czwartek, 2 marca 2017

Rozdział 6: Hufflepuff vs Gryffindor.

   Syriusz śmiał się z niej bez ustanku aż do soboty, na kiedy to McGonagall ustaliła termin szlabanu. O odpowiedniej godzinie Cathy całkowicie nieszczęśliwa powlokła się w w stronę gabinetu nauczycielki, przeklinając na prawo i lewo. Jej życiowy pech jak zwykle musiał dać o sobie znać. Zatrzymała się przed drzwiami i wzdychając głęboko, w końcu zdecydowała się zapukać. A mogła teraz robić tyle pożytecznych rzeczy!
   - Dobry wieczór - mruknęła niechętnie, wchodząc do pomieszczenia. Ku jej zdziwieniu, w środku nie zastała tylko surowej pani profesor, ale również kogoś, kogo w ogóle się tam nie spodziewała. Na jej ustach mimowolnie pojawił się uśmiech, kiedy spotkała się spojrzeniem z ciemnymi tęczówkami Adama Granta. 
   - Jesteś spóźniona, Pollard - stwierdziła Minerwa, całkowicie pochłonięta leżącymi przed nią dokumentami. - Minus pięć punktów.
   - Przepraszam pani profesor - rzuciła lekko, odgarniając włosy na plecy. - Pani zaproszenie było tak kuszące, że musiałam pozmieniać plany na dzisiejszy wieczór i zajęło mi to trochę dłużej niż się spodziewałam.
   Nauczycielka nawet na nią nie spojrzała, ale w oczach mężczyzny kryło się sporo dezaprobaty. Wzruszyła ramionami. 
   - Mam dzisiaj dużo pracy więc twój szlaban poprowadzi profesor Grant. Zachowuj się i nie próbuj żadnych sztuczek, jasne?
   Cathy niemal otworzyła usta ze zdziwienia, ale szybko się powstrzymała. Przez chwilę zastanowiła się czy kobieta w ten wymyślny i okrutny sposób nie zamierza z niej po prostu zażartować, ale McGonagall wyglądała bardzo poważnie, a auror zaciekawiony obserwował jej reakcję i zrozumiała, że po prostu jej nieszczęśliwy los obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. 
   - W porządku - odrobinę nieprzytomnie pokiwała głową, a mężczyzna westchnął i podszedł do drzwi.
   - Idziemy, Pollard.
   Szybko pożegnała się z nauczycielką i niemal w podskokach podeszła do swojego opiekuna na dzisiejszy wieczór. Uśmiechała się szeroko, w myślach dziękując sobie, za poprawienie makijażu tuż przed wyjściem na szlaban. Nie powiedział jej gdzie idą, ale nie trzeba było być Lily Evans, by zorientować się że zmierzają w kierunku jego gabinetu. Co chwilę zerkała na niego zaciekawiona, a on jakby na złość wpatrywał się w prost przed siebie, usilnie starając się ją ignorować. Kiedy w końcu doszli do celu, bez słowa otworzył drzwi i wpuścił ją do środka.
   Pomieszczenie było bardzo ciemne i zagracone. Nie panował w nim bałagan, co to to nie, wszystko wydawało się mieć własne miejsce. Jednak Grant posiadał tyle czarnomagicznych przedmiotów i ciekawych pamiątek z dalekich podróży, że wszystkie razem tworzyły pewien obraz chaosu. Meble były ciężkie i zrobione z ciemnego drewna, a ściany pomalowane na ciepły odcień beżu.
   - Tam masz stolik. A na nim wypracowania drugoklasistów. Sprawdzisz je, a jak skończysz, napiszesz „nie wolno mi opuszczać wieży Gryffindoru po ciszy nocnej”. Sto razy. 
   Oburzona odwróciła się w jego stronę, krzyżując ręce na piersi.
   - Chyba sobie żartujesz! - nauczyciel usiadł za biurkiem i posłał jej pytające spojrzenie. - Rozumiem, że chcesz ze mną spędzić jak najwięcej czasu, ale to jest...
   - Panie profesorze - przerwał jej stanowczo i nagle zapomniała już co mówiła.
   - Słucham?
   - Panie profesorze. Tak powinnaś się do mnie zwracać - nie zadrgał mu ani jeden mięsień na twarzy, ale Cathy to nie zniechęciło. Wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się szeroko i usiadła na krześle stojącym naprzeciwko biurka.
