niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział 3: Potrzebuję twojej pomocy!

   Dumbledore odłożył najnowszy numer Proroka Codziennego na stół, przenosząc spojrzenie na stojącego przed nim profesora. Mężczyzna wyglądał na zdecydowanego i gotowego kłócić się o sprawę, uświadamiając dyrektorowi, że z góry znalazł się na przegranej pozycji.
   - Oni muszą potrafić się bronić! - Grant stwierdził rzecz oczywistą, więc Albus pokiwał głową.
   - To zrozumiałe, ale od tego przecież są twoje zajęcia.
   - To nie wystarczy! - Adam stanowczo pokręcił głową. Stał wyprostowany oraz spokojny i tylko dłonie zaciśnięte w pięści, jakkolwiek pokazywały jego zaangażowanie w dyskusję. Dumbledore nie mógł nie zauważyć ogromnej różnicy, jaka dokonała się w chłopaku przez te kilka lat, które minęły od skończenia przez niego Hogwartu. Zawsze był wesoły, skory do żartów i lubiany przez większość szkoły. Teraz jednak zmienił się w posąg, który rzadko odkrywał karty i wolał zatrzymywać sekrety dla siebie. Nawet zachowując się swobodnie, utrzymywał dystans, nieustannie przygotowany na atak czy obronę. Oczywiście Albus zdawał sobie sprawę, że po takich przeżyciach jakie miał na swoich barkach chłopak, było to całkowicie normalne. Jednak nadal...szkoda. - Ja tam byłem, na zewnątrz. Walczyłem z wyznawcami tego świra. To nie skończy się tak po prostu. To nie jest nawet początek. Będzie coraz gorzej...
   Nie mówił niczego, z czego Dumbledore nie zdawałby sobie sprawy. Tom nie próżnował i stawał się coraz bardziej niebezpieczny, zbierając coraz większą ilość oddanych popleczników, zwłaszcza wśród młodych i zbuntowanych dziedziców szanowanych rodów. Właśnie dlatego do szkoły został przysłany auror. Miał obserwować uczniów i dowiedzieć się czegoś o systemie werbowania nowych członków. Ale on nie chciał tylko spełniać misji, naprawdę czuł, że powinien przygotować ich na wszystko co czeka poza murami zamku.
   - Hogwart to bezpieczne miejsce - westchnął dyrektor. - Jest jeszcze wcześnie, nie musimy ich straszyć i odbierać im tego poczucia...
   - Teraz nigdzie nie jest bezpiecznie - Adam pokręcił głową. Podszedł do okna wychodzącego na błonie i zapatrzył się na horyzont. - Nigdy nie wiemy, kiedy zaatakują. Dzieciaki powinny być wyszkolone.
   Jego wzrok spoczął na trzech niewielkich postaciach, biegających dookoła jeziora. Nie musiał specjalnie się wysilać, by wiedzieć kim one były. James Potter, zdecydowanie wyprzedzający pozostałą dwójkę, wyraźnie wziął sobie do serca jego słowa. Catherine również poznał natychmiast, po tych ciemnych, gęstych włosach, które wyróżniały ją spośród tłumu innych dziewczyn i nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu. Nie spodziewał się, że akurat ona postanowi przyłożyć się do swojej formy. Widać wyciągnęła lekcję z nauczki, jaką jej dał. Nad trzecią osobą zastanowił się trochę dłużej, aż w końcu ze zdziwieniem przypomniał sobie o niskim chłopcu, zazwyczaj pojawiającym się w towarzystwie Pottera, Blacka i Lupina. Jak on się nazywał? Peterson? Pettigram? On też był sporym zaskoczeniem, ale Grant poczuł w jego kierunku nagły przypływ sympatii. Na zajęciach wyraźnie odstawał od reszty i mógł go tylko pochwalić za chęć odrobienia braków w czasie wolnym. Był z nich dumny.
   Właśnie takie dzieciaki chciał chronić. Zasługiwały na to.
   - W porządku, Adam – Dumbledore skinął poważnie głową. - Jak by to miało wyglądać?
   Czując w ustach smak wygranej, auror zajął miejsce naprzeciwko dyrektora i z pasją zaczął opowiadać o swoim pomyśle. Jeszcze nie tak dawno Hogwart wydawał mu się najgorszą karą i miejscem wygnania, ale teraz musiał oddać Moody'emu słuszność tej decyzji. Może Alastor wiedział co robi. Mimo, że Grant nie marzył o niczym innym jak o ponownym znalezieniu się na polu walki, odczuwał pewną przyjemność i satysfakcję, kiedy nauczał młodych czarodziejów obrony przed ciemnymi mocami. Co zaskakiwało go jeszcze bardziej: był w tym dobry. Uczniowie go lubili, a on, z pewnymi wyjątkami, ich również.
   - To nie będą częste spotkania, dwa lub trzy razy w miesiącu, bo przecież nauka jest najważniejsza, zwłaszcza dla ostatnich klas...
   Przez moment Albus dostrzegł w chłopaku, tego siódmoklasistę sprzed paru lat, więc uśmiechnął się dobrodusznie i z zadowoleniem przytakiwał każdemu słowu. Być może nie zmienił się tak bardzo, jak sądził, a nawet jeśli, to był na najlepszej drodze by wrócić do dawnego siebie.


   - Panie Black! - McGonagall stanęła nad ławką gryfonów i wbiła zmęczone spojrzenie w ciemnowłosego chłopaka. Ten uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby długości przedramienia, a wszyscy obecni w klasie zachichotali na ten widok. - Transmutacja ludzka to nie są żarty!
   Chłopak przewrócił oczami i leniwie machnął różdżką. Nauczycielka obserwowała jak ciało gryfona z łatwością wraca do poprzedniego stanu, niepewna czy zasłużył na dodatkowe punkty czy szlaban. W końcu burknęła coś niezrozumiałego pod nosem i odeszła w kierunku katedry, a zadowolony Syriusz przybił Jamesowi piątkę.
   Lily wpatrywała się w Blacka ze zmrużonymi oczami, aż w końcu odwróciła się do Cathy.
   - Dlaczego jemu to wychodzi?
   Brunetka podniosła głowę znad pergaminu, na którym znajdowało się wszystko oprócz notatek z lekcji i westchnęła.
   - Z czego jak z czego, ale z transmutacji są dobrzy. Przetraw to jakoś.
   Niestety, Lily nie potrafiła. Gdyby byli najlepsi z czegoś, co jej samej nie sprawiało problemów, może dałaby radę to zaakceptować. Jednak przedmiot McGonagall był jej piętą achillesową i nienawidziła tego pełnego satysfakcji uśmieszku Syriusza, który zawsze jej posyłał.
   - Spokojnie, Evans – Potter obrócił się do tyłu, by znaleźć się twarzą w twarz z rudowłosą. - Jedna lekcja ze mną i zostaniesz mistrzem transmutacji.
