niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział 3: Potrzebuję twojej pomocy!

   Dumbledore odłożył najnowszy numer Proroka Codziennego na stół, przenosząc spojrzenie na stojącego przed nim profesora. Mężczyzna wyglądał na zdecydowanego i gotowego kłócić się o sprawę, uświadamiając dyrektorowi, że z góry znalazł się na przegranej pozycji.
   - Oni muszą potrafić się bronić! - Grant stwierdził rzecz oczywistą, więc Albus pokiwał głową.
   - To zrozumiałe, ale od tego przecież są twoje zajęcia.
   - To nie wystarczy! - Adam stanowczo pokręcił głową. Stał wyprostowany oraz spokojny i tylko dłonie zaciśnięte w pięści, jakkolwiek pokazywały jego zaangażowanie w dyskusję. Dumbledore nie mógł nie zauważyć ogromnej różnicy, jaka dokonała się w chłopaku przez te kilka lat, które minęły od skończenia przez niego Hogwartu. Zawsze był wesoły, skory do żartów i lubiany przez większość szkoły. Teraz jednak zmienił się w posąg, który rzadko odkrywał karty i wolał zatrzymywać sekrety dla siebie. Nawet zachowując się swobodnie, utrzymywał dystans, nieustannie przygotowany na atak czy obronę. Oczywiście Albus zdawał sobie sprawę, że po takich przeżyciach jakie miał na swoich barkach chłopak, było to całkowicie normalne. Jednak nadal...szkoda. - Ja tam byłem, na zewnątrz. Walczyłem z wyznawcami tego świra. To nie skończy się tak po prostu. To nie jest nawet początek. Będzie coraz gorzej...
   Nie mówił niczego, z czego Dumbledore nie zdawałby sobie sprawy. Tom nie próżnował i stawał się coraz bardziej niebezpieczny, zbierając coraz większą ilość oddanych popleczników, zwłaszcza wśród młodych i zbuntowanych dziedziców szanowanych rodów. Właśnie dlatego do szkoły został przysłany auror. Miał obserwować uczniów i dowiedzieć się czegoś o systemie werbowania nowych członków. Ale on nie chciał tylko spełniać misji, naprawdę czuł, że powinien przygotować ich na wszystko co czeka poza murami zamku.
   - Hogwart to bezpieczne miejsce - westchnął dyrektor. - Jest jeszcze wcześnie, nie musimy ich straszyć i odbierać im tego poczucia...
   - Teraz nigdzie nie jest bezpiecznie - Adam pokręcił głową. Podszedł do okna wychodzącego na błonie i zapatrzył się na horyzont. - Nigdy nie wiemy, kiedy zaatakują. Dzieciaki powinny być wyszkolone.
   Jego wzrok spoczął na trzech niewielkich postaciach, biegających dookoła jeziora. Nie musiał specjalnie się wysilać, by wiedzieć kim one były. James Potter, zdecydowanie wyprzedzający pozostałą dwójkę, wyraźnie wziął sobie do serca jego słowa. Catherine również poznał natychmiast, po tych ciemnych, gęstych włosach, które wyróżniały ją spośród tłumu innych dziewczyn i nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu. Nie spodziewał się, że akurat ona postanowi przyłożyć się do swojej formy. Widać wyciągnęła lekcję z nauczki, jaką jej dał. Nad trzecią osobą zastanowił się trochę dłużej, aż w końcu ze zdziwieniem przypomniał sobie o niskim chłopcu, zazwyczaj pojawiającym się w towarzystwie Pottera, Blacka i Lupina. Jak on się nazywał? Peterson? Pettigram? On też był sporym zaskoczeniem, ale Grant poczuł w jego kierunku nagły przypływ sympatii. Na zajęciach wyraźnie odstawał od reszty i mógł go tylko pochwalić za chęć odrobienia braków w czasie wolnym. Był z nich dumny.
   Właśnie takie dzieciaki chciał chronić. Zasługiwały na to.
   - W porządku, Adam – Dumbledore skinął poważnie głową. - Jak by to miało wyglądać?
   Czując w ustach smak wygranej, auror zajął miejsce naprzeciwko dyrektora i z pasją zaczął opowiadać o swoim pomyśle. Jeszcze nie tak dawno Hogwart wydawał mu się najgorszą karą i miejscem wygnania, ale teraz musiał oddać Moody'emu słuszność tej decyzji. Może Alastor wiedział co robi. Mimo, że Grant nie marzył o niczym innym jak o ponownym znalezieniu się na polu walki, odczuwał pewną przyjemność i satysfakcję, kiedy nauczał młodych czarodziejów obrony przed ciemnymi mocami. Co zaskakiwało go jeszcze bardziej: był w tym dobry. Uczniowie go lubili, a on, z pewnymi wyjątkami, ich również.
   - To nie będą częste spotkania, dwa lub trzy razy w miesiącu, bo przecież nauka jest najważniejsza, zwłaszcza dla ostatnich klas...
   Przez moment Albus dostrzegł w chłopaku, tego siódmoklasistę sprzed paru lat, więc uśmiechnął się dobrodusznie i z zadowoleniem przytakiwał każdemu słowu. Być może nie zmienił się tak bardzo, jak sądził, a nawet jeśli, to był na najlepszej drodze by wrócić do dawnego siebie.