   - Jesteśmy prawie w tym samym wieku! - oparła się wygodnie i założyła nogę na nogę. Dłonią przeczesała swoje czekoladowe loki, z których była tak dumna i których zazdrościły jej niemal wszystkie uczennice Hogwartu. Grant nie spuszczał z niej wzroku, a słysząc w jej głosie tak wielkie lekceważenie, westchnął przeciągle.
   - Jestem od ciebie starszy o sześć lat!
   - Tylko o sześć lat! - przewróciła oczami, a następnie otworzyła szeroko oczy, jakby jakaś nagła myśl wpadła jej do głowy. Na jej twarzy niespodziewanie pojawił się triumf. - Liczyłeś?
   Mężczyzna pokręcił głową, nadal nie rozumiejąc co się właściwie dzieje. Miał zaplanowany spokojny sobotni wieczór. Zamierzał poćwiczyć, poczytać o tentakulach i odpisać na listy od swoich przyjaciół z biura aurorów. A zamiast tego, dyskutował ze swoją uczennicą o czymś całkowicie absurdalnym i nawet nie potrafił się do końca na tym skupić. Dziewczyna jakby świetnie się bawiła tak po prostu doprowadzając go do szału i denerwując. Nie miała w sobie żadnych zahamowań. Wszyscy czuli przed nim respekt i prostowali się, gdy tylko na nich spojrzał, a Cathy? Miał wrażenie, że od samego początku nie robiła nic poza uśmiechaniem się do niego i rzucaniem komentarzy, których zdecydowanie nie powinna wypowiadać. Pokręcił głową.
   - Masz świadomość, że nawet nie jesteś pełnoletnia?
   Nie wydawała się tym przejmować.
   - Mam urodziny w styczniu. Dziesiątego, możesz zapamiętać. Jakby cie to obchodziło.
   Niemal wybuchnął śmiechem. Oprócz ładnej twarzy, którą dostrzegłby nawet ślepy, miała w sobie niespotykaną pewność siebie i uroczą bezczelność. Z pewnością wielu uczniów musiało się za nią uganiać. Ale on był jej profesorem, a poza tym był też sobą, więc po prostu z rozbawieniem obserwował jej próby.
   - Nie obchodzi.
   - Jeszcze zobaczymy – w jej głosie zabrzmiało coś takiego, że mimowolnie zastanowił się czy to groźba czy obietnica. 
   - Masz stertę wypracowań do sprawdzenia - nagle jakby przypomniał sobie po co dziewczyna w ogóle znalazła się w jego gabinecie. Dłonią wskazał niewielki stoliczek stojący pod oknem. - Zapraszam.
   - Nie możemy po prostu posiedzieć i pogadać? - zamrugała rzęsami, które wydały się Adamowi absurdalnie długie. Stanowczo pokręcił głową.
   - Ten szlaban ma być karą dla ciebie, a nie dla mnie.
   Wzdychając i przewracając oczami, zajęła swoje miejsce i sięgnęła po pierwszy pergamin. Mimo wszystko kąciki jej ust nadal unosiły się wysoko ku górze. Może nie chciał z nią rozmawiać, może traktował ją jak smarkulę, ale sam fakt, że mogła spędzić ten wieczór w jego gabinecie i w jego towarzystwie, był dla niej jak spełnienie marzeń.
   - Masz świadomość, że wszystkich obleję?- zapytała tylko, wstawiając Colinowi Norton wielkiego trolla. Usta nauczyciela zadrgały, kiedy z trudem próbował powstrzymać parsknięcie śmiechem.
   - Mogłem się tego spodziewać...


   - A tobie co? - Peter zrobił zdziwioną minę, kiedy po dziesiątej przekroczyła próg Pokoju Wspólnego. Reszta przyjaciół również odwróciła się w jej stronę, więc obdarzyła ich szerokim uśmiechem.
   - Byłam na szlabanie.
   - I nawdychałaś się środków do czyszczenia podłóg? - zaśmiał się Remus, zauważając jej rozanielone spojrzenie. Dziewczyna machnęła tylko ręką, ale na jej ustach nadal igrała tajemnica i Lily poczuła falę ciekawości. 
   - No dobra, panowie - zerwała się gwałtownie na nogi. Objęła przyjaciółkę chudym ramieniem. - Nie wiem jak wy, ale ja jestem koszmarnie zmęczona. Idziemy, Pollard.
