Dumbledore odłożył najnowszy numer Proroka Codziennego na stół,
przenosząc spojrzenie na stojącego przed nim profesora. Mężczyzna
wyglądał na zdecydowanego i gotowego kłócić się o sprawę,
uświadamiając dyrektorowi, że z góry znalazł się na przegranej
pozycji.
- Oni muszą potrafić się bronić! - Grant stwierdził rzecz
oczywistą, więc Albus pokiwał głową.
- To zrozumiałe, ale od tego przecież są twoje zajęcia.
- To nie wystarczy! - Adam stanowczo pokręcił głową. Stał
wyprostowany oraz spokojny i tylko dłonie zaciśnięte w pięści,
jakkolwiek pokazywały jego zaangażowanie w dyskusję. Dumbledore
nie mógł nie zauważyć ogromnej różnicy, jaka dokonała się w
chłopaku przez te kilka lat, które minęły od skończenia przez
niego Hogwartu. Zawsze był wesoły, skory do żartów i lubiany
przez większość szkoły. Teraz jednak zmienił się w posąg,
który rzadko odkrywał karty i wolał zatrzymywać sekrety dla
siebie. Nawet zachowując się swobodnie, utrzymywał dystans,
nieustannie przygotowany na atak czy obronę. Oczywiście Albus
zdawał sobie sprawę, że po takich przeżyciach jakie miał na
swoich barkach chłopak, było to całkowicie normalne. Jednak
nadal...szkoda. - Ja tam byłem, na zewnątrz. Walczyłem z wyznawcami
tego świra. To nie skończy się tak po prostu. To nie jest nawet
początek. Będzie coraz gorzej...
Nie mówił niczego, z czego Dumbledore nie zdawałby sobie sprawy.
Tom nie próżnował i stawał się coraz bardziej niebezpieczny,
zbierając coraz większą ilość oddanych popleczników, zwłaszcza
wśród młodych i zbuntowanych dziedziców szanowanych rodów.
Właśnie dlatego do szkoły został przysłany auror. Miał
obserwować uczniów i dowiedzieć się czegoś o systemie werbowania
nowych członków. Ale on nie chciał tylko spełniać misji,
naprawdę czuł, że powinien przygotować ich na wszystko co czeka
poza murami zamku.
- Hogwart to bezpieczne miejsce - westchnął dyrektor. - Jest jeszcze
wcześnie, nie musimy ich straszyć i odbierać im tego poczucia...
- Teraz nigdzie nie jest bezpiecznie - Adam pokręcił głową.
Podszedł do okna wychodzącego na błonie i zapatrzył się na
horyzont. - Nigdy nie wiemy, kiedy zaatakują. Dzieciaki powinny być
wyszkolone.
Jego wzrok spoczął na trzech niewielkich postaciach, biegających
dookoła jeziora. Nie musiał specjalnie się wysilać, by wiedzieć
kim one były. James Potter, zdecydowanie wyprzedzający pozostałą
dwójkę, wyraźnie wziął sobie do serca jego słowa. Catherine
również poznał natychmiast, po tych ciemnych, gęstych włosach,
które wyróżniały ją spośród tłumu innych dziewczyn i nie mógł
powstrzymać delikatnego uśmiechu. Nie spodziewał się, że akurat
ona postanowi przyłożyć się do swojej formy. Widać wyciągnęła
lekcję z nauczki, jaką jej dał. Nad trzecią osobą zastanowił
się trochę dłużej, aż w końcu ze zdziwieniem przypomniał sobie
o niskim chłopcu, zazwyczaj pojawiającym się w towarzystwie
Pottera, Blacka i Lupina. Jak on się nazywał? Peterson? Pettigram?
On też był sporym zaskoczeniem, ale Grant poczuł w jego kierunku
nagły przypływ sympatii. Na zajęciach wyraźnie odstawał od
reszty i mógł go tylko pochwalić za chęć odrobienia braków w
czasie wolnym. Był z nich dumny.
Właśnie takie dzieciaki chciał chronić. Zasługiwały na to.