   Dziewczyna uniosła brew w powątpiewającym geście, ale nie skomentowała. Przez resztę lekcji całą grupą próbowali w parach zmienić swoje kolory włosów, co skończyło się narzekającym na ból głowy Syriuszem. Wychodząc z sali, Cathy nadal chichotała, mając przed oczami widok rudego Łapy, który dostaje od wściekłej Lily z podręcznika.
   - Panie Lupin! Potter! Tak, Black, ty też możesz zostać! - głos nauczycielki transmutacji zatrzymał Huncwotów, którzy wymienili zaskoczone spojrzenia.
   - Nic nie zrobiliśmy! – odezwał się James, kiedy tylko podeszli do biurka profesor.
   - Wiem o tym – westchnęła kobieta, wbijając w nich przenikliwe spojrzenie. - Chciałam was tylko poprosić, abyście poświęcali więcej uwagi panu Pettigrew.
   Tego się nie spodziewali.
   - To dobry chłopak, ale potrzebuje więcej pracy niż wasza trójka. Dlatego ograniczcie wciąganie go w wasze durne pomysły i pozwólcie skupić się na nauce, a najlepiej sami mu pomóżcie.
   - Dla pani profesor wszystko - Syriusz zabłysnął swoim słynnym uśmiechem, który zawsze sprawiał, że kobietom miękły kolana. - Jednak Peter jest jednym z nas i wątpię, czy będzie chciał trzymać się z dala od tych...Jak to pani nazwała?
   - Durnych pomysłów – podpowiedział mu Remus, następnie zwracając się w stronę nauczycielki. - Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby Peter się poprawił. Ma pani nasze słowo.
   - Słowo huncwotów? - mimo usilnych starań, McGonagall nie mogła powstrzymać lekkiego rozbawienia. - Ono jest cokolwiek warte?
   - Pani profesor! - oburzył się James, teatralnie łapiąc się za serce. - Jest warte więcej niż czyjekolwiek inne!


   - To chyba nie jest dobry pomysł.
   Cathy podniosła wzrok znad podręcznika do Obrony Przed Czarną Magią i obdarzyła ją potępiającym, znudzonym spojrzeniem. Lily mimowolnie uniosła brew w wyrazie zaskoczenia. Jeszcze nigdy nie widziała by jej przyjaciółka tak bardzo przykładała się do jakichkolwiek zajęć.
   - Niby dlaczego nie?
   - To czas spędzony z Potterem. Sam na sam! - jęknęła, siadając na łóżku i czując, że nie ma ochoty opuszczać dziś dormitorium. Splotła ręce na kolanach.
   - To tylko wspólna nauka - Cathy przewróciła teatralnie oczami. - Powiedziałaś mu, że ma się nie spodziewać randki, więc...
   - Nie mam sobie nic do zarzucenia, jasne- Ruda brzmiała nad wyraz lekceważąco. - Ale co sobie inni pomyślą, jak nas zobaczą? Poza tym ja mu sama tworzę okazję do popisywania się! - prychnęła. - Wielki James Potter, najlepszy we wszystkim i urodzony w szczęśliwym czepku!
   - Że co? - Cathy zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc potok słów przyjaciółki. Lily często rzucała mugolskimi powiedzeniami, które brunetce wydawały się całkiem bezsensowne. - Nieważne. Stało się, więc się nie odstanie. Bądź gryfonką, nie tchórzem.
   Odwołanie się do największej cnoty Godryka Gryffindora trochę pomogło i nie bez zbędnych westchnień, w końcu zdecydowała się zejść do Pokoju Wspólnego. James jak gdyby nigdy nic siedział w towarzystwie przyjaciół przy kominku, rozmawiając i żartując. Kierowany nagłym impulsem spojrzał w stronę dziewczyny, zupełnie jakby posiadał radar informujący go, gdy Lily pojawi się w zasięgu wzroku. Natychmiast uśmiechnął się, a jego prawa ręka powędrowała do rozwichrzonych włosów, robiąc w nich jeszcze większy bałagan. Evans poczuła się nieswojo, jednak mimo to wyprostowała się dumnie i podeszła do Huncwotów, starając się sprawiać wrażenie swobodnej i wyluzowanej. Specjalnie odmówiła sobie strojenia, by Potter nie pomyślał, że jej zależy. W rozciągniętym swetrze i dresowych spodniach wyglądała na dwa razy mniejszą niż była w rzeczywistości, całkowicie zrezygnowała z makijażu, a rude pukle zaplotła w dwa luźne warkocze. Nie sądziła, by komukolwiek mogła się spodobać w takim wydaniu.
   Ale James właśnie taką uwielbiał ją najbardziej. Czuł, że jest wtedy bardziej realna i bliższa, niż ten ideał, na który pozowała każdego dnia.
   - Gotowa na lekcje z Mistrzem Transmutacji? - uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że nie znosiła, kiedy się popisywał, ale to było silniejsze od niego. Pomijając już fakt, że oczywiście był najlepszy i nikt nie mógł temu zaprzeczyć, to obecność Rudej zawsze sprawiała, że gadał głupoty. No i mimo wszystko miał słabość do jej zaczerwienionych z wściekłości policzków i błyszczących oczu.
   - Doskonale dałabym sobie radę sama - burknęła, zaciskając dłonie na podręczniku od transmutacji. Huncwoci przezornie wstali i oddalili się, pozostawiając ich samych. Syriusz przechodząc obok Lily poklepał ją po ramieniu w ramach wsparcia.
   - Och, czyli nie potrzebujesz mojej pomocy? W porządku - James postanowił ją podrażnić i również wstał, zupełnie tak jakby chciał odejść wraz z przyjaciółmi. - A powiedz, wyszło ci już to ostatnie zaklęcie z zajęć? Podobno w zeszłym roku pojawiło się na owutemach, a McGonagall ciągle powtarza jakie jest ważne...
   - Dobra - warknęła przez zaciśnięte zęby, doskonale znając cel chłopaka. Chciał ją zdenerwować, podkreślić o ile lepszy od niej jest i doprowadzić do szału. - Jak zwykle masz rację, królu zarozumialstwa – prychnęła, po czym ściszyła głos do szeptu. - Potrzebuję twojej pomocy.
   - Przepraszam, ale chyba nie zrozumiałem - uśmiechnął się niewinnie. - Powiedziałaś, że mam rację? Czekaj, czekaj...
   - Bardzo zabawne – założyła ręce na piersi, czując jak jej duma upada z hukiem na podłogę i rozsypuje się w drobny mak. - Potrzebuję twojej pomocy! - zawołała głośno a siedzący w Pokoju Wspólnym uczniowie posłali im zaciekawione spojrzenia.
   - Ach tak? A dlaczego? - zapytał chytrze. Lily poczuła falę emocji przepływającą przez jej ciało: dezorientację, wściekłość, chęć sięgnięcia po różdżkę, aż w końcu całkowitą rezygnację.
   - Bo jesteś najlepszy. Czy teraz możesz mi pomóc?