   Z zadziwiającą jak na tak szczupłą sylwetkę siłą, pociągnęła ją w kierunku sypialni, a kiedy znalazły się już w środku, głośno trzasnęła drzwiami. Wbiła w brunetkę zaintrygowane spojrzenie.
   - Spowiadaj się.
   Cathy westchnęła i położyła się na własnym łóżku, a po chwili poczuła, że Lily kładzie się obok niej. Przez chwilę żadna z nich nic nie mówiła, po prostu ciesząc się swoją obecnością. W końcu jednak Pollard zdecydowała się odezwać.
   - Miałam z nim szlaban...
   - Z kim?
   - Z Grantem.
   Oczywiście, Evans doskonale zdawała sobie sprawę z zauroczenia brunetki nowym profesorem, a jednak teraz w jej głosie było coś takiego, że rudowłosa podniosła się i posłała jej uważne spojrzenie. Na usta cisnęło jej się wiele kazań i komentarzy, jednak czy naprawdę czuła się kompetentna, by kogokolwiek pouczać w sferze uczuciowej?
   - Okej. I co?
   - Fajny jest.
   - Jest.
   Obie wiedziały ile tak naprawdę kryje się za tym jednym stwierdzeniem. Lily uznała, że to jest jedna z rzeczy, którą naprawdę uwielbiała w ich przyjaźni. Umiejętność niewerbalnego porozumiewania się. Nie była najbardziej wylewną osobą, a przy Cathy nie musiała być. 
   - Ale wiesz, że on jest nauczycielem?
   Pollard spojrzała na nią tak, jak patrzy się na kogoś kto zadał najgłupsze pytanie świata.
   - Nie, Evans. W ogóle tego nie zauważyłam.
   - Tylko się pytam! To może być pewną przeszkodą dla waszego...płomiennego romansu – zachichotała Ruda, natychmiast dostając z poduszki.
   - Aktualnie to ani płomienny, ani romans. Traktuje mnie jak gówniarę i chce mnie do siebie zrazić. Co za kretyn.
   - Koszmarny.
   - Największy.
   - Okropny.
   - Nie widziałam większego.
   I nagle po prostu wybuchły śmiechem, głośnym i szczerym, do którego od dawna nie miały okazji. Chichotały przez kilka minut, ocierając łzy, które tak po prostu w pewnym momencie zaczęły spływać po ich policzkach. Po chwili nie pamiętały już nawet co je tak rozbawiło, a to wywołało u nich kolejny przypływ rozbawienia. W końcu jednak Cathy odchrząknęła i oddychając głęboko, starała się uspokoić.
   - Wiem, że jest służbistą i prawdopodobnie nie mam szans- stwierdziła zdecydowanie. - Być może nie ulegnie mojemu wrodzonemu urokowi- na te słowa Lily ponownie zachichotała złośliwie. - Ale z pewnością nie zamierzam ułatwiać mu życia! O nie! Może skopał mi tyłek w walce, ale w tej grze nie ma ze mną szans!
   Evans w ramach wsparcia szturchnęła ją ramieniem, ale na jej ustach widniał szeroki uśmiech, który jednak natychmiast zgasł, na dźwięk pytania przyjaciółki:
   - A jak tam James?
   - Kiedy wy w końcu dacie sobie spokój?! - jęknęła, obracając się na brzuch i chowając twarz w poduszkę. - Dogadujemy się, ale gdyby coś miało z tego być, to raczej już dawno by było, no nie? 
   - No właśnie nie - mruknęła Pollard, przewracając oczami. - Bo ty zaprzeczasz i się wymigujesz i nie dostrzegasz, że...cóż, jesteście dla siebie idealni.
   - Moje życie byłoby lepsze, jakbyście się w nie nie mieszali - burknęła Evans, nagle tracąc dobry humor. - Nie wiem w ogóle dlaczego tak uważacie! Przecież nie może mi się podobać taki chłopak jak Potter! On jest...zarozumiały. I ma ego, większe od Hogwartu. Nie mówiąc już o tym, że czasem naprawdę zachowuje się jak jedenastoletni dzieciak...
   - Evans - Cathy uśmiechnęła się szeroko. - Ty naprawdę myślisz, że w jakikolwiek sposób możesz zdecydować o tym w kim się zakochasz? Jesteś tak uroczo naiwna...
