Nawet
nie spostrzegli się,
kiedy nadeszła połowa
grudnia, a oni oddali ostatnie wypracowania i pakowali się
na przerwę świąteczną.
Lily nie mogłaby być
bardziej zachwycona wizją
zobaczenia rodziców, bo choć
może kochała
Hogwart całym sercem i za
nic w świecie nie
oddałaby czasu spędzonego
w zamku, to nadal brakowało
jej ciepłych oczu mamy
oraz dumnego uśmiechu
taty, które uwielbiała
dokładnie tak samo mocno
jak wtedy, gdy była
dziesięcioletnim
dzieciakiem.
-Hej,
Evans- James opadł na
miejsce naprzeciwko niej, natychmiast sięgając
po naleśniki. -Umówisz
się ze mną?
-Nie.
-W
porządku. Podasz miód?
Zachichotała
lekko, spełniając
jego prośbę.
Od pewnego czasu wrócił
do zadawania jej tego nieznośnego
pytania, jednak bardziej dla żartu
niż w jakikolwiek inny
sposób. Mimowolnie zastanawiała
się co by zrobił,
gdyby kiedyś
odpowiedziała inaczej niż
przewidywała to reguła.
-Masz
dzisiaj dobry humor- zauważyła,
nie mogąc oderwać
spojrzenia od jego szerokiego uśmiechu.
-A
i owszem. Idą święta.
A sylwester będzie
najlepszą imprezą
roku. Z czego tu się nie
cieszyć?
Już
dawno nie widziała go tak
spokojnego i zrelaksowanego. Dawniej pewnie uznałaby,
że jego życie
kręci się
wokół imprez i żartów,
ale teraz cieszyła się,
że choć
trochę uciekł
myślami od wojny i
śmierciożerców.
-A
właśnie,
James- zawołała
nagle, przywołując
na twarz skruchę.
-Przepraszam, ale nie mogę
przyjechać na sylwestra.
Cała
radość zniknęła
z twarzy chłopaka, kiedy
wbił w nią
przerażone spojrzenie.
-Żartujesz,
tak?
-Tak-
zachichotała. -Po prostu
chciałam zobaczyć
twoją minę.
-Jesteś
okrutna – rzucił w nią
pomidorkiem koktajlowym.
-Ktoś
o mnie mówi?- Syriusz szturchnął
Pottera w ramię, dając
mu znak żeby się
przesunął. Peter zajął
miejsce obok Lily, która pocałowała
go na przywitanie w policzek.
-Zawsze
mówimy o tobie, Łapo-
okularnik przewrócił
oczami. -Nasze życie
kręci się
wokół ciebie.
-Wiem.
Nie ma za co.
Lily
wybuchnęła śmiechem
na widok miny Jamesa, która mogła
oznaczać tylko jedno
„dlaczego ja się z nim
w ogóle przyjaźnię?”
-Jakieś
konkretne plany na święta?-
Pettigrew ziewnął
szeroko. -Mi mama każe
jechać do kuzynki która
urodziła. Będę
musiał wysłuchiwać
zachwytów nad gówniarzem, ale przynajmniej jedzenie będzie
smaczne.
-Zamierzam
unikać mojej siostry i
spędzić
trochę czasu z rodzicami.
Chcę namówić
tatę na łyżwy
albo...
-Kulig!-
Syriusz przerwał jej w
połowie zdania.
-Świetnie, Evans. Zróbmy
to!
-Możemy
poprosić Hagrida o pomoc-
przytaknął mu
podekscytowany Potter. - Może
pożyczy nam z dwa
testrale.
-To
chyba wasz najgłupszy
pomysł kiedykolwiek -
westchnęła Lily,
upijając łyk
kawy, na co Peter pokręcił
głową.
-Zapomniałaś
o zespole.
To
wywołało
falę oburzenia siedzącego
naprzeciwko duetu.
-Hej!
Zespół to był
świetny pomysł!-
zaprzeczył James, a Łapa
tylko mu wtórował.
-Dokładnie!
Mogę się
założyć,
że gdyby tylko któryś
z nas potrafił śpiewać
albo na czymś grać,
to bylibyśmy wielkim
hitem!
-Czy
mi się wydaje- Cathy
pojawiła się
znikąd, trzymając
się ramienia Remusa. -Czy
rozmawiacie o Gryfońskich
Chłopcach?
-Owszem.
Lupin
jęknął
przeciągle, a jego
policzki przyjęły
intensywnie czerwoną
barwę.
-Chyba
przysięgliśmy
nigdy więcej o tym nie
wspominać, prawda?
-A
szkoda -Syriusz przeczesał
dłonią
swoje ciemne włosy niczym
rasowy model. -Wyglądałem
genialnie w skórzanych spodniach.
Rogacz
nagle zaczął kaszleć
i dusić się,
a napotykając zdziwione i
zaniepokojone spojrzenia przyjaciół,
wyjaśnił:
-Przepraszam.
Przez chwilę po prostu
przygniotło mnie ego
Łapy. Naprawdę
Wielka Sala zaczyna być
na nie za mała i już
martwię się
jak pomieścimy je w
dormitorium...
Cała
grupa, łącznie z
Blackiem, wybuchnęła
śmiechem, zwracając
na siebie uwagę
wszystkich w pomieszczeniu.
-Są
wyjątkowi, prawda?-
McGonagall siedząca przy
stole profesorskim, uśmiechnęła
się do Adama.
-Owszem,
pani profesor. Jedyni w swoim rodzaju.
-Wiem,
że nie możecie
doczekać się
przerwy świątecznej
-krzyknął Grant,
próbując choć
trochę uciszyć
rozgadanych szóstoklasistów. Niestety nawet jego autorytet miał
swoje ograniczenia. -Wierzcie mi, ja też.
Chcę od was
odpocząć...Black,
Pollard! Co wy robicie?
Wymieniona
dwójka przeniosła na
niego zaskoczone spojrzenia, jakby nie rozumiejąc
o co mu chodzi i całkowicie
ignorując
spetryfikowanego Jamesa, do połowy
przetransmutowanego w obwieszoną
ozdobami choinkę.
-Wprowadzamy
świąteczny
nastrój- Syriusz wzruszył
ramionami, podczas gdy Cathy dorobiła
Potterowi jeszcze jedną
bombkę, w dość
nieprzyzwoitym miejscu. Na tyle nieprzyzwoitym, że
Adamowi jakoś tak nagle
zrobiło się
bardzo gorąco. Ta
dziewczyna wpędzi mnie do
grobu, stwierdził w
myślach, po czym przeklął
sam siebie. Cholera, wpatrywał
się w nią
zdecydowanie zbyt długo.
-Odczarujcie
go. Już.
Black
przewrócił oczami i
zdjął zaklęcie,
ku niezadowoleniu uczniów, a już
zwłaszcza Lily, która
chichotała tak bardzo, że
z trudem łapała
oddech.
-Proszę
bardzo, panie profesorze- Cathy uśmiechnęła
się niewinnie, sprawiając
że miał
ochotę głęboko
westchnąć.
