Jeszcze
jedno kółko! - krzyknął Grant, a Lily poczuła, że jej mięśnie
odmawiają współpracy. Nie takich zajęć się spodziewała i teraz
z trudem łapała oddech. - Szybciej! Jakby goniło was stado
Buchorożców już dawno byłoby po was!
Po
raz kolejny od rozpoczęcia roku szkolnego, cała szósta klasa
biegała okrążenia dookoła jeziora, ubrana w najwygodniejsze
ubrania jakie posiadali w szafach. Nie było to codzienne zajęcie
młodych czarodziejów, a tym bardziej nic co sprawiłoby im
przyjemność, jednak Grant wyglądał na upartego i zdecydowanego, a
żaden z uczniów nie chciał z nim zadzierać. Prawie żaden.
- Mam
ochotę go zamordować- westchnęła Cathy, truchtając po prawej
stronie Evans. - Szkoda, bo jest taki cudowny.
Jako
pierwsi, ustaloną trasę ukończyli Potter i Black, co nie było
wielkim zaskoczeniem dla nikogo z grupy. Grant posłał w ich stronę
zadowolone spojrzenie i powiedział coś, czego Lily
niestety nie dosłyszała. Ona i Pollard dobiegły parę minut
później, sapiąc i przeklinając się za brak ruchu oraz dobrze
zbilansowanej diety. Catherine padła na ziemię, a jej ciemne włosy
rozsypały się falami po trawie.
- To
dopiero początek- podszedł do nich profesor, po czym wyciągnął rękę,
by pomóc brunetce wstać. Ta jednak, ku zaskoczeniu wszystkich,
odrzuciła jego propozycję i z gracją podniosła się sama,
wyprostowana stając naprzeciwko mężczyzny. Z dumnie uniesionym
podbródkiem spojrzała mu w oczy.
- Jaki
jest sens tych ćwiczeń?
Wzrok
wszystkich uczniów spoczął na Catherine i profesorze, przez co
Ruda miała ochotę schować się pod ziemię i pociągnąć
przyjaciółkę za sobą. Brunetka zawsze pakowała się w kłopoty i
pyskowanie Grantowi prawdopodobnie też nie miało skończyć się
dobrze.
- Dopóki
nie umiecie walczyć, powinniście potrafić uciekać- mężczyzna
był nadzwyczaj spokojny, jak na kogoś kto mierzył się spojrzeniem
z podważającą jego kompetencje uczennicą.
- To
nie lepiej nauczyć nas walki?- zapytała z sarkazmem Cathy,
przelewając czarę. Lily poczuła jak blednie, Black za jej plecami
rzucił coś co brzmiało jak „przesrane”, a Peter tylko pokręcił
z niedowierzaniem głową. Przenieśli spojrzenia na profesora,
spodziewając się wybuchu lub szlabanu, jednak ten tylko uśmiechnął
się zabójczo, dezorientując nawet Pollard.
- Wszystko
w swoim czasie.
- Czyli
dopóki nie stwierdzisz, że jesteśmy gotowi – dziewczyna
buntowniczo skrzyżowała ręce na piersi. - Mamy uciekać przed
śmierciożercami i pozwolić strzelić sobie w plecy Avadą?
- Żeby
dobrze walczyć, musicie być sprawni fizycznie – westchnął
Grant, nie odrywając wzroku od swojej przeciwniczki. - Znajomość
zaklęć czy duża moc magiczna nic wam nie dadzą, jeśli nie
będziecie dobrze przygotowani do walki.
Cathy
nie wyglądała na przekonaną, a w oczach nauczyciela zabłysła
iskra. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a następnie zwrócił w
kierunku pozostałych uczniów.
- Czy
jeszcze ktoś nie ma ochoty na bieganie, pompki i podciągania? - nikt
nie miał, jednak nie byli na tyle głupi, żeby się odezwać. Lily
nerwowo skubała skórki przy paznokciach, co było bardzo
denerwującym nawykiem, ale też jedynym sposobem, dzięki któremu
radziła sobie ze stresem. - W porządku, jeśli chcecie możemy się
założyć...