- W porządku, Adam – Dumbledore skinął poważnie głową. - Jak by
to miało wyglądać?
Czując w ustach smak wygranej, auror zajął miejsce naprzeciwko
dyrektora i z pasją zaczął opowiadać o swoim pomyśle. Jeszcze
nie tak dawno Hogwart wydawał mu się najgorszą karą i miejscem
wygnania, ale teraz musiał oddać Moody'emu słuszność tej
decyzji. Może Alastor wiedział co robi. Mimo, że Grant nie marzył
o niczym innym jak o ponownym znalezieniu się na polu walki,
odczuwał pewną przyjemność i satysfakcję, kiedy nauczał młodych
czarodziejów obrony przed ciemnymi mocami. Co zaskakiwało go
jeszcze bardziej: był w tym dobry. Uczniowie go lubili, a on, z
pewnymi wyjątkami, ich również.
- To nie będą częste spotkania, dwa lub trzy razy w miesiącu, bo
przecież nauka jest najważniejsza, zwłaszcza dla ostatnich klas...
Przez moment Albus dostrzegł w chłopaku, tego siódmoklasistę
sprzed paru lat, więc uśmiechnął się dobrodusznie i z
zadowoleniem przytakiwał każdemu słowu. Być może nie zmienił
się tak bardzo, jak sądził, a nawet jeśli, to był na najlepszej
drodze by wrócić do dawnego siebie.
- Panie Black! - McGonagall stanęła nad ławką gryfonów i wbiła
zmęczone spojrzenie w ciemnowłosego chłopaka. Ten uśmiechnął
się szeroko, ukazując zęby długości przedramienia, a wszyscy
obecni w klasie zachichotali na ten widok. - Transmutacja ludzka to
nie są żarty!
Chłopak przewrócił oczami i leniwie machnął różdżką.
Nauczycielka obserwowała jak ciało gryfona z łatwością wraca do
poprzedniego stanu, niepewna czy zasłużył na dodatkowe punkty czy
szlaban. W końcu burknęła coś niezrozumiałego pod nosem i
odeszła w kierunku katedry, a zadowolony Syriusz przybił Jamesowi
piątkę.
Lily wpatrywała się w Blacka ze zmrużonymi oczami, aż w końcu
odwróciła się do Cathy.
- Dlaczego jemu to wychodzi?
Brunetka podniosła głowę znad pergaminu, na którym znajdowało
się wszystko oprócz notatek z lekcji i westchnęła.
- Z czego jak z czego, ale z transmutacji są dobrzy. Przetraw to
jakoś.
Niestety, Lily nie potrafiła. Gdyby byli najlepsi z czegoś, co jej samej
nie sprawiało problemów, może dałaby radę to zaakceptować.
Jednak przedmiot McGonagall był jej piętą achillesową i
nienawidziła tego pełnego satysfakcji uśmieszku Syriusza, który
zawsze jej posyłał.
- Spokojnie, Evans – Potter obrócił się do tyłu, by znaleźć
się twarzą w twarz z rudowłosą. - Jedna lekcja ze mną i
zostaniesz mistrzem transmutacji.
Dziewczyna uniosła brew w powątpiewającym geście, ale nie
skomentowała. Przez resztę lekcji całą grupą próbowali w parach
zmienić swoje kolory włosów, co skończyło się narzekającym na
ból głowy Syriuszem. Wychodząc z sali, Cathy nadal chichotała,
mając przed oczami widok rudego Łapy, który dostaje od wściekłej
Lily z podręcznika.
- Panie Lupin! Potter! Tak, Black, ty też możesz zostać! - głos
nauczycielki transmutacji zatrzymał Huncwotów, którzy wymienili
zaskoczone spojrzenia.
- Nic nie zrobiliśmy! – odezwał się James, kiedy tylko podeszli
do biurka profesor.
- Wiem o tym – westchnęła kobieta, wbijając w nich przenikliwe
spojrzenie. - Chciałam was tylko poprosić, abyście poświęcali
więcej uwagi panu Pettigrew.