Panie
profesorze. Tylko tak zwracała
się do niego od tego
popołudnia, gdy
przeszkodziła mu w
rozmowie z młodą
Bryce. Większość
uważała,
że widocznie już
znudziło jej się
gonienie za nieosiągalnym
celem i nawet nie zwracała
na to uwagi, ale on...Za każdym
razem, gdy tak do niego mówiła,
słyszał
coś czego nie powinien
był słyszeć
i to sprawiało, że
kręciło
mu się w głowie.
Wszystko przez to spojrzenie, uznał.
To cholerne spojrzenie.
-W
porządku! Mam was dość!
Idźcie i mnie nie
denerwujcie!- zamachał
dłońmi,
wyganiając uczniów z
sali. Niestety, nawet mimo chwilowej utraty rozumu spowodowanej pewną
uroczą małolatą,
nadal pozostawał sobą,
dlatego musiał dodać:
-Po
świętach
zrobię wam taki trening,
że nie będziecie
w stanie ruszyć palcem!
Co
i tak nie osłabiło
entuzjazmu uczniów, z radością
zbierających swoje torby,
a następnie wybiegających
z klasy.
-Jest
wiele rzeczy, które mógłby
mi zrobić, a przez które
nie byłabym w stanie
ruszyć palcem. I na pewno
też oboje bylibyśmy
nieźle spoceni.
Nie
musiał się
odwracać, by wiedzieć
kto jest autorką tego
komentarza. Myślała,
że nie usłyszy?
Chciała, żeby
usłyszał?
Jego mózg pracował na
najwyższych obrotach.
-Merlinie,
Cath!- Lily zakryła
dłońmi
zaczerwienioną twarz.
-Jeszcze głośniej!
-Nie
ma problemu. Widziałaś
jego palce? Założę
się, że
ma równie dług...
-Jesteś
niereformowalna- to dokładnie
to samo, co miał w głowie
Grant.
-Widać,
że pochodzisz z
przedmieść, Evans. Gdzie
twój bunt? Sex, drugs and rock'n roll!
-Nie
mam nic przeciwko temu-sprostowała
Rudowłosa, przewracając
oczami. -Mam coś
przeciwko rozmawianiu o tym w klasie.
-Niech
ci będzie- Lily była
chyba jedyną osobą
na świecie, która w tak
skuteczny sposób potrafiła
wpłynąć
na zachowanie Pollard. Śmiejąc
się i przepychając,
dołączyły
do czekających na nie
Huncwotów, po czym wspólnie z nimi opuściły
salę.
Grant
z westchnieniem usiadł na
biurku. Był na to za
stary. Albo za młody,
zależy jak spojrzeć.
Podsłuchana rozmowa
przewróciła jego żołądek
do góry nogami, przez co uznał,
że odpuści
sobie obiad.
Pożałował
tej decyzji tak szybko, jak tylko pojawiła
się pierwsza uczennica,
chcąca życzyć
mu wesołych świąt.
Pierwsza, bo po niej przyszło
jeszcze wiele następnych.
Ile konkretnie? Nie miał
pojęcia, przestał
liczyć po trzynastu.
Bycie ulubionym nauczycielem miało
też widać
swoje minusy.
Kiedy
po raz kolejny usłyszał
pukanie do drzwi, było o
krok od rzucenia w intruza stojącą
najbliżej zabytkową
figurką przywiezioną
z Gwadelupy.
-Słucham?-warknął
tonem łamiącym
wszelkie zasady bożonarodzeniowej
życzliwości.
-Nieładnie
tak mówić do ulubionej
uczennicy, panie profesorze- Cathy oparła
się o framugę,
krzyżując
ręce na piersi. Cała
złość
wyparowała z niego w
mgnieniu oka.
-Skąd
pomysł, że
jesteś mogą
ulubioną uczennicą?-
uśmiechnął
się lekko.
-Nie
ma nikogo bardziej uroczego niż
ja.
-Hmmm...No
nie wiem- parsknął.
-McGonagall? Wierzba bijąca?
Tentakula?
-Medycy
z Munga nie dowierzają!
To prawdziwy cud! Adam Grant wykształcił
w sobie poczucie humoru!- zawołała
brunetka, udając
podekscytowaną
reporterkę. Musiał
mocno ze sobą walczyć,
byle tylko się nie
zaśmiać.
-Potrzebujesz
czegoś?
-Nie.
Chciałam tylko życzyć
panu profesorowi wesołych
świąt.
Przez
ostatnią godzinę
usłyszał
to co najmniej dwadzieścia
razy i to w najróżniejszych,
coraz to bardziej kreatywnych formach. Gracie Mulligan, ślizgonka
z czwartej klasy, napisała
mu poemat na dwie stopy pergaminu. Ale dopiero to jedno krótkie
zdanie, z tych jednych konkretnych ust, sprawiło,
że poczuł
się jak po wypiciu kubka
gorącej czekolady.
-Dziękuję,
Pollard. Tobie również.
-Zgaduję,
że nie da się
pan profesor zaciągnąć
pod jemiołę?- zapytała
z figlarnym błyskiem w
oczach, wyraźnie dając
mu do zrozumienia, że
żartuje. Co nie było
jednak zabawne? Zdecydowanie jego myśli
i paląca potrzeba
zaprzeczenia.
Chciałby.
Chciałby. Chciałby.
-Zostawmy
jemiołę Potterowi-
stwierdził. -Może
Evans w końcu da mu się
namówić.
-Pracuję
nad tym.
Mimo
swojej bezczelności,
arogancji i braku pohamowań,
Cathy miała także
wiele zalet, a bycie dobrą
przyjaciółką
z pewnością
należało
do najlepszych z nich.
-W
porządku- mruknęła.
-Nie zajmuję więcej
czasu. Pod drzwiami już
pewnie ustawiła się
kolejka reszty twoich wielbicielek.
-Dobrze
wiesz, że chcę
rozmawiać z tobą
bardziej niż z kimkolwiek
innym.
Bum.
Stało się.
Słowa, których nie
spodziewało się
żadne z nich, padły
z hukiem i spowodowały
duszącą
ciszę, podczas której on
krzyczał na siebie w
myślach, a ona próbowała
uspokoić rozszalałe
serce.
-Nie.
Nie wiem.
-Masz
rację- odchrząknął
nerwowo. -Powinnaś iść.
Na pewno musisz się
jeszcze spakować czy coś
takiego – z zapałem
zaczął przeglądać
dokumenty na biurku, za wszelką
cenę unikając
spojrzenia brunetki. W tej chwili budziła
w nim większe przerażenie
niż Kwintoped, z którym
spotkał się
podczas wyprawy na Wyspę
Posępną
rok temu.
-Jasne.
Okej- ku jego zdziwieniu postanowiła
nie pogrążać
go bardziej. Powoli podeszła
do drzwi i już trzymała
dłoń
na klamce, kiedy kierowana impulsem jeszcze raz zwróciła
się w jego stronę.