   - Jasne - tym razem jego uśmiech był naprawdę szczery i Ruda mimowolnie poczuła jak go odwzajemnia. - Pokazuj co tu masz.
   Ku zdziwieniu dziewczyny, James naprawdę przejął się swoją rolą. Spokojnie i cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zagadnienia oraz przedstawiał własne sposoby na skuteczniejszą naukę. Jak to on, co rusz żartował, ale nie były to złośliwe komentarze, a raczej wesołe historie z życia huncwotów. Po godzinie ostatnie zaklęcie nadal jej nie wychodziło, a brwi Jamesa były w dwóch różnych kolorach, jednak Evans czuła się o wiele lepiej.
   - Jesteś za bardzo skupiona- stwierdził chłopak, szturchając ją w ramię. - Nie myśl tak dużo! Pozwól, żeby to moc kierowała tobą, a nie odwrotnie.
   - Nie potrafię - uderzyła czołem w stolik, jęcząc przeciągle.
   - Poćwiczysz to i będzie w porządku.
   Posłała mu nieśmiały uśmiech, zbierając podręczniki. Zrobiło się już późno, a James miał jutro poranny trening.
   - Weź moje notatki. Powinny pomóc.
   - Jakoś nigdy nie zauważyłam żeby James Potter robił jakiekolwiek notatki – uniosła brew w powątpiewającym geście, a gryfon zaśmiał się głośno.
   - Niech ci będzie. Remus robi je dla nas wszystkich.
   Zatrzymali się przy schodach do damskiego dormitorium. Żadne z nich nie wiedziało jak się zachować, ale w końcu to Lily zrobiła pierwszy krok i krótko przytuliła Jamesa na pożegnanie.
   - Sama nie wierzę, że to mówię, ale całkiem niezły z ciebie nauczyciel - nawet nie zdawał sobie sprawy ile kosztowało ją wypowiedzenie tej uwagi. A jednak stwierdziła, że było warto, kiedy jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
   - Na tyle niezły, żeby się z nim umówić?- jak zwykle musiał mieć ostatnie zdanie. Ruda pokręciła z rozbawieniem głową i odwróciła się w kierunku schodów.
   - Dobranoc, Potter.
   - Dobranoc, Evans.


   - Mam coś dla was! - rzucił Grant, z rozmachem wchodząc do klasy. Trzasnął drzwiami i żwawym krokiem podszedł do swojego biurka, dopiero wtedy odwracając się i spoglądając na swoich uczniów. Mimo, że jeszcze sekundę temu byli pogrążeni w głośnych dyskusjach dotyczących swoich nastoletnich problemów, teraz wszyscy bez wyjątku wpatrywali się w niego z nieukrywaną ciekawością.
   - Niech to będzie jakiś fajny potwór - szepnął rozmarzony Syriusz, kładąc się ławce. - Dementor albo...
   - Nie mogą wpuścić dementora na teren Hogwartu - Lily przewróciła oczami. - Dumbledore nigdy by się na to nie zgodził...
   - A szkoda. Chciałbym zobaczyć takiego z bliska...- westchnął w odpowiedzi, przez co dziewczyna zachichotała cicho.
   - Jasne, i pokonać go swoim super patronusem, którego nie potrafisz wyczarować.
   Black obrażony odwrócił się w stronę profesora, całkowicie ignorując Evans i Cathy, przybijające sobie piątkę. Grant zerknął w ich stronę i uśmiechnął się lekko. Jego słuch absolutny był czasem bardzo denerwującą cechą. Sięgnął po pergamin leżący na biurku i sprawnie coś na nim wykaligrafował. Odprowadzany zainteresowanymi spojrzeniami, podszedł do drzwi i przywiesił na nich kartkę, widocznie zadowolony sam z siebie.
   - Klub Pojedynków!
   To wywołało falę podnieconych szeptów, których nauczyciel nawet nie starał się uciszać. Zadowolony z siebie rozejrzał się po sali, by dostrzec, że tylko jego ulubieńcy nie wyglądali na podekscytowanych. Huncwoci wymienili z dziewczynami znaczące spojrzenia. Jasne, okazja do walki i ćwiczeń była czymś fajnym i normalnie chętnie by się z tego cieszyli. Jednak doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie jest tylko forma zajęcia ich czasu. Robiło się coraz gorzej, coraz bardziej niebezpiecznie.
   - Wszystko w porządku? - Grant zbliżył się zajmowanych przez gryfonów ławek.
   - Naprawdę jest tak beznadziejnie? - burknął Lupin, całkowicie zaskakując profesora.
   - Nie to tylko...
   - Panie profesorze -przerwała mu Lily. - Nie jesteśmy dziećmi.
   Westchnął przeciągle, przypominając sobie słowa dyrektora z pierwszej lekcji: „są sprytniejsi niż nam się wydaje”.
   - Chcę, żebyście potrafili się obronić. To chyba nic złego, no nie?
   Niechętnie skinęli głowami, postanawiając jednak zachować czujność. Mieli dość dorosłych, którzy uważali, że wojna nie była ich sprawą. Przecież było dokładnie odwrotnie! To ich życie, marzenia i plany na przyszłość miały zostać przez nią zniszczone. Grant zaczął opowiadać o funkcjonowaniu klubu, ale oni słuchali tylko jednym uchem, każdy pogrążony we własnych myślach. James obiecał sobie, że w następnym liście do rodziców, wypyta o sytuację poza zamkiem. Kątem oka zerknął na Rudą, która wyglądała na najbardziej przerażoną. Nie dziwił się. Była najbardziej zagrożona z całej ich grupy, choć chłopak nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł chcieć ją skrzywdzić.
   - Hej, Evans - posłał jej jeden ze swych najbardziej olśniewających uśmiechów. - Będzie dobrze.
   - A jak nie? Wy może nie musicie się martwić, ale ja jestem z rodziny mugolskiej i...
   - Spokojnie. Żadne z nas nie dopuści, by komukolwiek się coś stało.
   I być może zabrzmiało to jak czcze zapewnienia, słowa luźno rzucone tylko po to by poprawić humor, jednak mimo wszystko Lily poczuła się o wiele lepiej.


   Cathy po raz kolejny tego wieczoru zerknęła w kierunku Huncwotów i zmrużyła oczy. Próbowała skupić się na podręczniku do opcm, ale grupa gryfonów skutecznie jej to utrudniała. W końcu ze złością zamknęła książkę.
   - Nie uważasz, że oni coś kombinują?
   Lily nawet nie oderwała wzroku od swojego eseju z eliksirów. Doskonale wiedziała kogo ma na myśli jej przyjaciółka, a świat profesora Slughorna jak zwykle pochłonął ją całkowicie.
   - Oni zawsze coś kombinują.