   - Panie Black! - McGonagall stanęła nad ławką gryfonów i wbiła zmęczone spojrzenie w ciemnowłosego chłopaka. Ten uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby długości przedramienia, a wszyscy obecni w klasie zachichotali na ten widok. - Transmutacja ludzka to nie są żarty!
   Chłopak przewrócił oczami i leniwie machnął różdżką. Nauczycielka obserwowała jak ciało gryfona z łatwością wraca do poprzedniego stanu, niepewna czy zasłużył na dodatkowe punkty czy szlaban. W końcu burknęła coś niezrozumiałego pod nosem i odeszła w kierunku katedry, a zadowolony Syriusz przybił Jamesowi piątkę.
   Lily wpatrywała się w Blacka ze zmrużonymi oczami, aż w końcu odwróciła się do Cathy.
   - Dlaczego jemu to wychodzi?
   Brunetka podniosła głowę znad pergaminu, na którym znajdowało się wszystko oprócz notatek z lekcji i westchnęła.
   - Z czego jak z czego, ale z transmutacji są dobrzy. Przetraw to jakoś.
   Niestety, Lily nie potrafiła. Gdyby byli najlepsi z czegoś, co jej samej nie sprawiało problemów, może dałaby radę to zaakceptować. Jednak przedmiot McGonagall był jej piętą achillesową i nienawidziła tego pełnego satysfakcji uśmieszku Syriusza, który zawsze jej posyłał.
   - Spokojnie, Evans – Potter obrócił się do tyłu, by znaleźć się twarzą w twarz z rudowłosą. - Jedna lekcja ze mną i zostaniesz mistrzem transmutacji.
   Dziewczyna uniosła brew w powątpiewającym geście, ale nie skomentowała. Przez resztę lekcji całą grupą próbowali w parach zmienić swoje kolory włosów, co skończyło się narzekającym na ból głowy Syriuszem. Wychodząc z sali, Cathy nadal chichotała, mając przed oczami widok rudego Łapy, który dostaje od wściekłej Lily z podręcznika.
   - Panie Lupin! Potter! Tak, Black, ty też możesz zostać! - głos nauczycielki transmutacji zatrzymał Huncwotów, którzy wymienili zaskoczone spojrzenia.
   - Nic nie zrobiliśmy! – odezwał się James, kiedy tylko podeszli do biurka profesor.
   - Wiem o tym – westchnęła kobieta, wbijając w nich przenikliwe spojrzenie. - Chciałam was tylko poprosić, abyście poświęcali więcej uwagi panu Pettigrew.
   Tego się nie spodziewali.
   - To dobry chłopak, ale potrzebuje więcej pracy niż wasza trójka. Dlatego ograniczcie wciąganie go w wasze durne pomysły i pozwólcie skupić się na nauce, a najlepiej sami mu pomóżcie.
   - Dla pani profesor wszystko - Syriusz zabłysnął swoim słynnym uśmiechem, który zawsze sprawiał, że kobietom miękły kolana. - Jednak Peter jest jednym z nas i wątpię, czy będzie chciał trzymać się z dala od tych...Jak to pani nazwała?
   - Durnych pomysłów – podpowiedział mu Remus, następnie zwracając się w stronę nauczycielki. - Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby Peter się poprawił. Ma pani nasze słowo.
   - Słowo huncwotów? - mimo usilnych starań, McGonagall nie mogła powstrzymać lekkiego rozbawienia. - Ono jest cokolwiek warte?
   - Pani profesor! - oburzył się James, teatralnie łapiąc się za serce. - Jest warte więcej niż czyjekolwiek inne!