-To
najlepszy prezent, jaki mogłam
dostać. Dziękuję,
panie profesorze- uśmiech,
który pojawił się
na jej twarzy był tak
szeroki, jasny i błyszczący,
ze cała wściekłość
na siebie, jaką czuł
za tak nieostrożne słowa,
natychmiast schowała się
gdzieś w tyle jego głowy.
-Widzę,
że strasznie spodobało
ci się nazywanie mnie
panem profesorem.
-Och
tak- skinęła głową
z istnie diabelskim uśmiechem.
-Uznałam, że
to strasznie seksowne. Nie uważasz?
A
następnie zniknęła
za drzwiami, chichocząc
melodyjnie, pozostawiając
go z sercem bijącym trzy
razy szybciej niż zwykle.
Podróż
pociągiem minęła
im zbyt szybko i zanim się
obejrzeli, przyszedł czas
pożegnania. Mimo, że
każdy cieszył
się na spotkanie z
rodziną, to niespędzanie
ze sobą dwudziestu
czterech godzin na dobę
napawało ich jakimś
dziwnym smutkiem.
-Widzimy
się w sylwestra-
uśmiechnął
się Syriusz, klepiąc
Petera po ramieniu.
-A
jak się stęsknicie,
to zapraszamy- Rogacz przeczesał
włosy dłonią.
-Dom Potterów zawsze stoi otwarty.
-Złóżmy
sobie życzenia i chodźmy,
bo twój tata już czeka-
mruknęła Cathy, machając
do stojącego niedaleko
Fleamonta, a następnie
rzucając się
Remusowi na szyję.
-Wesołych
świąt,
Potter- Lily uśmiechnęła
się nieśmiało,
chowając dłonie
do kieszeni czarnego płaszcza.
-Mam nadzieję, że
dobrze spędzisz czas.
-Ty
także, Evans- on również
wydawał się
być zawstydzony, co
uznała za bardzo urocze.
-Mówiłem poważnie,
wpadnij do nas któregoś
dnia.
-Może
to zrobię- tak naprawdę
była zdecydowana, ale jak
typowa dziewczyna zamierzała
potrzymać go trochę
w niepewności. Westchnęła
lekko, i wspięła się
na palce, całując
chłopaka w policzek. -Na
razie, James.
Zamierzał
coś powiedzieć,
jednak nie zdążył,
ponieważ pewna blond
czwartoklasistka wskoczyła
mu na plecy.
-Dobrych
świąt,
Evans! A ty, Potter, nie zjedz za dużo,
bo miotła cię
nie uniesie!
-Ditto,
Willis- zaśmiał
się chłopak,
chwytając ją
za uda, aby nie spadła,
na widok czego Lily poczuła
się nagle chora. Na całe
szczęście w tym momencie
podszedł do niej Syriusz
ze swoimi perwersyjnymi życzeniami,
które rozbawiły ją
na tyle, że zapomniała
o szczęśliwej parze
stojącej obok.
-Moi
rodzice już czekają
-westchnęła, po czym
posłała
przyjaciołom ostatni
uśmiech. -Do zobaczenia
za parę dni!
Kiedy
udało jej się
przebić przez tłum
uczniów i nareszcie zbliżyć
się do rodzicieli, paląca
kula tęsknoty wybuchła
w jej sercu, sprawiając
że niczym mała
dziewczynka rzuciła się
mamie na szyję.
-Cześć,
kochanie.
Minęło
dobrych dziesięć minut,
zanim uznała, że
dostatecznie mocno wyściskała
zarówno ją jak i tatę,
ale w końcu udało
im się wydostać
z peronu oraz zapakować
kufer do niewielkiego samochodu.
-Opowiadaj
co u ciebie!- zarządziła
Eleonore, kiedy wyjeżdżali
z Londynu na przedmieścia.
-Listy to nie to samo. Jak tam Cathy?
-Beznadziejnie
zakochana- Lily zachichotała,
na myśl o przyjaciółce,
rozentuzjazmowanej słowami
nauczyciela opcm. Ruda nie spodziewała
się po nim takiej
nieostrożności,
ale szczęście Pollard
było dla niej ważniejsze
niż jakiekolwiek własne
przekonania.
-James
wyprzystojniał.
Tej
uwagi Evans nie spodziewała
się po własnej
matce i niemal zachłysnęła
się powietrzem.
-Jest
bardzo przystojny, nie zaprzeczam. Ale często
sprawia, że mam ochotę
wbić mu widelec w oko.
-Lily!-
zaśmiała
się kobieta, kręcąc
głową
z dezaprobatą, jednak jej
córka tylko wzruszyła
ramionami. Taka była
prawda. Najczęściej
myślała
o tym, kiedy tak epicko ignorował
ją, gdy tylko Sophie
pojawiała się
w pobliżu.
-Wiesz
co mówią? Kto się
czubi...
-Merlinie,
Mamo...Proszę cię!-
przewróciła oczami
szesnastolatka.
-No
co? Nie mielibyśmy nic
przeciwko takiemu zięciowi,
prawda Edward?
-Tunia
jest pierwsza w kolejności
do ślubu- stwierdziła
Ruda, a jej rodzice spojrzeli na nią
zdziwieni.
-To
ty nie wiesz?
-Niby
czego?
-Prosiliśmy
ją, żeby
napisała ci list- mama
była wyraźnie
zmieszana. -Tunia zaręczyła
się z Vernonem.
Lily
odczuła to jako policzek.
Mogły się
nie dogadywać, mogły
nawet się nie lubić.
Ale nadal pozostawały
siostrami. Lily prawdopodobnie poinformowałaby
ją o takim wydarzeniu
zaraz po tym jak powiedziałaby
Cathy.
-Och...Może
zapomniała, albo list
gdzieś się
zgubił- próbowała
się uśmiechnąć,
co z trudem jej wychodziło.
-To fantastyczna wiadomość.
Nie
zamierzała pokazać
rodzicom jak bardzo ją to
zabolało. Tunia była
Tunią. Skoro jej nie
potrzebowała, to Lily
miała zamiar spełnić
jej życzenie i pozostawić
ją w spokoju. Nawet,
jeśli jej samej chciało
się przez to płakać.
-Dobrze
jest mieć was w domu-
westchnęła Euphemia,
obserwując Jamesa oraz
Syriusza pochłaniających
ciasto czekoladowe.
-Dobrze
być w domu- stwierdził
Syriusz, odrobinę
niewyraźnie z racji
pełnych ust, ale nawet to
nie odebrało jego słowom
wydźwięku.
Pani Potter poczuła jak
jej serce rośnie, gdy
uśmiechnęła
się ciepło
do chłopaka, którego
traktowała jak drugiego
syna.
-Opowiadajcie
co tam w szkole. Prawie w ogóle nie pisaliście
do nas w tym semestrze!
Oboje
posłali jej
przepraszające
spojrzenia. To nie tak, że
nie chcieli tego robić.
Oboje kochali Fleamonta i Euphemię,
jednak James nie miał
chwili nawet na sen, a Black czuł
się mimo wszystko trochę
niezręcznie z ich
rodzicielską troską.
-Co
u Lily Evans?
Na
ustach Rogacza pojawił
się tajemniczy uśmiech,
przez który Łapa
parsknął śmiechem.