   Faktycznie, podejrzane powinno być to, że tak długo zachowywali się spokojnie. Pollard zmarszczyła brwi, obserwując jak przyjaciele pochyleni nad pergaminem, toczą zażartą dyskusję. Tylko Peter siedział odrobinę z boku, otoczony podręcznikami i notatkami, przypominając jej, że ona także powinna wrócić do rozdziału o chimerach.
   - Niech robią co chcą - burknęła w stronę Evans. - Ale jeżeli zrobią coś mi, to się zemszczę.
   Oni jednak nie mieli takiego zamiaru, wpatrując się w mapę i ustalając plan dostania się do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Mieszkańcy domu węża byli z pewnością ulubionymi celami grupy chłopców i żaden żart na początek roku nie mógł zostać skierowany gdziekolwiek indziej.
   - Trzeba poznać hasło, ale to nie powinno być nic trudnego - mruknął Remus, zaznaczając na pergaminie miejsce docelowe. - Wystarczy wziąć pelerynę i posiedzieć przy wejściu kilka minut.
   - Ty i Rogacz wchodzicie, a ja i Peter zostaniemy na czatach...- pokiwał głową Black.
   - Czy teraz mogę już dołączyć do narady? - jęknął Pettigrew, wymachując gotowym wypracowaniem. - Skończyłem.
   James chwycił pergamin i szybko przebiegł wzrokiem po tekście. Po chwili oddał go przyjacielowi.
   - Końcówka do bani.
   Chłopak mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, wywołując wyrzuty sumienia u przyjaciół.
   - Daj spokój, Glizdek – Remus szturchnął go w ramię. - McGonagall się wkurzy, jak nie dostaniesz dobrej oceny. Poza tym akurat transmutacja jest dość potrzebnym przedmiotem. Robimy to dla ciebie.
   - Wiem - westchnął chłopak, ale w jego głosie nadal było słychać gorycz. - Po prostu nie lubię, kiedy mnie tak odsuwacie.
   - Nikt cię nie odsuwa - Łapa przewrócił teatralnie oczami, zostając natychmiast popartym przez Jamesa.
   - Jesteś jednym z nas. I dlatego się o ciebie martwimy.
   To trochę poprawiło Peterowi humor. Do dziś nie mógł uwierzyć, jak udało mu się zaprzyjaźnić z tymi chłopcami. Być może przy nich nikt nie zwracał na niego uwagi, być może stał trochę w cieniu, ale nie obchodziło go co myślała reszta, dopóki oni sprawiali, że czuł się chciany i wyjątkowy. Kto by pomyślał kilka lat temu, że będzie należał do jednej z najbardziej popularnej grupy w szkole? Z pewnością nie on. Ich przyjaźń była dla niego najcenniejsza.

niedziela, 13 listopada 2016

Rozdział 2: Pojedynek, nie-randka i eliminacje

   Jeszcze jedno kółko! - krzyknął Grant, a Lily poczuła, że jej mięśnie odmawiają współpracy. Nie takich zajęć się spodziewała i teraz z trudem łapała oddech. - Szybciej! Jakby goniło was stado Buchorożców już dawno byłoby po was!
   Po raz kolejny od rozpoczęcia roku szkolnego, cała szósta klasa biegała okrążenia dookoła jeziora, ubrana w najwygodniejsze ubrania jakie posiadali w szafach. Nie było to codzienne zajęcie młodych czarodziejów, a tym bardziej nic co sprawiłoby im przyjemność, jednak Grant wyglądał na upartego i zdecydowanego, a żaden z uczniów nie chciał z nim zadzierać. Prawie żaden.
   - Mam ochotę go zamordować- westchnęła Cathy, truchtając po prawej stronie Evans. - Szkoda, bo jest taki cudowny.
   Jako pierwsi, ustaloną trasę ukończyli Potter i Black, co nie było wielkim zaskoczeniem dla nikogo z grupy. Grant posłał w ich stronę zadowolone spojrzenie i powiedział coś, czego Lily niestety nie dosłyszała. Ona i Pollard dobiegły parę minut później, sapiąc i przeklinając się za brak ruchu oraz dobrze zbilansowanej diety. Catherine padła na ziemię, a jej ciemne włosy rozsypały się falami po trawie.
   - To dopiero początek- podszedł do nich profesor, po czym wyciągnął rękę, by pomóc brunetce wstać. Ta jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, odrzuciła jego propozycję i z gracją podniosła się sama, wyprostowana stając naprzeciwko mężczyzny. Z dumnie uniesionym podbródkiem spojrzała mu w oczy.
   - Jaki jest sens tych ćwiczeń?
   Wzrok wszystkich uczniów spoczął na Catherine i profesorze, przez co Ruda miała ochotę schować się pod ziemię i pociągnąć przyjaciółkę za sobą. Brunetka zawsze pakowała się w kłopoty i pyskowanie Grantowi prawdopodobnie też nie miało skończyć się dobrze.
   - Dopóki nie umiecie walczyć, powinniście potrafić uciekać- mężczyzna był nadzwyczaj spokojny, jak na kogoś kto mierzył się spojrzeniem z podważającą jego kompetencje uczennicą.
   - To nie lepiej nauczyć nas walki?- zapytała z sarkazmem Cathy, przelewając czarę. Lily poczuła jak blednie, Black za jej plecami rzucił coś co brzmiało jak „przesrane”, a Peter tylko pokręcił z niedowierzaniem głową. Przenieśli spojrzenia na profesora, spodziewając się wybuchu lub szlabanu, jednak ten tylko uśmiechnął się zabójczo, dezorientując nawet Pollard.
   - Wszystko w swoim czasie.
   - Czyli dopóki nie stwierdzisz, że jesteśmy gotowi – dziewczyna buntowniczo skrzyżowała ręce na piersi. - Mamy uciekać przed śmierciożercami i pozwolić strzelić sobie w plecy Avadą?
   - Żeby dobrze walczyć, musicie być sprawni fizycznie – westchnął Grant, nie odrywając wzroku od swojej przeciwniczki. - Znajomość zaklęć czy duża moc magiczna nic wam nie dadzą, jeśli nie będziecie dobrze przygotowani do walki.
   Cathy nie wyglądała na przekonaną, a w oczach nauczyciela zabłysła iskra. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a następnie zwrócił w kierunku pozostałych uczniów.
   - Czy jeszcze ktoś nie ma ochoty na bieganie, pompki i podciągania? - nikt nie miał, jednak nie byli na tyle głupi, żeby się odezwać. Lily nerwowo skubała skórki przy paznokciach, co było bardzo denerwującym nawykiem, ale też jedynym sposobem, dzięki któremu radziła sobie ze stresem. - W porządku, jeśli chcecie możemy się założyć...
   - Niby o co? - Cathy ponownie zwróciła na siebie uwagę profesora.
   - Urządzimy pojedynek. Jeden z was kontra ja. I bardzo się cieszę, że zgłosiłaś się na ochotnika.