   - To chyba nie jest dobry pomysł.
   Cathy podniosła wzrok znad podręcznika do Obrony Przed Czarną Magią i obdarzyła ją potępiającym, znudzonym spojrzeniem. Lily mimowolnie uniosła brew w wyrazie zaskoczenia. Jeszcze nigdy nie widziała by jej przyjaciółka tak bardzo przykładała się do jakichkolwiek zajęć.
   - Niby dlaczego nie?
   - To czas spędzony z Potterem. Sam na sam! - jęknęła, siadając na łóżku i czując, że nie ma ochoty opuszczać dziś dormitorium. Splotła ręce na kolanach.
   - To tylko wspólna nauka - Cathy przewróciła teatralnie oczami. - Powiedziałaś mu, że ma się nie spodziewać randki, więc...
   - Nie mam sobie nic do zarzucenia, jasne- Ruda brzmiała nad wyraz lekceważąco. - Ale co sobie inni pomyślą, jak nas zobaczą? Poza tym ja mu sama tworzę okazję do popisywania się! - prychnęła. - Wielki James Potter, najlepszy we wszystkim i urodzony w szczęśliwym czepku!
   - Że co? - Cathy zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc potok słów przyjaciółki. Lily często rzucała mugolskimi powiedzeniami, które brunetce wydawały się całkiem bezsensowne. - Nieważne. Stało się, więc się nie odstanie. Bądź gryfonką, nie tchórzem.
   Odwołanie się do największej cnoty Godryka Gryffindora trochę pomogło i nie bez zbędnych westchnień, w końcu zdecydowała się zejść do Pokoju Wspólnego. James jak gdyby nigdy nic siedział w towarzystwie przyjaciół przy kominku, rozmawiając i żartując. Kierowany nagłym impulsem spojrzał w stronę dziewczyny, zupełnie jakby posiadał radar informujący go, gdy Lily pojawi się w zasięgu wzroku. Natychmiast uśmiechnął się, a jego prawa ręka powędrowała do rozwichrzonych włosów, robiąc w nich jeszcze większy bałagan. Evans poczuła się nieswojo, jednak mimo to wyprostowała się dumnie i podeszła do Huncwotów, starając się sprawiać wrażenie swobodnej i wyluzowanej. Specjalnie odmówiła sobie strojenia, by Potter nie pomyślał, że jej zależy. W rozciągniętym swetrze i dresowych spodniach wyglądała na dwa razy mniejszą niż była w rzeczywistości, całkowicie zrezygnowała z makijażu, a rude pukle zaplotła w dwa luźne warkocze. Nie sądziła, by komukolwiek mogła się spodobać w takim wydaniu.
   Ale James właśnie taką uwielbiał ją najbardziej. Czuł, że jest wtedy bardziej realna i bliższa, niż ten ideał, na który pozowała każdego dnia.
   - Gotowa na lekcje z Mistrzem Transmutacji? - uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że nie znosiła, kiedy się popisywał, ale to było silniejsze od niego. Pomijając już fakt, że oczywiście był najlepszy i nikt nie mógł temu zaprzeczyć, to obecność Rudej zawsze sprawiała, że gadał głupoty. No i mimo wszystko miał słabość do jej zaczerwienionych z wściekłości policzków i błyszczących oczu.
   - Doskonale dałabym sobie radę sama - burknęła, zaciskając dłonie na podręczniku od transmutacji. Huncwoci przezornie wstali i oddalili się, pozostawiając ich samych. Syriusz przechodząc obok Lily poklepał ją po ramieniu w ramach wsparcia.
   - Och, czyli nie potrzebujesz mojej pomocy? W porządku - James postanowił ją podrażnić i również wstał, zupełnie tak jakby chciał odejść wraz z przyjaciółmi. - A powiedz, wyszło ci już to ostatnie zaklęcie z zajęć? Podobno w zeszłym roku pojawiło się na owutemach, a McGonagall ciągle powtarza jakie jest ważne...
   - Dobra - warknęła przez zaciśnięte zęby, doskonale znając cel chłopaka. Chciał ją zdenerwować, podkreślić o ile lepszy od niej jest i doprowadzić do szału. - Jak zwykle masz rację, królu zarozumialstwa – prychnęła, po czym ściszyła głos do szeptu. - Potrzebuję twojej pomocy.
   - Przepraszam, ale chyba nie zrozumiałem - uśmiechnął się niewinnie. - Powiedziałaś, że mam rację? Czekaj, czekaj...
   - Bardzo zabawne – założyła ręce na piersi, czując jak jej duma upada z hukiem na podłogę i rozsypuje się w drobny mak. - Potrzebuję twojej pomocy! - zawołała głośno a siedzący w Pokoju Wspólnym uczniowie posłali im zaciekawione spojrzenia.
   - Ach tak? A dlaczego? - zapytał chytrze. Lily poczuła falę emocji przepływającą przez jej ciało: dezorientację, wściekłość, chęć sięgnięcia po różdżkę, aż w końcu całkowitą rezygnację.
   - Bo jesteś najlepszy. Czy teraz możesz mi pomóc?
   - Jasne - tym razem jego uśmiech był naprawdę szczery i Ruda mimowolnie poczuła jak go odwzajemnia. - Pokazuj co tu masz.
   Ku zdziwieniu dziewczyny, James naprawdę przejął się swoją rolą. Spokojnie i cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zagadnienia oraz przedstawiał własne sposoby na skuteczniejszą naukę. Jak to on, co rusz żartował, ale nie były to złośliwe komentarze, a raczej wesołe historie z życia huncwotów. Po godzinie ostatnie zaklęcie nadal jej nie wychodziło, a brwi Jamesa były w dwóch różnych kolorach, jednak Evans czuła się o wiele lepiej.
   - Jesteś za bardzo skupiona- stwierdził chłopak, szturchając ją w ramię. - Nie myśl tak dużo! Pozwól, żeby to moc kierowała tobą, a nie odwrotnie.
   - Nie potrafię - uderzyła czołem w stolik, jęcząc przeciągle.
   - Poćwiczysz to i będzie w porządku.
   Posłała mu nieśmiały uśmiech, zbierając podręczniki. Zrobiło się już późno, a James miał jutro poranny trening.
   - Weź moje notatki. Powinny pomóc.
   - Jakoś nigdy nie zauważyłam żeby James Potter robił jakiekolwiek notatki – uniosła brew w powątpiewającym geście, a gryfon zaśmiał się głośno.
   - Niech ci będzie. Remus robi je dla nas wszystkich.
   Zatrzymali się przy schodach do damskiego dormitorium. Żadne z nich nie wiedziało jak się zachować, ale w końcu to Lily zrobiła pierwszy krok i krótko przytuliła Jamesa na pożegnanie.
   - Sama nie wierzę, że to mówię, ale całkiem niezły z ciebie nauczyciel - nawet nie zdawał sobie sprawy ile kosztowało ją wypowiedzenie tej uwagi. A jednak stwierdziła, że było warto, kiedy jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
   - Na tyle niezły, żeby się z nim umówić?- jak zwykle musiał mieć ostatnie zdanie. Ruda pokręciła z rozbawieniem głową i odwróciła się w kierunku schodów.
   - Dobranoc, Potter.
   - Dobranoc, Evans.