   - Spadaj! - zaśmiała się i wstała z łóżka. Ta rozmowa musiała się skończyć. - Zaklepuję łazienkę!


   Peter nadal nie dowierzał, że dostał się na poziom owutemów z eliksirów. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie pomoc przyjaciół nigdy by tego nie osiągnął. Remus siedział z nim dzień i noc podczas przygotowaniach do egzaminu, a James wypytywał go z zaskoczenia, uderzając go boleśnie za każdym razem, gdy odpowiedział źle. Nawet Lily zaangażowała się w jego korepetycje i chętnie rozwiewała mu wszystkie wątpliwości, cierpliwie tłumacząc każde zagadnienie, również te, które wydawały jej się całkiem banalne. Dzięki nim był teraz tutaj i rozglądał się przerażony, po raz kolejny modląc się, by jego kociołek nie eksplodował.
   Zerknął w bok, gdzie James jak zwykle rozanielonym spojrzeniem wpatrywał się w Lily i rzucał żartami z taką prędkością, że dziewczyna miała trudność ze złapaniem oddechu. Syriusz śmiał się z jej czerwonej twarzy i co jakiś czas dodawał własne komentarze, większość uwagi poświęcając jednak urodziwym kurkonkom, siedzącym dwie ławki przed nim. Cathy zadowolona nuciła coś pod nosem, jak zawsze kiedy miała okazję spowodować wybuch, a Remus wbijał wzrok w mapę, bardzo poważnie traktując swoje zadanie dotyczące ślizgonów. Peter poczuł ścisk żołądka, kiedy przypomniał sobie o Lestrange'u i Carrowach. Cholera, wiedział, że jest źle, ale nie spodziewał się, że władza tego świra przeniknie przez bezpieczne mury Hogwartu. 
   - Dzień dobry, dzień dobry – Slughorn widocznie zadowolony wszedł do klasy i przebiegł wzrokiem po twarzach uczniów. Nauczyciel eliksirów zawsze kojarzył mu się z dobrym wujkiem, który upija się na rodzinnych imprezach, ale w gruncie rzeczy każdy go lubi. Talent i koneksje rodzinne stawiał ponad przynależnością do domu, przez co niemal każdy obecny na tych zajęciach uczeń, był jego ulubionym. No może poza nim samym, ale on wolał siedzieć z tyłu i nie zwracać na siebie uwagi. 
   - Panno Evans, niech pani zgadnie, co dla państwa na dzisiaj przygotowałem! - zawołał profesor, a rudowłosa uśmiechnęła się szeroko. O tak, ona z pewnością była jego absolutną faworytką. 
   - Coś bardzo ciekawego i groźnego.
   - W samej rzeczy! Miłość to bardzo niebezpieczne uczucie!
   Wszyscy wymienili zaskoczone spojrzenia, a Slughorn zachichotał z własnego żartu. W końcu Lily westchnęła.
   - Czyżby amortencja?
   Słysząc jej słowa, nauczyciel zbliżył się do jednej z licznych szafek stojących w pracowni i sapiąc ciężko, wyciągnął z niej parujący kociołek. Siedzące w pierwszym rzędzie ślizgonki z ciekawością nachyliły się, by zobaczyć eliksir z bliska. 
   - Jak zawsze świetnie! Pięć punktów dla Gryffindoru! - zawołał. - Podejdźcie bliżej! Zapraszam.
   Całą grupą zbliżyli się do stolika i dopiero teraz mogli przyjrzeć się błyszczącej miksturze. Nauczyciel, z pomocą Lily oraz jak zwykle posępnego Severusa Snape'a, referował im działanie i skutki, jednak Pettigrew postanowił go zignorować, doskonale wiedząc, że Remus dokładnie zapisuje każde słowo. Westchnął. Amortencja mogłaby rozwiązać wiele jego problemów...
   - Kto chciałby podejść i powiedzieć nam co czuje? 
   Ręce wyleciały do góry, a opiekun Slytherinu po raz kolejny zachichotał. Zapewnił ich, że każdy dostanie swoją szansę, a następnie wskazał na stojącego najbliżej Rogacza, który w dwóch krokach znalazł się przy kociołku.
   - Czuję...zapach trawy po deszczu...pastę do czyszczenia miotły...ciastka mamy Remusa – zerknął na przyjaciela, który pokiwał głową z zadowoleniem. - To nic dziwnego, moja w ogóle nie potrafi gotować...I jeszcze...- nagle zamilkł, a potem uśmiechnął się szeroko, widocznie zadowolony. - Czuję Lilie. Oczywiście.