   Brunetka zastygła w bezruchu, wpatrując się w wyraźnie zadowolonego z siebie mężczyznę. Tego się nie spodziewała. Spojrzała na grupę, która posłała jej współczujące spojrzenia. Nikt nie wątpił w jej zdolności magiczne, ale w starciu z Grantem, wizyta w Skrzydle Szpitalnym wydawała się być najlepszym z możliwych zakończeń. Mimo tego, była gryfonką. Nie mogła tak po prostu stchórzyć.
   - Jak wygram, będziecie dalej ćwiczyć i to bez żadnych narzekań.
   - A co jeśli ja wygram? - Cathy zuchwale zadarła brodę. Mimo, że sięgała mu ledwo do ramienia, nie zamierzała pozwolić by patrzył na nią z góry.
   - Spokojnie, to się nie stanie – puścił jej oczko i natychmiast odwrócił się w stronę klasy, prosząc o zrobienie miejsca. Lily poczuła jak Syriusz łapie ją za łokieć i odciąga daleko od prowizorycznej areny pojedynkowej. Ustawili się niemal przy samym wejściu do Zakazanego Lasu.
   - Daję jej pięć minut- szepnął Peter, podając Lupinowi sykla.
   - No wiesz ty co! - skarcił go Black, sam również przekazując pieniądze Remusowi. -Wytrzyma dwie.
   Ruda miała ochotę ich uderzyć, ale była tak zaaferowana tym, co działo się na błoniach, że postanowiła zignorować ich brudne zakłady. Grant oraz Cathy ustawili się naprzeciwko siebie, w odpowiedniej odległości, oboje tak samo dumni i zawzięci. Jednocześnie unieśli różdżki i po chwili dziewczyna skinęła głową, by pokazać, że jest gotowa do pojedynku.
   - To nie skończy się dobrze – jęknęła Lily.
   Pierwsza zaatakowała dziewczyna, ale on sprawnie odbił jej zaklęcie, nawet nie ruszając się z miejsca. Z początku tylko bronił się przed urokami uczennicy, nie wykonując innych ruchów poza machaniem dłonią. Wyglądał na rozluźnionego, a nawet rozbawionego, mimo że Cathy robiła co w jej mocy, by choć trochę go uszkodzić. W końcu profesor podciągnął rękawy swojej koszulki i zrobił krok do przodu, rzucając pierwsze zaklęcie. Lily poczuła dumę, kiedy jej przyjaciółka sprawnie odbiła atak. Mogła przegrać walkę, ale z pewnością nie swoją godność.
   - Nieźle jej idzie - pochwalił brunetkę James, z zaskoczeniem obserwując jak naprawdę daje sobie radę. A jednak chwilę później, Grant postanowił przestać bawić się w kotka oraz myszkę i gwałtownie przejść do ofensywy. Evans po raz pierwszy dostrzegła w nim bohatera legend.
   To co robił, wyglądało jak spektakl teatralny. Poruszał się sprawnie i płynnie, atakując nie tylko magią ale również swoim ciałem. Podczas gdy Cathy broniła się przed jego zaklęciami, on zbliżał się do niej, by chwilę później powalić ją na ziemię mocnym, mugolskim ciosem. Czegoś takiego nikt się nie spodziewał, łącznie z dziewczyną. Auror miał swój wyjątkowy styl: idealnie łączył walkę wręcz z zaklęciami i wyglądało to tak niesamowicie, że z ust Rudej wyrwało się westchnienie. Nie wiedziała czy to magia była przedłużeniem jego ciosów, czy też odwrotnie. Wiedziała jednak, że Cathy nie miała szans i wkrótce pojedynek dobiegł końca, a dziewczyna leżała na ziemi, oddychając ciężko.
   - W porządku. Poddaję się.
   Grant jej nie oszczędzał i teraz wyglądała naprawdę kiepsko z rozwianymi włosami pełnymi liśćmi, w podartej koszulce i z zakrwawioną twarzą. Jeśli chciał coś udowodnić to mu się udało: nie warto było z nim zadzierać. Być może byli tylko uczniami, ale raczej nie przewidywał dla nich żadnej taryfy ulgowej.
   - Wiem - uśmiechnął się do dziewczyny i po raz drugi tego dnia wyciągnął w jej stronę dłoń, którą tym razem postanowiła przyjąć. Sprawnym ruchem postawił ją na nogi, a szóstoklasiści zaczęli klaskać, już nie mogąc doczekać się by opowiedzieć o wydarzeniu każdemu obecnemu w zamku.
   - Przyznaję - słowa z trudem przechodziły Cathy przez gardło. - Jesteś tak dobry jak mówią.
   - Ja też przyznaję - mężczyzna uśmiechnął się złośliwie, schylając tak, by móc spojrzeć jej prosto w oczy. - Nie jesteś tak koszmarna, jak myślałem.
   Pollard z początku otworzyła usta z oburzeniem, ale chwilę potem zaczęła się śmiać. Uczniowie odważyli się podejść bliżej, w tym również Lily, która natychmiast podbiegła do brunetki i zaczęła sprawdzać jej urazy.
   - Powinnaś pójść do Skrzydła Szpitalnego- mruknęła, niepokojąc się o ranę na czole. Jej przyjaciółka machnęła lekceważąco ręką.
   - Nic mi nie jest. To tylko zadrapanie.
   - Panna Evans ma rację, powinnaś to opatrzyć – Grant poparł rudowłosą i nie wyglądał na kogoś kto ma ochotę dyskutować na ten temat. Cathy z kolei jak zwykle nie kontrolowała swoich słów i zachowań, o czym Lily planowała z nią poważnie porozmawiać.
   - Może ty mnie zaprowadzisz? - uśmiechnęła się uroczo do nauczyciela, który co prawda odpowiedział tym samym, ale zdecydowanie pokręcił głową i odwrócił się do niej plecami.
   - Koniec zajęć na dzisiaj! - zawołał, powodując falę okrzyków i braw. - Zasłużyliście na przerwę, ale jutro bierzemy się ostro do roboty! - to już nie spotkało się z takim entuzjazmem, jednak i tak widmo wolnej godziny sprawiło, że w oczach nastolatków pojawiły się iskry. - Zaczynamy od pięciu okrążeń dookoła jeziora, a potem pompki...A! I nasza buntowniczka? - Cathy uniosła do góry jedną brew. - Ty robisz dziesięć.


   - Umieram!
   - Na własne życzenie...
   Cathy posłała przyjaciółce nieprzychylne spojrzenie, ale Lily całkowicie ją zignorowała. Przecież mówiła prawdę! Gdyby brunetka trzymała język za zębami, nic by się nie stało, a jej ograny wewnętrzne nadal byłyby w dobrym stanie.
   - Kto by się spodziewał, że ten dupek mnie tak po prostu uderzy! - burknęła pod nosem ofiara profesora, wyciągając przed siebie długie nogi. Obie dziewczyny siedziały w Pokoju Wspólnym, wygrzewając się przed kominkiem, każda w swoim świecie. Podczas gdy Pollard rozpamiętywała swoją dzisiejszą porażkę i zajadała się czekoladowymi żabami, Lily starała się napisać esej na transmutację, po raz piąty czytając ten sam akapit w podręczniku.