   - Mam coś dla was! - rzucił Grant, z rozmachem wchodząc do klasy. Trzasnął drzwiami i żwawym krokiem podszedł do swojego biurka, dopiero wtedy odwracając się i spoglądając na swoich uczniów. Mimo, że jeszcze sekundę temu byli pogrążeni w głośnych dyskusjach dotyczących swoich nastoletnich problemów, teraz wszyscy bez wyjątku wpatrywali się w niego z nieukrywaną ciekawością.
   - Niech to będzie jakiś fajny potwór - szepnął rozmarzony Syriusz, kładąc się ławce. - Dementor albo...
   - Nie mogą wpuścić dementora na teren Hogwartu - Lily przewróciła oczami. - Dumbledore nigdy by się na to nie zgodził...
   - A szkoda. Chciałbym zobaczyć takiego z bliska...- westchnął w odpowiedzi, przez co dziewczyna zachichotała cicho.
   - Jasne, i pokonać go swoim super patronusem, którego nie potrafisz wyczarować.
   Black obrażony odwrócił się w stronę profesora, całkowicie ignorując Evans i Cathy, przybijające sobie piątkę. Grant zerknął w ich stronę i uśmiechnął się lekko. Jego słuch absolutny był czasem bardzo denerwującą cechą. Sięgnął po pergamin leżący na biurku i sprawnie coś na nim wykaligrafował. Odprowadzany zainteresowanymi spojrzeniami, podszedł do drzwi i przywiesił na nich kartkę, widocznie zadowolony sam z siebie.
   - Klub Pojedynków!
   To wywołało falę podnieconych szeptów, których nauczyciel nawet nie starał się uciszać. Zadowolony z siebie rozejrzał się po sali, by dostrzec, że tylko jego ulubieńcy nie wyglądali na podekscytowanych. Huncwoci wymienili z dziewczynami znaczące spojrzenia. Jasne, okazja do walki i ćwiczeń była czymś fajnym i normalnie chętnie by się z tego cieszyli. Jednak doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie jest tylko forma zajęcia ich czasu. Robiło się coraz gorzej, coraz bardziej niebezpiecznie.
   - Wszystko w porządku? - Grant zbliżył się zajmowanych przez gryfonów ławek.
   - Naprawdę jest tak beznadziejnie? - burknął Lupin, całkowicie zaskakując profesora.
   - Nie to tylko...
   - Panie profesorze -przerwała mu Lily. - Nie jesteśmy dziećmi.
   Westchnął przeciągle, przypominając sobie słowa dyrektora z pierwszej lekcji: „są sprytniejsi niż nam się wydaje”.
   - Chcę, żebyście potrafili się obronić. To chyba nic złego, no nie?
   Niechętnie skinęli głowami, postanawiając jednak zachować czujność. Mieli dość dorosłych, którzy uważali, że wojna nie była ich sprawą. Przecież było dokładnie odwrotnie! To ich życie, marzenia i plany na przyszłość miały zostać przez nią zniszczone. Grant zaczął opowiadać o funkcjonowaniu klubu, ale oni słuchali tylko jednym uchem, każdy pogrążony we własnych myślach. James obiecał sobie, że w następnym liście do rodziców, wypyta o sytuację poza zamkiem. Kątem oka zerknął na Rudą, która wyglądała na najbardziej przerażoną. Nie dziwił się. Była najbardziej zagrożona z całej ich grupy, choć chłopak nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł chcieć ją skrzywdzić.
   - Hej, Evans - posłał jej jeden ze swych najbardziej olśniewających uśmiechów. - Będzie dobrze.
   - A jak nie? Wy może nie musicie się martwić, ale ja jestem z rodziny mugolskiej i...
   - Spokojnie. Żadne z nas nie dopuści, by komukolwiek się coś stało.
   I być może zabrzmiało to jak czcze zapewnienia, słowa luźno rzucone tylko po to by poprawić humor, jednak mimo wszystko Lily poczuła się o wiele lepiej.