- Niby
o co? - Cathy ponownie zwróciła na siebie uwagę profesora.
- Urządzimy
pojedynek. Jeden z was kontra ja. I bardzo się cieszę, że
zgłosiłaś się na ochotnika.
Brunetka
zastygła w bezruchu, wpatrując się w wyraźnie zadowolonego z
siebie mężczyznę. Tego się nie spodziewała. Spojrzała na grupę,
która posłała jej współczujące spojrzenia. Nikt nie wątpił w
jej zdolności magiczne, ale w starciu z Grantem, wizyta w Skrzydle
Szpitalnym wydawała się być najlepszym z możliwych zakończeń.
Mimo tego, była gryfonką. Nie mogła tak po prostu stchórzyć.
- Jak
wygram, będziecie dalej ćwiczyć i to bez żadnych narzekań.
- A
co jeśli ja wygram? - Cathy zuchwale zadarła brodę. Mimo, że
sięgała mu ledwo do ramienia, nie zamierzała pozwolić by patrzył
na nią z góry.
- Spokojnie,
to się nie stanie – puścił jej oczko i natychmiast odwrócił
się w stronę klasy, prosząc o zrobienie miejsca. Lily poczuła jak
Syriusz łapie ją za łokieć i odciąga daleko od prowizorycznej
areny pojedynkowej. Ustawili się niemal przy samym wejściu do
Zakazanego Lasu.
- Daję
jej pięć minut- szepnął Peter, podając Lupinowi sykla.
- No wiesz ty co! - skarcił go Black, sam również przekazując pieniądze
Remusowi. -Wytrzyma dwie.
Ruda
miała ochotę ich uderzyć, ale była tak zaaferowana tym, co działo
się na błoniach, że postanowiła zignorować ich brudne zakłady.
Grant oraz Cathy ustawili się naprzeciwko siebie, w odpowiedniej
odległości, oboje tak samo dumni i zawzięci. Jednocześnie unieśli
różdżki i po chwili dziewczyna skinęła głową, by pokazać, że
jest gotowa do pojedynku.
- To
nie skończy się dobrze – jęknęła Lily.
Pierwsza
zaatakowała dziewczyna, ale on sprawnie odbił jej zaklęcie, nawet
nie ruszając się z miejsca. Z początku tylko bronił się przed
urokami uczennicy, nie wykonując innych ruchów poza machaniem
dłonią. Wyglądał na rozluźnionego, a nawet rozbawionego, mimo że
Cathy robiła co w jej mocy, by choć trochę go uszkodzić. W końcu
profesor podciągnął rękawy swojej koszulki i zrobił krok do
przodu, rzucając pierwsze zaklęcie. Lily poczuła dumę, kiedy jej
przyjaciółka sprawnie odbiła atak. Mogła przegrać walkę, ale z
pewnością nie swoją godność.
- Nieźle
jej idzie - pochwalił brunetkę James, z zaskoczeniem obserwując jak
naprawdę daje sobie radę. A jednak chwilę później, Grant
postanowił przestać bawić się w kotka oraz myszkę i gwałtownie
przejść do ofensywy. Evans po raz pierwszy dostrzegła w nim
bohatera legend.
To
co robił, wyglądało jak spektakl teatralny. Poruszał się
sprawnie i płynnie, atakując nie tylko magią ale również swoim
ciałem. Podczas gdy Cathy broniła się przed jego zaklęciami, on
zbliżał się do niej, by chwilę później powalić ją na ziemię
mocnym, mugolskim ciosem. Czegoś takiego nikt się nie spodziewał,
łącznie z dziewczyną. Auror miał swój wyjątkowy styl: idealnie
łączył walkę wręcz z zaklęciami i wyglądało to tak
niesamowicie, że z ust Rudej wyrwało się westchnienie. Nie
wiedziała czy to magia była przedłużeniem jego ciosów, czy też
odwrotnie. Wiedziała jednak, że Cathy nie miała szans i wkrótce
pojedynek dobiegł końca, a dziewczyna leżała na ziemi, oddychając
ciężko.
- W
porządku. Poddaję się.