Tego się nie spodziewali.
- To dobry chłopak, ale potrzebuje więcej pracy niż wasza trójka.
Dlatego ograniczcie wciąganie go w wasze durne pomysły i pozwólcie
skupić się na nauce, a najlepiej sami mu pomóżcie.
- Dla pani profesor wszystko - Syriusz zabłysnął swoim słynnym
uśmiechem, który zawsze sprawiał, że kobietom miękły kolana.
- Jednak Peter jest jednym z nas i wątpię, czy będzie chciał
trzymać się z dala od tych...Jak to pani nazwała?
- Durnych pomysłów – podpowiedział mu Remus, następnie
zwracając się w stronę nauczycielki. - Zrobimy wszystko co w
naszej mocy, żeby Peter się poprawił. Ma pani nasze słowo.
- Słowo huncwotów? - mimo usilnych starań, McGonagall nie mogła
powstrzymać lekkiego rozbawienia. - Ono jest cokolwiek warte?
- Pani profesor! - oburzył się James, teatralnie łapiąc się za
serce. - Jest warte więcej niż czyjekolwiek inne!
- To chyba nie jest dobry pomysł.
Cathy podniosła wzrok znad podręcznika do Obrony Przed Czarną
Magią i obdarzyła ją potępiającym, znudzonym spojrzeniem. Lily
mimowolnie uniosła brew w wyrazie zaskoczenia. Jeszcze nigdy nie
widziała by jej przyjaciółka tak bardzo przykładała się do
jakichkolwiek zajęć.
- Niby dlaczego nie?
- To czas spędzony z Potterem. Sam na sam! - jęknęła, siadając na
łóżku i czując, że nie ma ochoty opuszczać dziś dormitorium.
Splotła ręce na kolanach.
- To tylko wspólna nauka - Cathy przewróciła teatralnie oczami.
- Powiedziałaś mu, że ma się nie spodziewać randki, więc...
- Nie mam sobie nic do zarzucenia, jasne- Ruda brzmiała nad wyraz
lekceważąco. - Ale co sobie inni pomyślą, jak nas zobaczą? Poza
tym ja mu sama tworzę okazję do popisywania się! - prychnęła.
- Wielki James Potter, najlepszy we wszystkim i urodzony w szczęśliwym
czepku!
- Że co? - Cathy zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc potok
słów przyjaciółki. Lily często rzucała mugolskimi
powiedzeniami, które brunetce wydawały się całkiem bezsensowne.
- Nieważne. Stało się, więc się nie odstanie. Bądź gryfonką,
nie tchórzem.
Odwołanie się do największej cnoty Godryka Gryffindora trochę
pomogło i nie bez zbędnych westchnień, w końcu zdecydowała się
zejść do Pokoju Wspólnego. James jak gdyby nigdy nic siedział w
towarzystwie przyjaciół przy kominku, rozmawiając i żartując.
Kierowany nagłym impulsem spojrzał w stronę dziewczyny, zupełnie
jakby posiadał radar informujący go, gdy Lily pojawi się w zasięgu
wzroku. Natychmiast uśmiechnął się, a jego prawa ręka
powędrowała do rozwichrzonych włosów, robiąc w nich jeszcze
większy bałagan. Evans poczuła się nieswojo, jednak mimo to
wyprostowała się dumnie i podeszła do Huncwotów, starając się
sprawiać wrażenie swobodnej i wyluzowanej. Specjalnie odmówiła
sobie strojenia, by Potter nie pomyślał, że jej zależy. W
rozciągniętym swetrze i dresowych spodniach wyglądała na dwa razy
mniejszą niż była w rzeczywistości, całkowicie zrezygnowała z
makijażu, a rude pukle zaplotła w dwa luźne warkocze. Nie sądziła,
by komukolwiek mogła się spodobać w takim wydaniu.
Ale James właśnie taką uwielbiał ją najbardziej. Czuł, że jest
wtedy bardziej realna i bliższa, niż ten ideał, na który pozowała
każdego dnia.