   Cathy po raz kolejny tego wieczoru zerknęła w kierunku Huncwotów i zmrużyła oczy. Próbowała skupić się na podręczniku do opcm, ale grupa gryfonów skutecznie jej to utrudniała. W końcu ze złością zamknęła książkę.
   - Nie uważasz, że oni coś kombinują?
   Lily nawet nie oderwała wzroku od swojego eseju z eliksirów. Doskonale wiedziała kogo ma na myśli jej przyjaciółka, a świat profesora Slughorna jak zwykle pochłonął ją całkowicie.
   - Oni zawsze coś kombinują.
   Faktycznie, podejrzane powinno być to, że tak długo zachowywali się spokojnie. Pollard zmarszczyła brwi, obserwując jak przyjaciele pochyleni nad pergaminem, toczą zażartą dyskusję. Tylko Peter siedział odrobinę z boku, otoczony podręcznikami i notatkami, przypominając jej, że ona także powinna wrócić do rozdziału o chimerach.
   - Niech robią co chcą - burknęła w stronę Evans. - Ale jeżeli zrobią coś mi, to się zemszczę.
   Oni jednak nie mieli takiego zamiaru, wpatrując się w mapę i ustalając plan dostania się do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Mieszkańcy domu węża byli z pewnością ulubionymi celami grupy chłopców i żaden żart na początek roku nie mógł zostać skierowany gdziekolwiek indziej.
   - Trzeba poznać hasło, ale to nie powinno być nic trudnego - mruknął Remus, zaznaczając na pergaminie miejsce docelowe. - Wystarczy wziąć pelerynę i posiedzieć przy wejściu kilka minut.
   - Ty i Rogacz wchodzicie, a ja i Peter zostaniemy na czatach...- pokiwał głową Black.
   - Czy teraz mogę już dołączyć do narady? - jęknął Pettigrew, wymachując gotowym wypracowaniem. - Skończyłem.
   James chwycił pergamin i szybko przebiegł wzrokiem po tekście. Po chwili oddał go przyjacielowi.
   - Końcówka do bani.
   Chłopak mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, wywołując wyrzuty sumienia u przyjaciół.
   - Daj spokój, Glizdek – Remus szturchnął go w ramię. - McGonagall się wkurzy, jak nie dostaniesz dobrej oceny. Poza tym akurat transmutacja jest dość potrzebnym przedmiotem. Robimy to dla ciebie.
   - Wiem - westchnął chłopak, ale w jego głosie nadal było słychać gorycz. - Po prostu nie lubię, kiedy mnie tak odsuwacie.
   - Nikt cię nie odsuwa - Łapa przewrócił teatralnie oczami, zostając natychmiast popartym przez Jamesa.
   - Jesteś jednym z nas. I dlatego się o ciebie martwimy.
   To trochę poprawiło Peterowi humor. Do dziś nie mógł uwierzyć, jak udało mu się zaprzyjaźnić z tymi chłopcami. Być może przy nich nikt nie zwracał na niego uwagi, być może stał trochę w cieniu, ale nie obchodziło go co myślała reszta, dopóki oni sprawiali, że czuł się chciany i wyjątkowy. Kto by pomyślał kilka lat temu, że będzie należał do jednej z najbardziej popularnej grupy w szkole? Z pewnością nie on. Ich przyjaźń była dla niego najcenniejsza.