   Cała sala zachichotała i niemal wszyscy zerknęli w kierunku Evans, teraz czerwonej jak piwonia. 
   - Nie popisuj się, Potter – przewróciła oczami, podchodząc do stolika i lekko odpychając chłopaka. - Moja kolej! Stare książki, truskawki, świeżo paloną kawę i...- ona także zamilkła, marszcząc czoło. Nachyliła się bliżej eliksiru i pociągnęła nosem kilka razy, aż w końcu odsunęła się zdziwiona. - Też pasta do czyszczenia miotły. Dziwne. Chyba lubię latanie bardziej niż sądziłam!
   - Albo Rogacza! - zawołał Syriusz, wywołując kolejną falę rozbawienia wśród wszystkich obecnych.  Evans pokazała mu język, a kiedy wróciła na swoje miejsce, mocno uderzyła go w ramię. James z kolei wyglądał, jakby trafił na fasolkę o smaku czekoladowym. 
   Uczniowie po kolei podchodzili do stołu, widocznie zachwyceni dzisiejszą lekcją. 
   - Glizdek, idziesz? - Remus szturchnął go lekko, w ramach zachęty. On opowiedział o czekoladzie, oceanie oraz kobiecych perfumach i niemal wszyscy obecni, oczywiście z wyjątkiem Catherine, doskonale wiedzieli kto był ich właścicielką. 
   - Nie wiem - wzruszył ramionami, z nieufnością zerkając w stronę atrakcji zajęć. - Znając mnie poczuję coś bardzo zawstydzającego.
   Lunatyk przewrócił oczami, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, ponieważ do kociołka podchodziła już Pollard, co całkowicie pochłonęło jego uwagę. Peter pokręcił głową z pobłażaniem. 
   Chciał spróbować. Chciał, ale jak zwykle się bał. Tiara chyba całkiem zwariowała przydzielając go do Gryffindoru!
   - Panie Pettigrew? - Slughorn odwrócił się w jego stronę. Cholera, z trudem powstrzymał niezadowolony jęk. 
   - Ja...W porządku - podszedł do stanowiska i nachylił się nad miksturą, wdychając słodki zapach. Co wyczuwał? Och, doskonale znał te zapachy. To z pewnością były Lilie. A następnie pergamin, jak ten na którym została stworzona Mapa. Te perfumy, którymi Syriusz potrafił spryskać całe dormitorium. I czekolada na gorąco, jaką każdej zimy wciskał w niego Lupin. Środki do czyszczenia mioteł, które kojarzyły mu się tylko i wyłącznie z Rogaczem. Ulubione paszteciki dyniowe Catherine. Zerknął na cierpliwie czekającego nauczyciela i westchnął.
   - Musy świstusy i kremowe piwo.
   Przecież nie mógł wyjść na mięczaka.


   James czuł się jak król. Kiedy wszedł na śniadanie do Wielkiej Sali, stół gryfonów powitał go głośnymi oklaskami, a Jenny Dennis z czwartej klasy zrobiła mu kanapki. Kiedy prefekt naczelny nalał mu dyniowego soku, pokręcił z niedowierzaniem głową, podczas gdy Syriusz śmiał się w głos i nawet nie próbował tego powstrzymać.
   - Nawet nie wyszedłeś na boisko, nie mówiąc już o wygraniu meczu, a oni i tak mają cię za boga!
   Lily i Cathy usiadło naprzeciwko nich, rozglądając się dookoła z niezrozumieniem. Brunetka otworzyła usta, ale Rogacz uprzedził jej pytanie:
   - Jestem ich bohaterem.
   - Aha.
   Tyle lat w Hogwarcie nauczyło ich, że pewnych rzeczy nie da się zrozumieć. Pollard zabrała więc Jamesowi talerzyk z kanapkami, które postanowiła zjeść, a Ruda nałożyła sobie sałatki. 
   - Jak się czujesz przed meczem? - zapytała Evans, wbijając spojrzenie w chłopaka. Ten wzruszył tylko ramionami, starając się nie pokazywać nerwów, które odczuwał w środku. W końcu pierwszy raz występował jako kapitan.
   -To Hufflepuff. Ziemniaki. 