   - Przez twoje jęki nie mogę się skupić!
   - Zrobiłoby ci dobrze, jakbyś też trochę pojęczała- odpyskowała złośliwie Cathy, tonem wyraźnie wskazującym na jednoznaczność wypowiedzi, co sprawiło, że na policzkach przyjaciółki pojawił się rumieniec.
   - Jęczę. Nad tym cholernym esejem.
   - Mieliśmy zadany jakiś esej?
   Zanim Lily zdążyła bezczelnie wykpić przyjaciółkę, na fotel obok opadł Syriusz, któremu jak zwykle towarzyszył Potter.
   - Jak tam nasza bohaterka dnia? - Łapa uśmiechnął się do brunetki, która odpowiedziała mu środkowym palcem. - Ja tylko uprzejmie pytam! Biorąc pod uwagę ten epicki łomot, który zgarnęłaś, dziwię się, że w ogóle wyszłaś ze Skrzydła Szpitalnego!
   Ostatnim co widzieli, były oddalające się plecy Cathy.
   - Chyba była zmęczona - skwitował James, na co jego kumpel zachichotał złośliwie. Rogacz nachylił się nad rudowłosą, zaciekawiony zerkając jej przez ramię. - Jeszcze go nie napisałaś?
   Oczywiście wiedział, że Pani Ambitna weźmie więcej przedmiotów niż potrzebowali i codziennie widywał ją nad książkami i pergaminami. Wypracowanie z transmutacji zostało im zadane już na pierwszej lekcji, a jutro upływał termin i był święcie przekonany, że taka osoba jak Lily, z pewnością już dawno go napisała.
   - Nie twoja sprawa - burknęła, niechętna by przyznać się do własnego błędu. To był pierwszy raz, kiedy zapomniała o zadaniu i nie miała zamiaru się do tego przyznawać. W głębi duszy już żałowała ilości przedmiotów, z którymi musiała zmierzyć się w tym roku, ale przecież nie było nic złego w chęci kształcenia się. Poza tym lubiła myśl, że po skończeniu szkoły będzie miała więcej opcji do wyboru.
   - Hej, spokojnie. Tylko nie gryź - James uniósł ręce do góry w obronnym geście i rozłożył się na kanapie. Dziewczyna natychmiast poczuła wyrzuty sumienia. Dlaczego nie mogła być bardziej podobna do Cathy, mówiąca co chce i komu chce, nigdy nie żałująca wypowiedzianych słów?
   - Przepraszam- westchnęła. - Po prostu...Transmutacja jest taka skomplikowana!
   - Mogę cię pouczyć, jeśli chcesz - James posłał jej szeroki uśmiech, a okulary odrobinę przekrzywiły mu się na prostym nosie. - Daję sobie z tym radę i nie mam aż tyle przedmiotów do ogarnięcia co ty.
   Lily zmrużyła oczy, wpatrując się w sylwetkę chłopaka, który starał się wyglądać sympatycznie i niewinnie.
   - Dlaczego odnoszę wrażenie, że czegoś ode mnie chcesz?
   - Jest tylko jeden warunek - James przeczesał swoje włosy dłonią, sprawiając, że wyglądały jak gniazdo dla ptaka. - Randka ze mną, oczywiście.
   Spodziewała się tego, dlatego wybuchnęła śmiechem, a następnie wstała i również zmierzwiła jego czarną czuprynę, robiąc w niej jeszcze większy bałagan.
   - Dobranoc, James.
   Posłała buziaka Łapie i ruszyła w kierunku dormitorium, licząc, że chociaż tam będzie miała trochę spokoju. Jednak tuż przy schodach, ktoś mocno chwycił ją za nadgarstek, skutecznie zatrzymując. Kiedy się odwróciła, jej spojrzenie spotkało się z czekoladowymi tęczówkami Pottera.
   - Weź – powiedział, wciskając jej do ręki kilka stron zapisanego pergaminu. - Może z moim esejem będzie ci łatwiej. A w weekend po południu wytłumaczę ci o co chodzi z tym zaklęciem. Jasne?
   Brzmiał tak zdecydowanie, że dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, by się nie zgodzić. Bezmyślnie pokiwała głową, i dopiero wtedy zorientowała się co zrobiła.
   - Ale to nie jest randka! - zaprzeczyła szybko, na co chłopak jedynie westchnął.
   - Wiem, Ruda. Po prostu chcę ci pomóc.
   - Bez żadnych warunków? - zmarszczyła brwi, a Rogacz przytaknął. Poczuła jak na jej usta mimowolnie wpływa lekki uśmiech. - Dziękuję.


   Zielarstwo nigdy nie było ulubionym przedmiotem Cathy, a zwłaszcza w takie dni jak ten. Słońce mocno grzało, dość niezwykle jak na tą porę roku, sprawiając że w szklarni zrobiło się duszno i nieprzyjemnie. Dziewczyna tysiąc razy bardziej wolałaby teraz latać na miotle lub obijać się na błoniach, niż nawozić czyrakobulwy, potrzebne dla Skrzydła Szpitalnego. Obserwując jak Lily stara się nie uszkodzić ich wspólnej rośliny, położyła się leniwie na stole, kryjąc przed czujnym spojrzeniem profesor Sprout. Wkrótce jej wzrok leniwie przesunął się po uczniach Hogwartu, w końcu zatrzymując na jedynej osobie, z którą tak naprawdę chciała porozmawiać.
   Remus Lupin wyglądał dość normalnie żartując sobie z Blackiem i Peterem, ale ona znała go za dobrze, by w to uwierzyć. Musiał poczuć na sobie jej spojrzenie, ponieważ podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko, machając z drugiej strony szklarni. Odruchowo odpowiedziała, spoglądając z niepokojem na blizny na ręce. Zadrapania z każdym razem były coraz gorsze.
   Nigdy nie potrafiła pojąć, dlaczego tak wspaniała osoba jak Remus musiała zostać tak ukarana przez los. Każdą pełnię spędzała w oknie, próbując dostrzec najmniejszy ruch w Zakazanym Lesie, prosząc Merlina o szczęśliwy powrót całej czwórki do zamku. Nienawidziła myśli, że coś może im się stać, podobnie jak tego, że nic nie mogła dla nich zrobić.
   Powoli zaczęła przesuwać się w stronę gryfonów, starając się nie wzbudzać podejrzeń nauczycielki.
   - Kiedy zamierzasz ze mną porozmawiać? - szepnęła do Remusa, gdy w końcu udało jej się znaleźć blisko niego.
   - Na jaki temat? - chłopak postanowił zagrać głupiego, więc dziewczyna szturchnęła go w ramię.
   - Każdy! Jak pełnia? Jak rany? Jak...- na chwilę przerwała, przygryzając usta. - Jak w domu?