-Chyba
wszystko dobrze. Dogadujemy się.
-A
ty, Syriuszu? Znalazła
się w końcu
ta jedyna, która skradła
ci serce?
-Niestety,
za wysoko postawiła pani
poprzeczkę, Pani Potter.
Nikt nie jest w stanie zawładnąć
nim tak jak pani.
Euphemia
parsknęła śmiechem,
a Fleamont siedzący obok
podniósł wzrok znad
„Proroka Codziennego” i żartobliwie
pogroził chłopakowi
palcem.
-Dlaczego
nie powiedzieliście mi,
że znacie Adama Granta?-
zapytał w końcu
James, gdy tylko przełknął
ostatni kawałek ciasta.
-Nigdy
nie wyszło- kobieta
westchnęła. -Słyszałam
jednak, że chodzisz do
niego na zajęcia
indywidualne. Chwali cię.
-Korespondujecie
na mój temat?- James nie wiedział
czy jest bardziej zdziwiony czy zirytowany.
-Wymieniliśmy
parę listów, ale nie
martw się. Twój temat
pojawiał się
tylko epizodycznie.
-O
czym pisaliście?
Posłała
chłopcom surowe
spojrzenie, licząc że
odpuszczą. Od zawsze
praktykowała zasadę
nieprzynoszenia pracy do domu.
-To
sprawy Biura.
-Pisaliście
o Sheffield?
To
odrobinę zbiło
ją z pantałyku.
-Skąd
wiecie o Sheffield?
Gryfoni
wymienili zadowolone spojrzenia, po czym równocześnie
wzruszyli ramionami.
-Nie
zdradzamy swoich źródeł.
-Czy
choć raz nie możecie
zostawić czegoś
w spokoju?- burknęła
niezadowolona, na co Fleamont złapał
ją za dłoń.
-Inaczej
nie byliby twoimi dziećmi.
-O
czym pisaliście?- James
nachylił się
nad stołem.
-Sheffield
spowodowało dużo
papierkowej roboty z obliviato, ubezpieczeniami, rodzinami,
procesem...No i musieliśmy
ustalić gdzie schowamy
przepowiednię.
-Jaką
przepowiednię?- teraz
nawet Syriusz się
zainteresował,
przerywając pochłanianie
kolejnego kawałka deseru.
-Przecież
mówiliście, że
wszystko wiecie!- zmarszczyła
czoło.
-Powiedzieliśmy,
że wiemy o Sheffield. Nie
o tym, co się tam
wydarzyło- Black
uśmiechnął
się niewinnie. -Źle
to pani zinterpretowała.
-Merlinie
przysięgam, śmierciożercy
powinni przemienić się
w któregoś z was.
Całkowicie tracę
wobec was czujność.
-Nikomu
nie powiemy, mamo, daj spokój- James przybrał
najbardziej niewinną
minę, jaką
potrafił, dokładnie
tą, której używał,
gdy tylko zobaczył w
sklepie nowy model miotły.
-Sheffield
to jednocześnie
największa porażka
jak i największy sukces
Biura w ostatnich miesiącach-
westchnęła. -Grant
dowodził grupą,
którą wyznaczono do
zdobycia pewnej ważnej
dla nas broni.
-Przepowiedni?-
wciął się
Black, na co Euphemia zgromiła
go surowym spojrzeniem, ale przytaknęła.
-Owszem.
-Czego
dotyczy?
-I
dlaczego porażka?
Była
przyzwyczajona do ich ciekawości
i chęci wplątywania
się we wszelkie kłopoty,
jakie wyczuwali w promieniu dziesięciu
kilometrów.
-Przepowiednia
dotyczy końca wojny,
dlatego to bardzo ważne,
aby nie dostała się
w ręce Śmierciożerców.
Niestety, przygotowali zasadzkę,
w której zginęli wszyscy
którzy wyruszyli na wyprawę.
Z wyjątkiem Adama, jak
możecie się
domyślić.
-Jak
to się stało?-
oczy Jamesa, szeroko otwarte, wpatrywały
się w mamę
z powagą.
-Biuro
nie spodziewało się
ataku, dlatego miejsce do którego mieli się
przenieść po zdobyciu
przepowiedni, oraz hasło
do niego, podali tylko Grantowi jako dowódcy. Gdy zaczęło
się piekło,
Adam musiał wypełnić
zadanie i dostarczyć cel.
Zamierzał szybko wrócić
i faktycznie to zrobił,
ale było za późno.
-O
cholera...-mruknął
Syriusz, nagle jakoś
tracąc apetyt.
-O
cholera istotnie.
-To
dlatego wysłali go do
Hogwartu?- Rogacz zmarszczył
brwi. -Bo spieprzył?
-Po
pierwsze- warknęła pani
Potter. -Język! Jak ty
mówisz? Po drugie: nie spieprzył.
Zrobił to, co powinien:
ukończył
misję i sprawił,
że mamy szansę
wygrać z tym cholernym
psycholem.
-No
to co robi w szkole?- gryfoni byli już
porządnie zirytowani.
-Ponieważ
nawet jeśli nikt go nie
obwinia, to osobną
kwestią jest to, z czym
Adam mierzy się we
własnej głowie.
Zapadła
cisza, przerywana tylko stukaniem naczyń,
kiedy Euphemia zaczęła
zbierać brudne talerze.
-Nie
myślcie o tym, chłopcy-
odezwał się
w końcu Fleamont.
-Zarówno Grant jak i Biuro poradzą
sobie z Sheffield. My za to bez was nie poradzimy sobie z ubraniem
choinki. No już! Do
salonu!
Wszystko
przesiąknęło
świąteczną
magią i cały
świat zdawał
się płonąć
życzliwością
oraz spokojem. Niemal cała
Anglia pokryła się
śniegiem, ku zachwytom
wszystkich małych
czarodziei oraz mugoli, a równo o szesnastej czterdzieści
cztery, na niebie pojawiła
się pierwsza gwiazdka.
Tysiące rodzin zasiadło
do kolacji, wśród
śmiechu, szczęścia,
a także miłości.
Nic złego nie miało
prawa się wydarzyć,
przez co nawet najwięksi
cynicy zapomnieli o złowrogich
chmurach, unoszących się
nad czarodziejskim światem.
Peter
wpatrywał się
w różową
kulkę leżącą
w kołysce, mimowolnie
uznając, że
cieszy się z bycia
mężczyzną.
Do dzisiaj nie pojmował
jak kobiety mogą trzymać
takie dziecko w brzuchu i traktować
to jako coś normalnego. A
następnie musiały
jej jeszcze urodzić! Z
racji, że mugoloznawstwo
było uznawane za jeden z
łatwiejszych przedmiotów,
Glizdogon oczywiście na
nie uczęszczał
i choć chciał,
to nie potrafił zapomnieć
lekcji o rozmnażaniu.
Ohydne, naprawdę. Nie
dość, że
przez dziewięć miesięcy
musisz nosić takiego
obcego w sobie, to dodatkowo wydalić.