   Naprawdę chciała być oburzona, ale zamiast tego po prostu zaczęła się śmiać. To nie tak, że nie lubili domu borsuka. Po prostu przy ambitnych ślizgonach, odważnych gryfonach i mądrych krukonach oni byli tylko...sympatyczni. Merlinie, kto chce, by jego największą zaletą była sympatyczność?!
   - Nie lekceważ ich James - westchnęła jednak. - Słyszałam, że Amos Diggory...
   - Amos to frajer - przy ich stole znikąd pojawiła się Sophie, natychmiast wpychając się między Jamesa, a Syriusza i szczerze mówiąc, Lily nie wiedziała, który z chłopaków był bardziej zachwycony tym faktem. Uśmiech Rogacza powiększył się trzy razy, kiedy blondynka pocałowała go na przywitanie w policzek, a Black natychmiast poprawił włosy i przyjął swoją ulubioną pozę buntowniczego arystokraty. Żałosne, doprawdy.
   - Gotowa na mecz, moja ulubiona zawodniczko? - James zmierzwił jasne włosy dziewczyny, na co ona szturchnęła go łokciem w żebra.
   - Słyszałam to, Potter! - zawołała Mary MacDonald siedząca kilka osób dalej, a chłopak posłał jej buziaka.
   - Wiesz, że cię kocham!
   Willis zachichotała. Lupin, który właśnie pojawił się przy stole zmarszczył brwi.
   - Czy ja coś przegapiłem?
   - Cześć, Remus - uśmiechnęła się Sophie, przesuwając się, by zrobić chłopakowi miejsce.
   - Tak tak, cześć wszystkim, a my teraz musimy lecieć - Potter zerwał się na nogi i po chwili był już przy wyjściu z Wielkiej Sali, ciągnąc swoją ulubioną ścigającą za rękę. - Trzymajcie kciuki!
   Cathy pokręciła głową z rezygnacją, a Lily wróciła do swojej sałatki. 
   - Cholerny James i jego cholerne zakazy! - burknął Black, wpatrując się w miejsce, na którym jeszcze przed chwilą siedziała blondynka. - Przypomnij mi, Lunio jeszcze raz, dlaczego on mi to zrobił?
   - Który z tysiąca powodów ci podać?
   - Dlaczego zawsze przeczuwacie najgorsze?
   - Bo cię znamy.
   - No tak.
   Ich przyjaciółki zachichotały, a Remus zadecydował, że powinni się zbierać, aby zająć dobre miejsca. Wszyscy byli fanami quidditcha, co było pewnym warunkiem przyjaźnienia się z Potterem. To właśnie dzięki tej grze, w trzeciej klasie, Lily i Rogacz nauczyli się porozumiewać, a nawet ze sobą zgadzać. 
   W połowie drogi na stadion dogonił ich Peter, więc całą grupą usiedli w pierwszym rzędzie trybun Gryffindoru. Dziesięć minut później niemal wszystkie miejsca były zajęte, a profesjonalny głos Dereka Hollanda rozległ się po stadionie. Był dobrym komentatorem i jednym z największych fanów Jamesa, mimo przynależności do Ravenclawu.
   - Witam na pierwszym w tym roku meczu quidditcha! Dzisiaj naprzeciwko siebie staną: Hufflepuff oraz Gryffindor, co oczywiście wszyscy wiedzą. Zapewne już nie możecie doczekać się tej masakry Hufflepuffu...To znaczy wspaniałego widowiska...Więc nie przedłużając: na boisku pojawia się drużyna Puchonów!
   Po kolei wymieniał nazwiska, a żółty sektor zaczął bić brawo, wspierany przez nienawidzący gryfonów Slytherin. Największe owacje otrzymał oczywiście przystojny Amos Diggory, ale to nie zaskoczyło nikogo. Podobnie jak to, że drużyna Lwa wzbudziła o wiele większe emocje.
   - Oto przed wami niezniszczalny i niepokonany duet: Barnes, Bennet! - pałkarze machali do wiwatującej widowni, uśmiechając się szeroko. Zaraz za nimi w górę wzleciał Clint, odrobinę przerażony emocjami, które wzbudzili. - Jeden z nowych nabytków drużyny, Welch! Co on wyprawia na miotle! A zaraz za nim Hayden. Młody szukający, o którym już szepczą w lochach. Black może zacząć się bać! No i w końcu: wspaniałe trio! Jedyna w swoim rodzaju MacDonald, postrach wszystkich obrońców! Co to za piękność tuż obok? Oczywiście! Nowe złotko drużyny: Sophie Willis! A po jej lewej stronie? Tak, dokładnie! Niepowstrzymany, niezastąpiony, niepokonany a na dodatek całkowicie niesamowity...Kapitan drużyny: James Potter!