- Gotowa na lekcje z Mistrzem Transmutacji? - uśmiechnął się
szeroko. Wiedział, że nie znosiła, kiedy się popisywał, ale to
było silniejsze od niego. Pomijając już fakt, że oczywiście był
najlepszy i nikt nie mógł temu zaprzeczyć, to obecność Rudej
zawsze sprawiała, że gadał głupoty. No i mimo wszystko miał
słabość do jej zaczerwienionych z wściekłości policzków i
błyszczących oczu.
- Doskonale dałabym sobie radę sama - burknęła, zaciskając dłonie
na podręczniku od transmutacji. Huncwoci przezornie wstali i
oddalili się, pozostawiając ich samych. Syriusz przechodząc obok
Lily poklepał ją po ramieniu w ramach wsparcia.
- Och, czyli nie potrzebujesz mojej pomocy? W porządku - James
postanowił ją podrażnić i również wstał, zupełnie tak jakby
chciał odejść wraz z przyjaciółmi. - A powiedz, wyszło ci już
to ostatnie zaklęcie z zajęć? Podobno w zeszłym roku pojawiło
się na owutemach, a McGonagall ciągle powtarza jakie jest ważne...
- Dobra - warknęła przez zaciśnięte zęby, doskonale znając cel
chłopaka. Chciał ją zdenerwować, podkreślić o ile lepszy od
niej jest i doprowadzić do szału. - Jak zwykle masz rację, królu
zarozumialstwa – prychnęła, po czym ściszyła głos do szeptu.
- Potrzebuję twojej pomocy.
- Przepraszam, ale chyba nie zrozumiałem - uśmiechnął się
niewinnie. - Powiedziałaś, że mam rację? Czekaj, czekaj...
- Bardzo zabawne – założyła ręce na piersi, czując jak jej
duma upada z hukiem na podłogę i rozsypuje się w drobny mak.
- Potrzebuję twojej pomocy! - zawołała głośno a siedzący w
Pokoju Wspólnym uczniowie posłali im zaciekawione spojrzenia.
- Ach tak? A dlaczego? - zapytał chytrze. Lily poczuła falę emocji
przepływającą przez jej ciało: dezorientację, wściekłość,
chęć sięgnięcia po różdżkę, aż w końcu całkowitą
rezygnację.
- Bo jesteś najlepszy. Czy teraz możesz mi pomóc?
- Jasne - tym razem jego uśmiech był naprawdę szczery i Ruda
mimowolnie poczuła jak go odwzajemnia. - Pokazuj co tu masz.
Ku zdziwieniu dziewczyny, James naprawdę przejął się swoją
rolą. Spokojnie i cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zagadnienia
oraz przedstawiał własne sposoby na skuteczniejszą naukę. Jak to
on, co rusz żartował, ale nie były to złośliwe komentarze, a
raczej wesołe historie z życia huncwotów. Po godzinie ostatnie
zaklęcie nadal jej nie wychodziło, a brwi Jamesa były w dwóch
różnych kolorach, jednak Evans czuła się o wiele lepiej.
- Jesteś za bardzo skupiona- stwierdził chłopak, szturchając ją
w ramię. - Nie myśl tak dużo! Pozwól, żeby to moc kierowała
tobą, a nie odwrotnie.
- Nie potrafię - uderzyła czołem w stolik, jęcząc przeciągle.
- Poćwiczysz to i będzie w porządku.
Posłała mu nieśmiały uśmiech, zbierając podręczniki. Zrobiło
się już późno, a James miał jutro poranny trening.
- Weź moje notatki. Powinny pomóc.
- Jakoś nigdy nie zauważyłam żeby James Potter robił
jakiekolwiek notatki – uniosła brew w powątpiewającym geście,
a gryfon zaśmiał się głośno.
- Niech ci będzie. Remus robi je dla nas wszystkich.
Zatrzymali się przy schodach do damskiego dormitorium. Żadne z
nich nie wiedziało jak się zachować, ale w końcu to Lily zrobiła
pierwszy krok i krótko przytuliła Jamesa na pożegnanie.