-Prawda,
że piękna?-
zaszczebiotała Peggy, nie
potrafiąca oderwać
spojrzenia od córeczki.
-Piękna-
przytaknął Peter,
jedynie dla świętego
spokoju.
Jego
rodzice siedzieli w salonie razem z ciotką,
więc Glizdogon uznał
że nic się
nie stanie, jeżeli do
nich dołączy, przy
okazji podkradając
kolejny kawałek
orzechowca.
-Ostatnio
widziałam w sklepie
Euphemię Potter- szepnęła
teatralnie ciotka, nachylając
się bliżej
matki chłopaka. -Nie
wyglądała
za dobrze, a przecież
wiesz, że ona zawsze dba
o wygląd.
-Z
pewnością
jest przepracowana. Peter zna młodego
Pottera- Ruby spojrzała z
dumą na syna. -Przyjaźnią
się.
-Naprawdę?-
zdumiała się
ciotka, nagle uznając
swojego siostrzeńca za
osobę trzy razy bardziej
interesującą.
-I jaki jest? Zadziera nosa?
-James
jest świetnym
przyjacielem- burknął w
odpowiedzi, czując, że
nawet ciasto jakoś
przestało mu smakować.
-I dobrą osobą.
-Przejmie
firmę ojca po Hogwarcie?
Każdy głupi
by to zrobił, pieniądze
wręcz spadają
im z nieba...
-Chce
być aurorem. Albo grać
w quidditcha- zaprotestował
szybko Glizdogon. -Może
robić co tylko zechce.
Jest dobry we wszystkim.
-Cóż,
niektórzy to mają
szczęście -ciotka
sięgnęła
po karafkę i dolała
sobie więcej skrzaciego
wina.
-A
nasz Peter ma szczęście,
że się
z nimi przyjaźni.
Remus
siedział naprzeciwko
rodziców, wpatrując się
w nich z niedowierzaniem. Święta
naprawdę musiały
kryć w sobie magię,
skoro sprawiły, że
ta dwójka postanowiła
przestać rzucać
się sobie do gardeł.
A zwrot ten w domu Lupinów miał
podwójnie zabawne znaczenie.
-Jesteśmy
z ciebie tacy dumni- uśmiechnęła
się jego mama, sięgając
przez stół, by chwycić
go za dłoń.
-Po tym wszystkim co przeszedłeś,
wyrosłeś
na cudownego mężczyznę
i nawet nie wiesz ile to dla nas znaczy.
-Dziękuje-
mruknął tylko w
odpowiedzi, całkowicie
skrępowany i zawstydzony.
Wiedział, że
rodzice go kochali, ale od bardzo dawna nie okazali mu tego tak
otwarcie.
-Dumbledore
sam przysłał
nam pochwałę dotyczącą
twoich wyników w nauce- dodał
ojciec, niemal puchnąc z
dumy. -Złożył
nam obietnicę, że
pomoże ci znaleźć
jakąś pracę
po skończeniu szkoły.
Wiedział,
że to miało
go pocieszyć i napełnić
optymizmem, jednak on tylko poczuł
ścisk żołądka
na myśl o wszystkich tych
rzeczach, których nie doświadczy.
Po co ma się męczyć
na kursie aurorskim, skoro i tak nie zatrudnią
wilkołaka? Pogodził
się już
z tym kim jest, nauczył
się akceptować
swój los i trudności z
nim związane. Jednak
czasem nadal zastanawiał
się „co by było
gdyby”.
-To
świetnie- wyjąkał.
-Ale jestem dopiero w szóstej klasie. Mam jeszcze sporo czasu, żeby
pomyśleć
o przyszłości.
-Dlaczego
nie zaprosiłaś
Sama?- mruknęła Cathy,
przeciągając
się leniwie. Ona i jej
mama leżały
na kanapie, w towarzystwie kupnych świątecznych
przysmaków. Między nimi
leżał
wysłużony,
rozpadający się
karton, zawierający
zdjęcia oraz inne
pamiątki z przeszłości.
W każde święta
wyciągały
go z dna szafy i przeglądały,
w ramach swojej własnej
rodzinnej tradycji.
-Zastanawiałam
się nad tym. Ale nie
wiedziałam, czy byś
tego chciała.
Brunetka
przewróciła oczami i
sięgnęła
po rodzynkę w
czekoladzie.
-Dlaczego
miałabym mieć
coś przeciwko? Dobrze
wiesz, że go uwielbiam.
-Ale
zawsze byłyśmy
same.
To
nie koniecznie była
prawda. Miały przecież
Potterów. A Samuel także
zawsze przy nich był,
kiedy tylko go potrzebowały,
nawet jeśli Cerys tego
nie dostrzegała. To on
nauczył Cathy grać
w quidditcha, odbierał z
przedszkola, gdy mama pracowała
i straszył chłopaków,
kiedy przyprowadziła
któregoś do domu. Od
zawsze traktowała go jak
ojca i nie mogła cieszyć
się bardziej z myśli,
że Cerys nareszcie
zmądrzała
na tyle, by zauważyć
jak fantastycznego faceta miała
tuż pod nosem.
-Anthony
do ciebie pisał?
-Tak,
wysłał
mi prezent- szesnastolatka wzruszyła
ramionami. -Zaprosił mnie
do siebie któregoś dnia.
-To
dobrze.
-Mogę
mieć pytanie? Dotyczące
właśnie
ciebie i taty?- mama nie spodziewała
się tego pytania, ale
mimo to przytaknęła.
Zawsze rozmawiały o
wszystkim, będąc
bardziej przyjaciółkami
niż matką
oraz córką. Być
może dlatego, że
Pollard urodziła tak
młodo, lub dlatego że
wychowywała ją
sama, wykształciła
się między
nimi niesamowicie silna więź.
-Dawaj.
-Dlaczego
nawet nie próbowaliście
być razem? Czy to, że
był twoim wykładowcą
stanowiło aż
taką przeszkodę,
że uznaliście
że nie ma sensu się
starać, bo i tak jej nie
pokonacie, czy...?
Cerys
westchnęła, wbijając
spojrzenie w córkę.
-Zakochałaś
się, prawda?
-Niedaleko
pada jabłko od jabłoni.
Lily
naprawdę próbowała
skupić się
na książce i nie zwracać
uwagi na swoją siostrę
oraz jej narzeczonego. Nie zmierzała
psuć sobie świąt
ich obecnością,
dlatego wyczerpywała
wszelkie pokłady
uprzejmości jakie tylko
posiadała. Co nie
zmieniało faktu, że
Vernona nie dało się
lubić.
Nie
chodziło już
nawet o wygląd, choć
Ruda mogła się
założyć,
że za dziesięć
lat roztyje się do
rozmiarów małego
samochodu, a czubek jego głowy
rozbłyśnie
łysiną.
Bardziej przeszkadzało
jej to, jak nudy on był,
bez zainteresowań i
wyraźnie zarysowanych
cech charakteru. Nie akceptował
żadnych odstępstw
od normy, przez co mimowolnie zastanowiła
się nad jego reakcją,
gdyby postanowiła
przetrasmutować stolik
kawowy w małego
pekińczyka.