8 komentarzy:

  1. "- Słowo huncwotów? - mimo usilnych starań, McGonagall nie mogła powstrzymać lekkiego rozbawienia. - Ono jest cokolwiek warte?
    - Pani profesor! - oburzył się James, teatralnie łapiąc się za serce. - Jest warte więcej niż czyjekolwiek inne!"
    To mnie chwyciło za serce - James mnie chwycił za serce! Tak samo tym rozmyślaniem, że Lily w wyciagniętym swetrze i w dresie jest lepsza niż ta, którą na co dzień się kreuje. "tym razem jego uśmiech był naprawdę szczery i Ruda mimowolnie poczuła jak go odwzajemnia" ona już go kocha. To takie smutne, że pewnie jeszcze długo będziemy musieli czekać na ich schadzkę. Coś czuję, że to nie pójdzie tak szybko...
    Ogólnie, przez Twoje posty jestem przerażona mijającym czasem. Byłam w szoku, że już dwa tygodnie minęły od ostatniego rozdziału... To jest straszne. Naprawdę.
    Czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział! Nie mogę doczekać się już Klubu Pojedynków. Pomoc Jamesa w transmutacji Lily była naprawdę urocza <3 Koniec o Peterze był naprawdę wzruszający, naprawdę widać, że Huncwotom zależy na sobie. Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział z niecierpliwoscią!