   Trybuny gryfonów eksplodowały, jakby przed nimi pojawił się sam Ludo Bagman, a nie tylko chłopak, z którym grywali w eksplodującego durnia. To było jego miejsce. Przelatywał nad fanami, uśmiechał się i machał, a stojące przed Lily trzecioklasistki chichotały, jakby ktoś napoił je eliksirem rozweselającym. Dziewczyna siłą powstrzymała się przed przewróceniem oczami. W końcu, kiedy okrzyki odrobinę ucichły, Rogacz podleciał do profesor Bloom i uścisnął rękę Diggory'ego, obiecując czystą i dobrą grę. Nauczycielka dała sygnał gwizdek, a piłki poszybowały w górę. 
   Od samego początku widoczne było to, co wszyscy przeczuwali: Hufflepuff nie miał szans. Gryfoni nie tylko byli lepsi technicznie, ale również mieli wyśmienitą strategię, nie mówiąc już o komunikacji, która była tak płynna jakby czytali sobie w myślach.
   - Oni ich miażdżą - westchnął Syriusz, obserwując jak Mary wbija kolejny punkt. - Jeżeli Hayden złapie znicz, to będzie ich największa porażka od lat...
   - Szanowni państwo co się dzieje! - zaśmiał się Derek, narażając się na niechętne spojrzenia Puchonów. - To czysta poezja! Spójrzcie tylko jak idealnie współgrają ze sobą Potter i Willis! Nic nie jest w stanie ich powstrzymać! Dziewięćdziesiąt do dwudziestu!
   Evans dawno nie widziała tak dobrze grającej drużyny. James swobodnie podawał kafla do swoich pozostałych ścigających, wbił ponad połowę punktów, a na dodatek pomagał Welchowi przy obręczach, który i tak radził sobie nieźle. Burton i Bennet rozbawieni odbijali tłuczki, nawet wybitnie się nie starając, a i tak udało im się zrzucić z miotły jednego z pałkarzy puchonów. Mary wydawała się być zawzięta bardziej niż zwykle, być może przez to co usłyszała na śniadaniu, a Sophie prezentowała się naprawdę wspaniale: z rozwianymi blond włosami i zaczerwienionymi policzkami, wbijając punkt za punktem. 
   Było sto dwadzieścia do czterdziestu, kiedy Hayden wystartował w kierunku stanowiska komentatora, a Diggory natychmiast ruszył za nim. Kapitan przegrywającego zespołu zagapił się na drużynę, która walczyła już jedynie o swoją godność i to kosztowało go to cenne ułamki sekund. Mimo, że miał o wiele większe doświadczenie, George leciał naprawdę bardzo dobrze i po paru sekundach trzymał już w dłoni błyszczący znicz. Sektor Gryffindoru ryknął ze szczęścia, a drużyna zleciała na boisko i chwyciła w objęcia oszołomionego trzecioklasistę. 
   - Chodźcie pogratulować! - zawołał głośno Syriusz, próbując przekrzyczeć wiwatujący tłum. Dziewczyny pokiwały głowami i wspólne zbiegli z trybun, chcąc przecisnąć się między uczniami, co niestety okazało się niewykonalne. Każdy chciał pogratulować zawodnikom tak udanego meczu.
   - Nie wiem czy damy radę - westchnął Peter, zostając potrącony przez jakiegoś siódmoklasistę. Evans zmarszczyła brwi, próbując utorować sobie przejście, ale nadal nie mogła dopchać się do zawodników.
   - Potter! - zawołała, w kierunku chłopaka, który obracał się wokół własnej osi, z Willis w swoich ramionach. - Rogacz!
   Chłopak postawił ścigającą i podniósł spojrzenie, widocznie słysząc jej nawoływanie. Szeroko uśmiechnięty pomachał w jej stronę, drugą ręką obejmując blondynkę.
   - Zobaczymy się później, Evans! - krzyknął, a następnie obrócił się tyłem i odszedł w stronę szatni, śmiejąc się z czegoś co powiedziała Sophie.


I'm back :)