Nawet
jego oświadczyny były
idealnie poprawne, a przy tym całkowicie
sztampowe i nudne. Lily była
pewna, że gdyby James
Potter oświadczałby
się dziewczynie,
wykorzystałby całą
swoją kreatywność
i stworzyłby moment,
którego nie da się
zapomnieć.
Ale
dlaczego nagle wpadł jej
do głowy Rogacz?
Westchnęła przeciągle,
upijając łyk
gorącej czekolady. Może
dlatego, że był
najzabawniejszym i najbardziej pomysłowym
chłopakiem jakiego znała?
Albo dlatego, że stanowił
całkowite przeciwieństwo
Dursleya i synonim dla słowa
przygoda?
-Mamo-
wtrąciła
się w środek
jałowej rozmowy o
polityce, przez co Vernon obrzucił
ją oburzonym spojrzeniem.
-Będziecie źli,
jeżeli jutro po południu
odwiedzę przyjaciół?
-Oczywiście,
że nie- kobieta posłała
jej ciepłe spojrzenie.
-Możesz ich nawet
zaprosić do nas, jeśli
chcesz.
Cokolwiek.
Cokolwiek byle uciec od tej całkowicie
nienormalnej normalności.
-Chłopcy,
czy możecie się
proszę uspokoić!
Przewrócicie choinkę!-
zawołała
Euphemia, z rozbawieniem obserwując
goniącą
się po całym
domu trójkę mężczyzn.
-Fleamoncie! Ty powinieneś
być dorosłym!
-To
ich wina, kochanie- zatrzymał
się przy żonie
i objął ją
ramieniem, całując
w skroń, na co tylko
przewróciła oczami.
-Ależ
oczywiście, że
tak.
Przez
chwilę obserwowali
szesnastolatków, walczących
na niby na dywanie, których radosny śmiech
wypełnił
cały dom. Nie musieli nic
mówić, czuli dokładnie
to samo. Mieli rodzinę,
której tak bardzo chcieli. Dwójkę
wspaniałych synów, z
których byli niesamowicie dumni, nawet jeżeli
z jednym nie łączyły
ich więzy krwi. Mimo
mrocznych czasów byli zdrowi, szczęśliwi
oraz bezpieczni i rozkoszowali się
tym, nie wiedząc jak
długo ta sielanka może
potrwać.
-Myślisz,
że spodobają
im się prezenty?-
szepnęła Euphemia do
męża, nie chcąc
by gryfoni ją usłyszeli.
-Jamesowi
na pewno, od tygodnia nie mówi o niczym innym jak tej cholernej
miotle.
-Nie
o Jamesa się martwię,
jemu najłatwiej kupuje
się prezenty- westchnęła
kobieta. -Bardziej zastanawia mnie Syriusz.
-Popłacze
się ze szczęścia-zapewnił
ją Fleamont, po czym
zmarszczył brwi. -Ale
przysięgam, że
jak się rozbije na tym
cholernym motorze, to go zamorduję!
Była
już prawie północ,
kiedy ktoś zapukał
do drzwi gabinetu Szefa Biura Aurorów, Alastora Moody'ego. Mężczyzna
machinalnie sięgnął
po swoją różdżkę,
co może podchodziło
pod chorobę zawodową,
ale kto na Merlina mógłby
odwiedzać go o tej porze?
Spokojnie
i powoli podszedł do
drzwi, które następnie z
impetem otworzył,
podtykając magiczny patyk
pod gardło intruza.
-Widzę,
że jak zawsze w formie-
Adam uniósł do góry
prawą brew, całkowicie
niewzruszony zagrożeniem
w jakim się znalazł.
-Grant!
Co ty tu robisz?
Sam
nie wiedział. Mógł
zostać w Hogwarcie, z
pozostałymi
nauczycielami, lub pojechać
do Matildy, która przecież
życzliwie go zapraszała.
Jego rodzice z pewnością
również ucieszyli by się
z wizyty, ale on nie czuł
by się tam zbyt dobrze.
Nie potrafił znaleźć
sobie miejsca.
-Wiedziałem,
że będziesz
siedział sam w biurze.
Uznałem, że
dotrzymam ci towarzystwa.
Starszy
mężczyzna spojrzał
na niego czujnie, doskonale wiedząc,
że za wizytą
kryje się znacznie
więcej, ale znał
chłopaka na tyle, by nie
naciskać.
-Jak
w Hogwarcie?
-Spokojnie.
Od zeszłego raportu nic
się nie zmieniło.
-A
u ciebie?
-Jest
w porządku.
Moody
otworzył szafkę
biurka, następnie
wyciągając
z niej butelkę pitnego
miodu i dwa kieliszki. Do każdego
z nich nalał szczodrą
dawkę alkoholu.
-Wesołych
świąt.
-Wesołych.
Byli
do siebie podobni, może
właśnie
dlatego tak świetnie się
dogadywali. Oboje ambitni, nastawieni bardziej na karierę
niż zakładanie
rodziny, z misją i
powołaniem do
wypełnienia. To właśnie
Moody dostrzegł go
pierwszego dnia szkolenia i uczynił
z niego autorytet, którym teraz był.
Dopóki Adam nie dostał
własnego oddziału,
przez dwa lata ściśle
współpracowali, co
sprawiło, że
obaj mężczyźni
znali się na wylot. I
właśnie
dlatego Alastor musiał
zapytać:
-Co
cię gryzie?
Grant
westchnął, wbijając
spojrzenie w teraz już
puste szkło.
-Nie
mogłem jechać
do Tildy. Nieobecność
Freddiego byłaby tam zbyt
zauważalna. Hogwart z
kolei wydawał mi się
zbyt przygnębiającą
alternatywą, a
rodzice...Wypytywali by mnie o małżeństwo
i dzieci, a na to w tym momencie mam najmniejszą
ochotę.
Przez
chwilę Moody wpatrywał
się w niego swoim czujnym
spojrzeniem, walcząc z
niewielkim sentymentalnym uciskiem w żołądku.
Nagle dostrzegł w aurorze
tego siedemnastolatka, którym był,
kiedy się poznali.
-A
niech mnie- uśmiechnął
się krzywo. -Zakochałeś
się!
Grant
otworzył szeroko oczy,
zaskoczony słowami
przyjaciela.
-Co?
Nie!
-Daj
spokój- szef biura był
wyraźnie rozbawiony. -Nie
sądziłem,
że doczekam tego dnia!
Kim ona jest?
-Nikim-
burknął niezadowolony
brunet. Nie sądził,
że tak łatwo
przyjdzie mężczyźnie
dojście do prawdy. Musiał
naprawdę popracować
nad swoją kamienną
twarzą, która na samą
myśl o Cathy, znikała
równie szybko jak muffiny czekoladowe na śniadaniu.
-No
dawaj- Alastor zdecydowanie za dobrze się
bawił. -To jakaś
nauczycielka?
-Nie.
-Ktoś
z Hogsmeade?
-Nie.
Wpatrywał
się w aurora, który był
jednym z najbardziej bystrych i inteligentnych ludzi jakich znał.