Grant
jej nie oszczędzał i teraz wyglądała naprawdę kiepsko z
rozwianymi włosami pełnymi liśćmi, w podartej koszulce i z
zakrwawioną twarzą. Jeśli chciał coś udowodnić to mu się
udało: nie warto było z nim zadzierać. Być może byli tylko
uczniami, ale raczej nie przewidywał dla nich żadnej taryfy
ulgowej.
- Wiem -
uśmiechnął się do dziewczyny i po raz drugi tego dnia wyciągnął
w jej stronę dłoń, którą tym razem postanowiła przyjąć.
Sprawnym ruchem postawił ją na nogi, a szóstoklasiści zaczęli
klaskać, już nie mogąc doczekać się by opowiedzieć o
wydarzeniu każdemu obecnemu w zamku.
- Przyznaję -
słowa z trudem przechodziły Cathy przez gardło. - Jesteś tak
dobry jak mówią.
- Ja
też przyznaję - mężczyzna uśmiechnął się złośliwie,
schylając tak, by móc spojrzeć jej prosto w oczy. - Nie jesteś
tak koszmarna, jak myślałem.
Pollard
z początku otworzyła usta z oburzeniem, ale chwilę potem zaczęła
się śmiać. Uczniowie odważyli się podejść bliżej, w tym
również Lily, która natychmiast podbiegła do brunetki i zaczęła
sprawdzać jej urazy.
- Powinnaś
pójść do Skrzydła Szpitalnego- mruknęła, niepokojąc się o
ranę na czole. Jej przyjaciółka machnęła lekceważąco ręką.
- Nic
mi nie jest. To tylko zadrapanie.
- Panna
Evans ma rację, powinnaś to opatrzyć – Grant poparł rudowłosą
i nie wyglądał na kogoś kto ma ochotę dyskutować na ten temat.
Cathy z kolei jak zwykle nie kontrolowała swoich słów i zachowań,
o czym Lily planowała z nią poważnie porozmawiać.
- Może
ty mnie zaprowadzisz? - uśmiechnęła się uroczo do nauczyciela,
który co prawda odpowiedział tym samym, ale zdecydowanie pokręcił
głową i odwrócił się do niej plecami.
-
Koniec zajęć na dzisiaj! - zawołał, powodując falę okrzyków i
braw. - Zasłużyliście na przerwę, ale jutro bierzemy się ostro
do roboty! - to już nie spotkało się z takim entuzjazmem, jednak i
tak widmo wolnej godziny sprawiło, że w oczach nastolatków
pojawiły się iskry. - Zaczynamy od pięciu okrążeń dookoła
jeziora, a potem pompki...A! I nasza buntowniczka? - Cathy uniosła
do góry jedną brew. - Ty robisz dziesięć.
- Umieram!
- Na
własne życzenie...
Cathy
posłała przyjaciółce nieprzychylne spojrzenie, ale Lily
całkowicie ją zignorowała. Przecież mówiła prawdę! Gdyby
brunetka trzymała język za zębami, nic by się nie stało, a jej
ograny wewnętrzne nadal byłyby w dobrym stanie.
- Kto
by się spodziewał, że ten dupek mnie tak po prostu uderzy! -
burknęła pod nosem ofiara profesora, wyciągając przed siebie
długie nogi. Obie dziewczyny siedziały w Pokoju Wspólnym,
wygrzewając się przed kominkiem, każda w swoim świecie. Podczas
gdy Pollard rozpamiętywała swoją dzisiejszą porażkę i zajadała
się czekoladowymi żabami, Lily starała się napisać esej na
transmutację, po raz piąty czytając ten sam akapit w podręczniku.
- Przez
twoje jęki nie mogę się skupić!
- Zrobiłoby
ci dobrze, jakbyś też trochę pojęczała- odpyskowała
złośliwie Cathy, tonem wyraźnie wskazującym na jednoznaczność wypowiedzi, co sprawiło, że na policzkach przyjaciółki
pojawił się rumieniec.
- Jęczę.
Nad tym cholernym esejem.
- Mieliśmy
zadany jakiś esej?
