, Evans - rzucił z nonszalancją, wywołując u dziewczyny konsternację.
   - Przecież ja nic nie jem.
   - Jak to nie? Zauważyłem, że zjadasz mnie wzrokiem.
   Ruda przez chwilę nie mogła zdecydować czy ma większą ochotę uderzyć się dłonią w czoło, czy też głośno zaśmiać, dlatego w końcu zrezygnowana pokręciła z niedowierzaniem głową.
   - Masz szczęście, że jesteś przystojny, Black.
   Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej.
   - Jak nauka z Rogasiem?
   - Zadziwiająco dobrze - musiała przyznać, czując jak słowa drapią ją w gardło. - Jest naprawdę dobrym nauczycielem.
   - Jedyną rzeczą, którą potrafi wytłumaczyć lepiej niż transmutację jest anatomia.
   Syriusz puścił jej oczko, więc rzuciła w niego poduszką. Co oni się dzisiaj na nią uwzięli? Było za wcześnie na takie rozmowy, a ona była zdecydowanie za bardzo trzeźwa.
   - Czasem naprawdę mam was dość...
   - Hej! - zawołał oburzony Syriusz, marszcząc brwi. - Rogacza to rozumiem, ale ja? Przecież ty mnie kochasz!
   - Jak młodszego brata, którego chce się oddać do adopcji.
   Obrażony odwrócił spojrzenie, ponownie spoglądając na Lily dopiero gdy wrócił James. Od zawsze uwielbiał obserwować tę dwójkę, a raczej od chwili, gdy Potter uświadomił sobie swoje uczucia. Nigdy nie wątpił, że jego przyjaciel w końcu zdobędzie serce Rudej i szczerze wierzył, że pozostawało to tylko kwestią czasu. Teraz uśmiechali się do siebie, jakby wszystko dookoła nich nie istniało, choć Evans pewnie nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Uparta jak zawsze, pomyślał Black, wzdychając z rezygnacją. Naprawdę miał nadzieję, że już wkrótce, przestanie się bronić przed tym, co było nieuniknione. W końcu oboje zasługiwali na szczęście, a zdobyć je mogli tylko razem.