Dobrze wiedział, że
szybko zrozumie sytuację
i faktycznie, po chwili na twarzy przyjaciela pojawiło
się zrozumienie.
-Uczennica!
-zawołał,
po czym wybuchnął tak
głośnym
śmiechem, że
Adam niemal podskoczył
przestraszony na fotelu.
-Cicho
siedź- warknął,
marząc o tym aby zniknąć.
-Och,
to zbyt dobre- chichotał
Alastor, ocierając łzy
z oczu. -Adam Grant złamał
zasady!
-Nic
nie złamałem!-
zaprzeczył szybko,
zamierzając natychmiast
wyjaśnić
sytuację. -Do niczego nie
doszło. Po prostu...Sam
nie wiem.
Alastor
rozsiadł się
wygodnie na swoim miejscu i machnął
dłonią,
sugerując mu
kontynuowanie wypowiedzi.
-Wyrzuć
to z siebie.
-Jest
postrzelona. Nie ma szacunku do starszych, jest przekonana o własnej
fantastyczności i zawsze,
ale to zawsze robi to, co chce i nic jej nie obchodzi, że
nie powinna. I nie rozumie nie, nawet powtarzanego milion razy. Uważa
się za niesamowicie
piękną,
przez co uważa, że
każdy tylko marzy by na
niego spojrzała. I okej,
faktycznie jest piękna,
naprawdę, Al. Te włosy,
oczy, uśmiech,
nogi..Merlinie, te nogi! Ale nieważne,
to i tak nie daje jej prawa do oczekiwania uwielbienia. A jeżeli
czegoś chce, to nie
zwraca uwagi na nic, choć
przecież nie wszystko na
świecie jest proste i
łatwe. Czasem trzeba być
odpowiedzialnym i spojrzeć
na to co dookoła...
-Merlinie-
Moody uśmiechnął
się krzywo. -Chyba przez
całą naszą
znajomość nie
powiedziałeś
do mnie tyle słów naraz.
Adam
poczuł silną
ochotę, aby go uderzyć,
jednak zamiast tego po prostu westchnął.
-Wiem,
że to nie możliwe,
tylko że...myślę
o niej, okej? Dobrze wiesz, że
nie jestem fanem zostawania zbyt długo
w jednym miejscu, ale ona sprawia, że
zaczynam się nad tym
zastanawiać. I uwielbiam
z nią rozmawiać.
Rozśmiesza mnie, zawsze
poprawia mi humor...
-Wpadłeś.
Tak konkretnie. I to w niezłe
gówno.
Grant
sam nie mógłby tego
lepiej podsumować.
-Dzięki,
Al.
-Nie
ma za co.
-I
co ja mam teraz zrobić?
Moody
po raz kolejny nalał do
kieliszków miodu, który szybko wypili.
-Mam
ci odpowiedzieć jako
przyjaciel czy szef?
Młodszy
auror jęknął
głośno,
ukrywając twarz w
dłoniach.
-Odpowiedzi
bardzo się różnią?
-Jako
przyjaciel mówię ci:
spróbuj. Znam cie od kilku lat i to pierwszy raz, gdy widzę
cię w takim stanie-
zachichotał. - To może
się już
więcej nie powtórzyć.
-A
jako szef?
-Masz
zadanie do spełnienia i
na nim powinieneś się
skupić. Poza tym, nawet
jeśli jesteś
w zamku z ramienia Biura, to i tak jesteś
nauczycielem.
-Wiem.
-Dałem
ci dwie rady. Sam wybierz, z której skorzystasz.
Kiedy
Lily pojawiła się
w drzwiach Potterów, tak uroczo zmarznięta
i pokryta śniegiem, James
uznał, że
oto widok, na który mógłby
patrzeć latami, a nadal
by mu się nie znudził.
Ciemnozielona gruba czapka z wełny
idealnie podkreślała
głęboki kasztanowy
odcień włosów
dziewczyny, a zaczerwienione policzki sprawiały,
że wyglądała
przecudownie czarująco,
aż miał
ochotę zamknąć
ją w swoich objęciach
i nie wypuszczać. Zamiast
tego zdecydował się
jednak na inną opcję.
-Evans,
cholera! Jak ty wyglądasz?
Do środka, szybko! Zaraz
zrobię ci herbaty.
Uśmiechając
się do niego z
wdzięcznością,
przekroczyła próg domu,
wzdychając z rozkoszą,
kiedy owiało ją
ciepłe powietrze.
-Powiedziałam
w Błędnym Rycerzu, że
mogą mnie wyrzucić
na początku wioski. Nie
spodziewałam się,
że jest aż
tak zimno, a nie chciałam
robić problemu.
Cała
Lily, pomyślał,
kręcąc
głową
z dezaprobatą. Będzie
chora, ale najważniejsze,
że autobus nie musiał
nadrabiać dla niej drogi.
-Jesteś
niereformowalna. Chodź do
salonu.
Tam
przy kominku wylegiwał
się Syriusz, brzdękając
coś na gitarze, który
jednak na widok dziewczyny szybko poderwał
się i chwycił
ją w objęcia.
-Lily!
Nie spodziewałem się,
że przyjedziesz.
-Miałam
wybór- wzruszyła
ramionami. -Wy albo moja siostra ze swoim narzeczonym. To było
proste.
-Twoja
siostra się zaręczyła?-
zdziwili się
jednocześnie, na co Ruda
tylko machnęła ręką.
-Vernon
jest nudniejszy niż
profesor Binns, przysięgam.
Na dodatek Tunia wyjątkowo
mocno dała mi odczuć,
że gdyby nie rodzice,
najchętniej w ogóle nie
zaprosiłaby mnie na ślub.
Wolałam się
więc ewakuować,
zamiast psuć jej humor
swoją obecnością.
James
objął ją
ramieniem, w które chętnie
się wtuliła.
Był taki ciepły,
a ona nadal cała
zmarznięta. Poza tym po
przebywaniu tyle czasu w obecności
Petunii, potrzebowała
odrobiny życzliwości.
-Cóż,
najważniejsze, że
jesteś- stwierdził
Syriusz, z zadowoleniem wpatrując
się w parę.
-Pani Potter! Mamy gościa!
W
drzwiach prowadzących do
kuchni pojawiła się
Euphemia, wycierając
dłonie w kwiecisty
fartuch.
-Kto
przy...Lily, kochanie! Dzień
dobry!
-Dzień
dobry- poczuła się
odrobinę niezręcznie,
kiedy kobieta podbiegła
do niej i serdecznie ją
przytuliła. -Mam
nadzieję, że
nie przeszkadzam?
-Oczywiście,
że nie. Co ty wygadujesz?
James zrób jej herbaty, jest strasznie zziębnięta.
Okularnik
zasalutował, puścił
dziewczynie oczko, a następnie
pobiegł do kuchni,
machając niewidzialną
peleryną niczym
superbohater. Kretyn, pomyślała
z czułością.
-Co
u ciebie? - Euphemia wskazała
jej miejsce na kanapie, sama siadając
w fotelu. -Jak szkoła?