Zanim
Lily zdążyła bezczelnie wykpić przyjaciółkę, na fotel obok
opadł Syriusz, któremu jak zwykle towarzyszył Potter.
- Jak
tam nasza bohaterka dnia? - Łapa uśmiechnął się do brunetki,
która odpowiedziała mu środkowym palcem. - Ja tylko uprzejmie
pytam! Biorąc pod uwagę ten epicki łomot, który zgarnęłaś,
dziwię się, że w ogóle wyszłaś ze Skrzydła Szpitalnego!
Ostatnim
co widzieli, były oddalające się plecy Cathy.
- Chyba
była zmęczona - skwitował James, na co jego kumpel zachichotał
złośliwie. Rogacz nachylił się nad rudowłosą, zaciekawiony
zerkając jej przez ramię. - Jeszcze go nie napisałaś?
Oczywiście
wiedział, że Pani Ambitna weźmie więcej przedmiotów niż
potrzebowali i codziennie widywał ją nad książkami i pergaminami.
Wypracowanie z transmutacji zostało im zadane już na pierwszej
lekcji, a jutro upływał termin i był święcie przekonany, że
taka osoba jak Lily, z pewnością już dawno go napisała.
- Nie
twoja sprawa - burknęła, niechętna by przyznać się do własnego
błędu. To był pierwszy raz, kiedy zapomniała o zadaniu i nie
miała zamiaru się do tego przyznawać. W głębi duszy już
żałowała ilości przedmiotów, z którymi musiała zmierzyć się
w tym roku, ale przecież nie było nic złego w chęci kształcenia
się. Poza tym lubiła myśl, że po skończeniu szkoły będzie
miała więcej opcji do wyboru.
- Hej,
spokojnie. Tylko nie gryź - James uniósł ręce do góry w obronnym
geście i rozłożył się na kanapie. Dziewczyna natychmiast poczuła
wyrzuty sumienia. Dlaczego nie mogła być bardziej podobna do Cathy,
mówiąca co chce i komu chce, nigdy nie żałująca wypowiedzianych
słów?
- Przepraszam-
westchnęła. - Po prostu...Transmutacja jest taka skomplikowana!
- Mogę
cię pouczyć, jeśli chcesz - James posłał jej szeroki uśmiech, a
okulary odrobinę przekrzywiły mu się na prostym nosie. - Daję
sobie z tym radę i nie mam aż tyle przedmiotów do ogarnięcia co
ty.
Lily
zmrużyła oczy, wpatrując się w sylwetkę chłopaka, który starał
się wyglądać sympatycznie i niewinnie.
- Dlaczego
odnoszę wrażenie, że czegoś ode mnie chcesz?
- Jest
tylko jeden warunek - James przeczesał swoje włosy dłonią,
sprawiając, że wyglądały jak gniazdo dla ptaka. - Randka ze mną,
oczywiście.
Spodziewała
się tego, dlatego wybuchnęła śmiechem, a następnie wstała i
również zmierzwiła jego czarną czuprynę, robiąc w niej jeszcze
większy bałagan.
- Dobranoc,
James.
Posłała
buziaka Łapie i ruszyła w kierunku dormitorium, licząc, że
chociaż tam będzie miała trochę spokoju. Jednak tuż przy
schodach, ktoś mocno chwycił ją za nadgarstek, skutecznie
zatrzymując. Kiedy się odwróciła, jej spojrzenie spotkało się
z czekoladowymi tęczówkami Pottera.
- Weź
– powiedział, wciskając jej do ręki kilka stron zapisanego
pergaminu. - Może z moim esejem będzie ci łatwiej. A w weekend po
południu wytłumaczę ci o co chodzi z tym zaklęciem. Jasne?
Brzmiał
tak zdecydowanie, że dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, by się
nie zgodzić. Bezmyślnie pokiwała głową, i dopiero wtedy
zorientowała się co zrobiła.
- Ale
to nie jest randka! - zaprzeczyła szybko, na co chłopak jedynie
westchnął.
- Wiem,
Ruda. Po prostu chcę ci pomóc.
- Bez
żadnych warunków? - zmarszczyła brwi, a Rogacz przytaknął.