- Sama nie wierzę, że to mówię, ale całkiem niezły z ciebie
nauczyciel - nawet nie zdawał sobie sprawy ile kosztowało ją
wypowiedzenie tej uwagi. A jednak stwierdziła, że było warto,
kiedy jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
- Na tyle niezły, żeby się z nim umówić?- jak zwykle musiał
mieć ostatnie zdanie. Ruda pokręciła z rozbawieniem głową i
odwróciła się w kierunku schodów.
- Dobranoc, Potter.
- Dobranoc, Evans.
- Mam coś dla was! - rzucił Grant, z rozmachem wchodząc do klasy.
Trzasnął drzwiami i żwawym krokiem podszedł do swojego biurka,
dopiero wtedy odwracając się i spoglądając na swoich uczniów.
Mimo, że jeszcze sekundę temu byli pogrążeni w głośnych
dyskusjach dotyczących swoich nastoletnich problemów, teraz wszyscy
bez wyjątku wpatrywali się w niego z nieukrywaną ciekawością.
- Niech to będzie jakiś fajny potwór - szepnął rozmarzony Syriusz,
kładąc się ławce. - Dementor albo...
- Nie mogą wpuścić dementora na teren Hogwartu - Lily przewróciła
oczami. - Dumbledore nigdy by się na to nie zgodził...
- A szkoda. Chciałbym zobaczyć takiego z bliska...- westchnął w
odpowiedzi, przez co dziewczyna zachichotała cicho.
- Jasne, i pokonać go swoim super patronusem, którego nie potrafisz
wyczarować.
Black obrażony odwrócił się w stronę profesora, całkowicie
ignorując Evans i Cathy, przybijające sobie piątkę. Grant zerknął
w ich stronę i uśmiechnął się lekko. Jego słuch absolutny był
czasem bardzo denerwującą cechą. Sięgnął po pergamin leżący
na biurku i sprawnie coś na nim wykaligrafował. Odprowadzany
zainteresowanymi spojrzeniami, podszedł do drzwi i przywiesił na
nich kartkę, widocznie zadowolony sam z siebie.
- Klub Pojedynków!
To wywołało falę podnieconych szeptów, których nauczyciel nawet
nie starał się uciszać. Zadowolony z siebie rozejrzał się po
sali, by dostrzec, że tylko jego ulubieńcy nie wyglądali na
podekscytowanych. Huncwoci wymienili z dziewczynami znaczące
spojrzenia. Jasne, okazja do walki i ćwiczeń była czymś fajnym i
normalnie chętnie by się z tego cieszyli. Jednak doskonale zdawali
sobie sprawę, że to nie jest tylko forma zajęcia ich czasu. Robiło
się coraz gorzej, coraz bardziej niebezpiecznie.
- Wszystko w porządku? - Grant zbliżył się zajmowanych przez
gryfonów ławek.
- Naprawdę jest tak beznadziejnie? - burknął Lupin, całkowicie
zaskakując profesora.
- Nie to tylko...
- Panie profesorze -przerwała mu Lily. - Nie jesteśmy dziećmi.
Westchnął przeciągle, przypominając sobie słowa dyrektora z
pierwszej lekcji: „są sprytniejsi niż nam się wydaje”.
- Chcę, żebyście potrafili się obronić. To chyba nic złego, no
nie?
Niechętnie skinęli głowami, postanawiając jednak zachować
czujność. Mieli dość dorosłych, którzy uważali, że wojna nie
była ich sprawą. Przecież było dokładnie odwrotnie! To ich
życie, marzenia i plany na przyszłość miały zostać przez nią
zniszczone. Grant zaczął opowiadać o funkcjonowaniu klubu, ale oni
słuchali tylko jednym uchem, każdy pogrążony we własnych
myślach. James obiecał sobie, że w następnym liście do rodziców,
wypyta o sytuację poza zamkiem. Kątem oka zerknął na Rudą, która
wyglądała na najbardziej przerażoną. Nie dziwił się. Była
najbardziej zagrożona z całej ich grupy, choć chłopak nie
wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł chcieć ją skrzywdzić.