-Wszystko
dobrze, proszę pani. Jest
ciężko, ale jakoś
daję radę.
Syriusz
prychnął rozbawiony,
posyłając
jej potępiające
spojrzenie.
-Nie
bądź
taka skromna, Evans. Jak co roku jest najlepsza w klasie. O ile nie w
całej szkole.
-Gratulacje!
Może wywrzesz jakiś
impakt na tej dwójce- kobieta zaśmiała
się wskazując
na Blacka.
-Obawiam
się, że
skoro Remus poległ, to ja
nawet nie mam po co próbować.
-Kochanie-
Pani Potter uśmiechnęła
się tajemniczo. -Nawet
Remus nie ma pewnej znaczącej
zalety, jaką jest magia
kobiety, zapamiętaj to
sobie- Lily zachichotała,
kiedy Łapa przewrócił
oczami na słowa
przybranej mamy, a ona uderzyła
go za to w potylicę. -Nie
śmiej się,
nie śmiej. Jeszcze kiedyś
się przekonasz. No
dobrze, zostawię was,
pewnie chcecie pogadać.
Lily, zjesz z nami obiad? Cyres i Catherine również
przyjdą.
-Bardzo
chętnie Pani Potter,
jeśli nie sprawię
problemu.
-Och,
jesteś tak dobrze
wychowana. Przy Jamesie i Syriuszu można
się od tego odzwyczaić-
zignorowała oburzonego
Blacka i posyłając
rudowłosej ostatni
uśmiech zniknęła
ponownie w kuchni. W przejściu
minęła się
z Jamesem, który próbował
unieść tacę
z herbatą i przy okazji
nic nie rozlać.
-Twoja
mama jest rewelacyjna- stwierdziła
Lily, z zachwytem zauważając
dumę pojawiającą
się na jego twarzy.
-Wiem.
Lubiła
kiedy chłopcy doceniali i
szanowali rodzinę. Nigdy
nie pociągali ją
ci buntownicy bez powodu, którzy tak po prostu lubili uprzykrzać
rodzicom życie.
Oczywiście nie wliczała
w to Syriusza, jego sytuacja była
całkowicie
usprawiedliwiona.
-Napiszę
do Cathy że jesteś-
Black wyskrobał parę
niewyraźnych wyrazów na
niewielkiej kartce, którą
następnie wrzucił
do kominka razem z proszkiem fiuu. -Może
raczy ruszyć swój
szanowny tyłek trochę
szybciej.
-Idziemy
do mnie? - zaproponował
Rogacz. -Tam będziemy
mogli w spokoju pogadać.
Ruszyli
schodami do pokoju chłopaka,
a Evans zaskoczyła samą
siebie, odczuwając
pewnego rodzaju podekscytowanie myślą,
że zobaczy jego
sypialnię. Przecież
wielokrotnie bywała w ich
dormitorium. Wiedziała,
że będzie
miał plakaty z drużynami
quidditcha na ścianie
oraz bałagan
charakterystyczny dla szesnastolatków. Spodziewała
się porozrzucanych
książek oraz płyt,
ciemnych mebli, ponieważ
James tak je lubił, a
także pościeli
w kolorach Gryffindoru. I faktycznie to wszystko zastała.
Ale i tak odebrała to
zupełnie inaczej niż
jego pokój w Zamku. Bardziej...intymnie.
Przez
chwilę zastanawiała
się gdzie usiąść,
jej spojrzenie zdecydowanie zbyt długo
zatrzymało się
na łóżku,
aż w końcu
zajęła miejsce na
krześle.
-Jak
święta,
Evans?- Łapa naprawdę
traktował dom Potterów
jak własny i teraz
również swobodnie
rozłożył
się na kanapie stojącej
pod oknem. -Fajne prezenty?
-Całkiem,
całkiem- przytaknęła.
Jej rodzice naprawdę się
postarali, aż poczuła
wyrzuty sumienia ile na nią
wydali, jednak oboje zgodnie stwierdzili, że
skoro nie rozpieszczają
jej przez cały rok, mogą
to zrobić chociaż
w święta.
-A wasze?
-Nawet
nie zaczynaj...-jęknął
James, niestety za późno.
Syriusz tylko na to czekał.
-Dostałem
motor, Ruda! Prawdziwy, niesamowity motor, który jest niemal tak
piękny jak ja.
-Prawie
się popłakał
-jego przyjaciel zaśmiał
się głośno,
za co został znokautowany
poduszką. -Hej!
-Sam
niemal zemdlałeś
na widok tej swojej disignerskiej miotełki.
Przez
chwilę żartowali
i rozmawiali o wszystkim co przyszło
im na myśl, chociaż
przecież nie widzieli się
raptem dzień. Lily,
jeżeli wcześniej
nie była tego pewna,
szybko uznała, że
przyjechanie do Doliny Godryka było
naprawdę dobrym pomysłem.
Zapomniała o swojej
okropnej siostrze oraz jeszcze bardziej okropnym przyszłym
szwagrze, rozkoszując się
jaśminową
herbatą oraz towarzystwem
dwójki Huncwotów.
-Witajcie,
kochani!- drzwi otworzyły
się z hukiem i stanęła
w nich Cathy, kłaniając
się teatralnie. -Oto
przybyłam. Wiem, nie
mogliście się
doczekać.
-Skończyłaś?-
Łapa obrzucił
ją znudzonym spojrzeniem.
-Mamy newsy i czekaliśmy
na ciebie, żeby je
opowiedzieć.
Przewróciła
oczami, po czym zrzuciła
jego nogi z kanapy, zajmując
miejsce, które w ten sposób się
zwolniło.
-No
to mówcie. Co jest takiego ważnego?
James
szybko streścił
im to, czego dowiedzieli się
poprzedniego dnia od Euphemii, a kiedy skończył
obie dziewczyny wpatrywały
się w niego ze
zdziwieniem.
-To
musiało być
dla niego straszne- rudowłosa
zakryła usta ręką,
nie będąc
w stanie wyobrazić sobie
co musiał czuć
profesor. Cathy dziwnie zamilkła,
wpatrując się
w widok za oknem.
-Teraz
już wiemy dlaczego tak
rzadko się uśmiecha
i żartuje. No i o co
chodzi z tą jego obsesją
na punkcie zasad- westchnął
Potter. -Ciekawi mnie jednak co takiego jest w tej przepowiedni, że
była tak ważna.
Wiemy, że broń,
owszem. Ale jaka?
Na
to pytanie żadne z nich
nie znało odpowiedzi.
Przez
chwilę siedzieli w ciszy,
aż z dołu
odezwał się
głos Cerys.
-Dzieciaki,
Euphemia każe wam zejść
na dół! Obiad gotowy!
Wymienili
spojrzenia, a następnie
pogrążeni w myślach,
dołączyli do dorosłych
w jadalni, udając że
nic ich nie trapi.
Wesołych Świąt, kochani! Dużo miłości, szczęścia oraz marzeń <3 Mam nadzieję, że spędzicie cudowne dni w rodzinnej, ciepłej atmosferze. Love ya!