Poczuła jak na jej usta mimowolnie wpływa lekki uśmiech.
- Dziękuję.
Zielarstwo
nigdy nie było ulubionym przedmiotem Cathy, a zwłaszcza w takie dni
jak ten. Słońce mocno grzało, dość niezwykle jak na tą porę
roku, sprawiając że w szklarni zrobiło się duszno i
nieprzyjemnie. Dziewczyna tysiąc razy bardziej wolałaby teraz latać
na miotle lub obijać się na błoniach, niż nawozić czyrakobulwy,
potrzebne dla Skrzydła Szpitalnego. Obserwując jak Lily stara się
nie uszkodzić ich wspólnej rośliny, położyła się leniwie na
stole, kryjąc przed czujnym spojrzeniem profesor Sprout. Wkrótce
jej wzrok leniwie przesunął się po uczniach Hogwartu, w końcu
zatrzymując na jedynej osobie, z którą tak naprawdę chciała
porozmawiać.
Remus
Lupin wyglądał dość normalnie żartując sobie z Blackiem i
Peterem, ale ona znała go za dobrze, by w to uwierzyć. Musiał
poczuć na sobie jej spojrzenie, ponieważ podniósł głowę i
uśmiechnął się szeroko, machając z drugiej strony szklarni.
Odruchowo odpowiedziała, spoglądając z niepokojem na blizny na
ręce. Zadrapania z każdym razem były coraz gorsze.
Nigdy
nie potrafiła pojąć, dlaczego tak wspaniała osoba jak Remus
musiała zostać tak ukarana przez los. Każdą pełnię spędzała w
oknie, próbując dostrzec najmniejszy ruch w Zakazanym Lesie,
prosząc Merlina o szczęśliwy powrót całej czwórki do zamku.
Nienawidziła myśli, że coś może im się stać, podobnie jak
tego, że nic nie mogła dla nich zrobić.
Powoli
zaczęła przesuwać się w stronę gryfonów, starając się nie
wzbudzać podejrzeń nauczycielki.
- Kiedy
zamierzasz ze mną porozmawiać? - szepnęła do Remusa, gdy w końcu
udało jej się znaleźć blisko niego.
- Na
jaki temat? - chłopak postanowił zagrać głupiego, więc dziewczyna
szturchnęła go w ramię.
- Każdy!
Jak pełnia? Jak rany? Jak...- na chwilę przerwała, przygryzając
usta. - Jak w domu?
Lupin
westchnął przeciągle, wbijając wzrok w czyrakobulwę, która
prezentowała się naprawdę odrażająco. Skupił się na
prawidłowym zaaplikowaniu nawozu, byleby zyskać czas na odpowiedź.
Co miał jej powiedzieć? Że przemiany były coraz łatwiejsze, rany
nie piekły wściekłym bólem, a rodzice zachowywali się w
porządku? Nie. Mógł wciskać ten kit całej reszcie, ale Cathy
była jedyną osobą, której nie dałby rady okłamać. Uśmiechnął
się więc lekko i ścisnął ją za rękę.
- Nie
tutaj, okej?
Dziewczyna
zmarszczyła czoło, widocznie niezadowolona, ale przytaknęła.
Rozumiała, że takie poważne rozmowy przy dwudziestu innych
uczniach nie są dobrym pomysłem, jednak postanowiła być czujna.
- Jeśli
mi zwiejesz, Lupin...
- Choćbym
chciał, nie dam rady- czule zmierzwił jej ciemne włosy. -Wszędzie
mnie dopadniesz.
I
Merlin mu świadkiem, zupełnie mu to nie przeszkadzało.
To
była jedna z tych chwili, na które czekał całe życie. Po raz
ostatni spojrzał lustro, a jego wzrok mimowolnie skierował się do
odznaki na piersi, napawającej go niesamowitą dumą. Chciał tego,
marzył o tym, a teraz dopadły go wątpliwości, czy na pewno się
nadawał.
- Ruszaj
tyłek, Rogaś – w szatni pojawił się Syriusz, uśmiechnięty i
zrelaksowany, co było całkowitym przeciwieństwem uczuć jego
przyjaciela. - Czas wykopać paru frajerów.