- Hej, Evans - posłał jej jeden ze swych najbardziej olśniewających
uśmiechów. - Będzie dobrze.
- A jak nie? Wy może nie musicie się martwić, ale ja jestem z
rodziny mugolskiej i...
- Spokojnie. Żadne z nas nie dopuści, by komukolwiek się coś
stało.
I być może zabrzmiało to jak czcze zapewnienia, słowa luźno
rzucone tylko po to by poprawić humor, jednak mimo wszystko Lily
poczuła się o wiele lepiej.
Cathy po raz kolejny tego wieczoru zerknęła w kierunku Huncwotów i
zmrużyła oczy. Próbowała skupić się na podręczniku do opcm,
ale grupa gryfonów skutecznie jej to utrudniała. W końcu ze
złością zamknęła książkę.
- Nie uważasz, że oni coś kombinują?
Lily nawet nie oderwała wzroku od swojego eseju z eliksirów.
Doskonale wiedziała kogo ma na myśli jej przyjaciółka, a świat
profesora Slughorna jak zwykle pochłonął ją całkowicie.
- Oni zawsze coś kombinują.
Faktycznie, podejrzane powinno być to, że tak długo zachowywali
się spokojnie. Pollard zmarszczyła brwi, obserwując jak
przyjaciele pochyleni nad pergaminem, toczą zażartą dyskusję.
Tylko Peter siedział odrobinę z boku, otoczony podręcznikami i
notatkami, przypominając jej, że ona także powinna wrócić do
rozdziału o chimerach.
- Niech robią co chcą - burknęła w stronę Evans. - Ale jeżeli
zrobią coś mi, to się zemszczę.
Oni jednak nie mieli takiego zamiaru, wpatrując się w mapę i
ustalając plan dostania się do Pokoju Wspólnego Slytherinu.
Mieszkańcy domu węża byli z pewnością ulubionymi
celami grupy chłopców i żaden żart na początek roku nie mógł
zostać skierowany gdziekolwiek indziej.
- Trzeba poznać hasło, ale to nie powinno być nic trudnego - mruknął
Remus, zaznaczając na pergaminie miejsce docelowe. - Wystarczy wziąć
pelerynę i posiedzieć przy wejściu kilka minut.
- Ty i Rogacz wchodzicie, a ja i Peter zostaniemy na
czatach...- pokiwał głową Black.
- Czy teraz mogę już dołączyć do narady? - jęknął Pettigrew,
wymachując gotowym wypracowaniem. - Skończyłem.
James chwycił pergamin i szybko przebiegł wzrokiem po tekście. Po
chwili oddał go przyjacielowi.
- Końcówka do bani.
Chłopak mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, wywołując
wyrzuty sumienia u przyjaciół.
- Daj spokój, Glizdek – Remus szturchnął go w ramię. - McGonagall
się wkurzy, jak nie dostaniesz dobrej oceny. Poza tym akurat
transmutacja jest dość potrzebnym przedmiotem. Robimy to dla
ciebie.
- Wiem - westchnął chłopak, ale w jego głosie nadal było słychać
gorycz. - Po prostu nie lubię, kiedy mnie tak odsuwacie.
- Nikt cię nie odsuwa - Łapa przewrócił teatralnie oczami, zostając
natychmiast popartym przez Jamesa.
- Jesteś jednym z nas. I dlatego się o ciebie martwimy.
To trochę poprawiło Peterowi humor. Do dziś nie mógł uwierzyć,
jak udało mu się zaprzyjaźnić z tymi chłopcami. Być może przy
nich nikt nie zwracał na niego uwagi, być może stał trochę w
cieniu, ale nie obchodziło go co myślała reszta, dopóki oni
sprawiali, że czuł się chciany i wyjątkowy. Kto by pomyślał
kilka lat temu, że będzie należał do jednej z najbardziej
popularnej grupy w szkole? Z pewnością nie on. Ich przyjaźń była
dla niego najcenniejsza.