   Lupin westchnął przeciągle, wbijając wzrok w czyrakobulwę, która prezentowała się naprawdę odrażająco. Skupił się na prawidłowym zaaplikowaniu nawozu, byleby zyskać czas na odpowiedź. Co miał jej powiedzieć? Że przemiany były coraz łatwiejsze, rany nie piekły wściekłym bólem, a rodzice zachowywali się w porządku? Nie. Mógł wciskać ten kit całej reszcie, ale Cathy była jedyną osobą, której nie dałby rady okłamać. Uśmiechnął się więc lekko i ścisnął ją za rękę.
   - Nie tutaj, okej?
   Dziewczyna zmarszczyła czoło, widocznie niezadowolona, ale przytaknęła. Rozumiała, że takie poważne rozmowy przy dwudziestu innych uczniach nie są dobrym pomysłem, jednak postanowiła być czujna.
   - Jeśli mi zwiejesz, Lupin...
   - Choćbym chciał, nie dam rady- czule zmierzwił jej ciemne włosy. -Wszędzie mnie dopadniesz.
   I Merlin mu świadkiem, zupełnie mu to nie przeszkadzało.


   To była jedna z tych chwili, na które czekał całe życie. Po raz ostatni spojrzał lustro, a jego wzrok mimowolnie skierował się do odznaki na piersi, napawającej go niesamowitą dumą. Chciał tego, marzył o tym, a teraz dopadły go wątpliwości, czy na pewno się nadawał.
   - Ruszaj tyłek, Rogaś – w szatni pojawił się Syriusz, uśmiechnięty i zrelaksowany, co było całkowitym przeciwieństwem uczuć jego przyjaciela. - Czas wykopać paru frajerów.
   James skinął głową i w towarzystwie Łapy wyszedł na boisko. Jego serce łomotało w piersi i szczerze mówiąc, miał wrażenie, że wkrótce gdzieś odleci. Dokładnie na środku stała spora grupa osób, z niecierpliwością czekająca na rozpoczęcie naboru. Wszyscy ściskali swoje miotły i wyglądali na równie zestresowanych jak Rogacz, co sprawiło, że poczuł się odrobinę lepiej. Odchrząknął, zwracając na siebie uwagę zebranych i zmusił się do uśmiechu.
   - Cześć. Jestem James Potter, kapitan drużyny. To ja przeprowadzę dzisiejszą rekrutację.
   Rozejrzał się nerwowo po trybunach, na których zgromadziło się więcej osób niż przypuszczał. Zazwyczaj uwielbiał być w centrum uwagi, ale rola lidera zespołu była dla niego całkiem nowa. W Huncwotach każdy z nich miał dokładnie tyle samo do powiedzenia, a tutaj wszystko spoczywało na jego barkach. Oczywiście mógł się poradzić pozostałych zawodników, jednak to do niego należała ostateczna decyzja o przyjęciu nowych członków i ewentualna chwała lub porażka pod koniec sezonu. - W porządku! Zaczniemy od obrońcy.
   Na całe szczęście potrzebowali tylko trzech graczy, a nie całej nowej drużyny. Pałkarze, Chris Barnes i Phil Bennet z czwartego roku, stanęli za nim, wspierając go mentalnie, a ścigająca Mary MacDonald już latała przy bramkach, chcąc przetestować kandydatów. Wszyscy chętni na stanowisko wystąpili do przodu, a następnie po kolei zajmowali miejsce przy obręczach. Mary była jednak w swoim żywiole i skutecznie zwodziła niemal każdego z nich. Nie zamierzała im odpuszczać, doskonale zdając sobie sprawę, że nie mając dobrej defensywy mogą równie dobrze oddać Puchar walkowerem. W końcu znalazł się jeden, który obronił cztery na pięć rzutów dziewczyny i decyzja zapadła bez jakichkolwiek uwag czy komentarzy, za co James był naprawdę wdzięczny losowi. Był tylko jeden najlepszy i nikt nie miał prawa się do tego doczepić. Szybko pogratulował Clintowi Welch z piątego roku i przeszedł do wybierania ścigających.
   Po raz kolejny wystąpiła grupka osób, ale tylko jedna zwróciła na siebie jego uwagę. Drobna blondynka, z uroczym uśmiechem, jako jedyna ze wszystkich wyglądała na pewną siebie i zadowoloną. Miała bystre spojrzenie, którego nie odwróciła nawet wtedy, kiedy spotkali się wzrokiem i długie jasne włosy, trzepoczące na wietrze. Mimo, że w quidditchu liczyła się lekka sylwetka, James miał spore obawy czy tak delikatna osoba, jak stojąca przed nim dziewczyna, może odnaleźć się w tym burtalnym sporcie. Poczuł że Phil szturcha go w ramię i dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo się wygłupił, tak po prostu wpatrując się w gryfonkę.
   - Okej, podobne zasady. Po kolei do góry i wbijacie punkty. Macie pięć rzutów, więc lepiej się postarajcie.
   Poprosił Welcha by ponownie zajął miejsce przy obręczach i wraz ze wszystkimi obecnymi oglądał porażkę kandydatów. Pierwszych sześciu nie trafiło ani razu, następnemu udały się tylko trzy rzuty, a kolejny spadł do dwóch.
   - Katastrofa - usłyszał głos obok siebie i zorientował się, że to blondynka, w którą niedawno się wpatrywał. - Są beznadziejni. Nawet nie myśl o tym, żeby ich przyjąć.
   - Nie miałem zamiaru.
   - Dobrze - dziewczyna skinęła głową, a następnie wyciągnęła w jego stronę rękę. -Sophie Willis, czwarty rok.
   - Chcesz być ścigającą?
   - Będę ścigającą.
   Miała taką pewność siebie, jaką Rogacz codziennie oglądał w lustrze. Jasnoniebieskie oczy lśniły ekscytacją, a drobne dłonie zaciskały się na rączce miotły. Jednym ruchem zgarnęła długie włosy i związała je w koński ogon. Posłała w jego stronę ostatni uśmiech, wzbijając się do góry, kiedy przyszła jej kolej. James złapał się na myśli, że chciałby mieć ją w drużynie.
   Dawaj, Sophie. Pokaż na co cię stać.
   Na całe szczęście jej przechwałki nie były tylko częścią fantazji i dziewczyna naprawdę udowodniła wszystkim co potrafi. Pomijając pięć czystych rzutów, popisała się paroma naprawdę wyjątkowymi akrobacjami, zbierając gromkie brawa, gdy tylko z powrotem postawiła nogi na ziemi. Za aplauz w dużym stopniu była odpowiedzialna męska część widowni, która wpatrywała się w dziewczynę jak urzeczona. W zeszłym roku żaden z nich prawdopodobnie nie zwrócił na nią uwagi, ale teraz w czwartej klasie zaczęła przemieniać się w dziewczynę, która może się podobać. James mimowolnie pomyślał, że będzie miał dużo roboty z wyganianiem jej adoratorów z treningów.