    OdpowiedzUsuń
  3. hej!
    przeczytałam wszystko od początku, więc napiszę taki komentarz zbiorczy xd czasem pojawiają się u ciebie błędy w interpunkcji (m.in. dialogowej) albo w zapisie jakichs drobnych rzeczy, ale z telefonu ciężko byłoby to wypisać, a i ja nie robię tego w komentarzach zwykle xd słuch absolutny w tym kontekście, w którym był opisany w tym rozdziale, byłby silniejszym zmysłem słuchu, a to błędne tłumaczenie - wiąże się on z muzyką i wysokością dźwięków.
    dalej, jeśli chodzi o postać profesora od OPCM - odnoszę wrażenie, że takie poturbowanie uczennicy na lekcji to niezbyt dobry pomysł, ale w sumie mogę to zrozumieć, bo jest młody, niedoswiadczony i może nieco zbyt narwany... dlatego nie będę się tego czepiać xd
    podoba mi się, że Evans nie jest ani histeryczką, ani postacią wyidealizowaną. jej problemy z transmutacja niby są niekanoniczne - była podobno z wszystkiego genialna, nie? - ale walić kanon, kiedy można zrobić to lepiej.
    lubię tu Jamesa, nie jest skretynialy xD wiesz na pewno co mam na myśli - zanik mózgu i "Evans, umówisz się ze mna?" powtarzane bezmyślnie w kółko, jakby miał wyjątkowo złośliwego touretta. Syriusza w sumie jeszcze mało, Remusa też, ale ich zarysy mi się podobają. na plus również to, że nie zignorowalas Petera, jak to bywa w większości opowiadań. brak Dorcas też super, bo jej nie znoszę, ale z tych typowych postaci jest jeszcze Ann i tak myślę... kto to w ogóle jest? bo nigdzie jej nie widziałam, a u mnie jest Ann, ale to moja OC, więc...
    no, dodaję, zanim mi się usunie komentarz, hej!

    i zapraszam do mnie:
    www.theasphodelus.blogspot.com (też nie ma Dorcas ani tej typowej Ann z opek ani "Evans umów się ze mną xD")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Największą zagadka fandomu: skąd wzięły się Dorcas i Ann jako najlepsze przyjaciółki Lily? Ta pierwsza, z tego co czytałam, była starsza od Huncwotów. A ta druga? Ona to już w ogóle pojawiła się znikąd.
      Grant faktycznie może nie ma najlepszych metod wychowawczych, ale po pierwsze: nie jest nauczycielem, tylko aurorem ;) po drugie: dwa słowa. Moody. Fretka :p
      Dziękuję za miłe słowa, na pewno zajrzę do Ciebie :) Brak odmóżdżonego Jamesa to niesamowita zachęta ;)

      Usuń
    2. tak, Dorcas była starsza, też o tym kiedyś czytałam. o Ann serio nie słyszałam, zwykle była Mary zamiast tego, ale to pewnie i tak bez znaczenia bo kreacja równie słaba. może nawet to były takie klony, tylko imiona wymienne xd
      niby crouch nim wtedy był, ale i tak argument trafił :D zresztą tak jak mówiłam, najpierw miałam zgrzyt, ale uznałam później to wszystko o czym już pisałam. no i przynajmniej był skuteczny w tym wszystkim, nie? zresztą, nie takie rzeczy dzialy się w hogwarcie.
      hahah, cieszę się :D swoją drogą: wydaje mi się, że gdzieś już cię u mnie kiedyś widziałam, z jakimś krótkim komentarzem pod jedną z notek. jeśli mam rację to może ci się przypomni i nawet nie bedziesz musiała od początku czytać :)

      Usuń
    3. Tak, wchodząc na bloga zorientowałam się, że zaczęłam go czytać! I byłam zachwycona, a potem przez brak czasu i ogólny chaos...jakoś zapomniałam. Z pewnością nadrobię! ;)

      Usuń
  4. Rozdział boski jak zwykle <3

    OdpowiedzUsuń