   - Gratulacje - uśmiechnął się, kiedy stanęła tuż przed nim. Była tak niska, że nie sięgała mu nawet do ramion. Ile mogła mieć? Metr pięćdziesiąt?
   - Jestem w drużynie?
   - Jest jeszcze paru kandydatów, więc musisz zaczekać.
   Wspólnie obejrzeli pozostałych uczniów, ale żaden nawet nie zbliżył się do tego, co pokazała dziewczyna.
   - Cóż, chyba nie będzie to zaskoczenie dla nikogo...- westchnął, wpatrując się w grupkę odrzuconych. - Gratulacje, Willis. Jesteś naszą nową ścigającą.
   Sophie z szerokim uśmiechem na twarzy objęła go w pasie. Był pewien że najchętniej rzuciłaby mu się na szyję, ale nie mogła jej dosięgnąć.
   - Dziękuję! - pisnęła, odsuwając się w końcu na bezpieczną odległość. - Pocałowałabym cię, tyle że po pierwsze: jesteś za wysoki, a po drugie: nie chcę zgarnąć od Evans.
   Miał zamiar jakoś to skomentować, jednak blondynka już odwróciła się do niego plecami i ściskała z Mary, która mówiła coś o feminizacji drużyny i swojej radości z tego powodu. Przewrócił oczami.
   - Ostatnia pozycja: szukający!
   To stanowisko było najważniejsze, zwłaszcza, że ślizgoni mogli pochwalić się rewelacyjnym zawodnikiem. Nawet Syriusz, zazwyczaj niechętnie chwalący własnego brata, przyznawał, że Regulus ma talent i za każdym razem cieszył się jak dziecko z jego porażki.
   James szybko wyjaśnił zasady i wypuścił znicza. Szóstka kandydatów wzleciała w powietrze, próbując dostrzec przebłysk złota na terenie boiska. Przez dobre dziesięć minut po prostu kręcili się w kółko, aż w końcu trzecioklasista, George Hayden, ruszył w kierunku sektora Ravenclawu. Za nim natychmiast udali się pozostali, jednak nie mieli szans. Chłopak był zwinny i szybki, więc nie minęły dwie minuty a znicz trzepotał już w jego dłoni. Nabór dobiegł końca.
   Rogacz szybko podziękował wszystkim kandydatom i przekazał nowej drużynie informacje dotyczące treningów. Syriusz podszedł do niego, klepiąc go po kumpelsku w ramię.
   - Niezłe nabytki - pochwalił przyjaciela, kiwając głową. - Ta mała jest fajna...
   - Nie – James posłał Łapie karcące spojrzenie, ale ten tylko uśmiechnął się niewinnie.
   - O co ci chodzi?
   - Nie.
   - Weź, daj spokój...
   - Ona jest poza twoim radarem, jasne?
   Potter nadal pamiętał zeszły rok, kiedy przez romans Blacka i ich ówczesnej obrończyni Cecilii Hill omal nie przegrali z Hufflepuffem. Z Hufflepuffem!
   - W porządku - westchnął przeciągle arystokrata, wpatrując się w odchodzącą blondynkę. - A mogliśmy zostać naprawdę dobrymi przyjaciółmi...


   Z każdym kolejnym dniem profesor Grant zdobywał coraz więcej fanów, oraz nieszczęśliwie zakochanych uczennic. Mimo, że jego zajęcia były wymagające i niezwykle męczące, nie było ucznia, który by ich nie lubił. Mężczyzna wyznawał jedynie praktykę, a dla szesnastolatków okazja do wyżycia się na kimś lub na czymś, stanowiła nie lada pokusę. Na jego zajęcia nawet Cathy przychodziła punktualnie, co było sporym zaskoczeniem dla wszystkich uczniów.
   - Dobra robota, dzieciaki! - zawołał Grant, kiwając z powagą głową. - Przećwiczcie to zaklęcie, tylko proszę, ostrożnie. Nie chcę, żeby Pomfrey znowu narzekała na zakrwawionych drugoklasistów.
Peter zawstydzony spuścił głowę, a pozostali Huncwoci zachichotali złośliwie. Ten wypadek zdarzył się tylko raz i to nie była wina Pettigrew, że dzieciak kręcił się nie tam, gdzie powinien.
   Uczniowie ruszyli do drzwi, zabierając swoje torby spod ściany. Ławki nie wróciły jeszcze na swoje miejsce i wcale się na to nie zapowiadało. Potrzebowali miejsca, by w spokoju móc ćwiczyć zaklęcia.
   - Panie Potter – głos profesora zatrzymał Rogacza tuż przy wejściu. - Może pan zostać na minutę?
   - Co znowu zrobiłeś? - mruknął Remus, ale chłopak tylko wzruszył ramionami. Ostatnio przecież starał się być grzeczny, bojąc się w czymkolwiek podpaść Lily.
   - Chciał pan porozmawiać? - podszedł do siedzącego za biurkiem nauczyciela, kiedy wszyscy z jego rocznika opuścili salę.
   - Dobrze ci idzie. Jesteś jednym z moich najlepszych uczniów.
   Potter zaskoczony otworzył usta, spodziewając się dosłownie wszystkiego oprócz pochwały.
   - Dzię...Dziękuję?
   - Chcesz zostać aurorem, prawda? - Grant odchylił się do tyłu, mierząc go spojrzeniem.
   - Byłoby super...W sensie, wiem, że trudno jest się dostać, ale...- poprawił okulary, które zsunęły mu się z nosa.
   - Nadawałbyś się. Jesteś podobny do matki - chłopak zamrugał kilkakrotnie, po raz kolejny zostając zaskoczonym przez nauczyciela.
   - Zna pan moją mamę?
   - Pracowaliśmy razem przy jednej sprawie, na samym początku mojego bycia aurorem – uśmiechnął się tajemniczo, widocznie wspominając jakąś przygodę. - Twojego tatę też poznałem - dodał po chwili. - Ma głowę do interesów.
   Żadne z rodziców nie wspominało nigdy, że zna Adama Granta i James poczuł się oszukany. Przecież wiedzieli jak go uwielbia i podziwia, a żadne nie wspomniało o nim nawet słówkiem! Mama nigdy nie lubiła mówić o pracy i skutecznie unikała przynoszenia jej do domu, jednak tu chodziło o jego idola! Czekała ich poważna rozmowa.
   - Chciałem ci tylko dać dobrą radę – mruknął nauczyciel, wyrywając chłopaka z zadumy. - Skup się na nauce, a zwłaszcza na moich zajęciach. Takie osoby jak ty są teraz potrzebne bardziej niż byśmy tego chcieli – wyglądał poważnie, a uśmiech już dawno zszedł mu z twarzy.
   - Tak jest.
   - I zrób coś z Blackiem- dodał na zakończenie Grant, ponownie stając się swobodny i wyluzowany. - Z tego to dopiero jest leniwy szpiczak.