James
skinął głową i w towarzystwie Łapy wyszedł na boisko. Jego
serce łomotało w piersi i szczerze mówiąc, miał wrażenie, że
wkrótce gdzieś odleci. Dokładnie na środku stała spora grupa
osób, z niecierpliwością czekająca na rozpoczęcie naboru.
Wszyscy ściskali swoje miotły i wyglądali na równie
zestresowanych jak Rogacz, co sprawiło, że poczuł się odrobinę
lepiej. Odchrząknął, zwracając na siebie uwagę zebranych i
zmusił się do uśmiechu.
- Cześć.
Jestem James Potter, kapitan drużyny. To ja przeprowadzę
dzisiejszą rekrutację.
Rozejrzał
się nerwowo po trybunach, na których zgromadziło się więcej
osób niż przypuszczał. Zazwyczaj uwielbiał być w centrum uwagi,
ale rola lidera zespołu była dla niego całkiem nowa. W Huncwotach
każdy z nich miał dokładnie tyle samo do powiedzenia, a tutaj
wszystko spoczywało na jego barkach. Oczywiście mógł się
poradzić pozostałych zawodników, jednak to do niego należała
ostateczna decyzja o przyjęciu nowych członków i ewentualna
chwała lub porażka pod koniec sezonu. - W porządku! Zaczniemy od
obrońcy.
Na
całe szczęście potrzebowali tylko trzech graczy, a nie całej
nowej drużyny. Pałkarze, Chris Barnes i Phil Bennet z czwartego
roku, stanęli za nim, wspierając go mentalnie, a ścigająca Mary
MacDonald już latała przy bramkach, chcąc przetestować
kandydatów. Wszyscy chętni na stanowisko wystąpili do przodu, a
następnie po kolei zajmowali miejsce przy obręczach. Mary była
jednak w swoim żywiole i skutecznie zwodziła niemal każdego z
nich. Nie zamierzała im odpuszczać, doskonale zdając sobie sprawę,
że nie mając dobrej defensywy mogą równie dobrze oddać Puchar
walkowerem. W końcu znalazł się jeden, który obronił cztery na
pięć rzutów dziewczyny i decyzja zapadła bez jakichkolwiek uwag
czy komentarzy, za co James był naprawdę wdzięczny losowi. Był
tylko jeden najlepszy i nikt nie miał prawa się do tego doczepić.
Szybko pogratulował Clintowi Welch z piątego roku i przeszedł do
wybierania ścigających.
Po
raz kolejny wystąpiła grupka osób, ale tylko jedna zwróciła na
siebie jego uwagę. Drobna blondynka, z uroczym uśmiechem, jako
jedyna ze wszystkich wyglądała na pewną siebie i zadowoloną.
Miała bystre spojrzenie, którego nie odwróciła nawet wtedy, kiedy
spotkali się wzrokiem i długie jasne włosy, trzepoczące na
wietrze. Mimo, że w quidditchu liczyła się lekka sylwetka, James
miał spore obawy czy tak delikatna osoba, jak stojąca przed nim
dziewczyna, może odnaleźć się w tym burtalnym sporcie. Poczuł że
Phil szturcha go w ramię i dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo się
wygłupił, tak po prostu wpatrując się w gryfonkę.
- Okej,
podobne zasady. Po kolei do góry i wbijacie punkty. Macie pięć
rzutów, więc lepiej się postarajcie.
Poprosił
Welcha by ponownie zajął miejsce przy obręczach i wraz ze
wszystkimi obecnymi oglądał porażkę kandydatów. Pierwszych
sześciu nie trafiło ani razu, następnemu udały się tylko trzy
rzuty, a kolejny spadł do dwóch.
- Katastrofa -
usłyszał głos obok siebie i zorientował się, że to blondynka, w
którą niedawno się wpatrywał. - Są beznadziejni. Nawet nie myśl
o tym, żeby ich przyjąć.
- Nie
miałem zamiaru.
- Dobrze -
dziewczyna skinęła głową, a następnie wyciągnęła w jego
stronę rękę. -Sophie Willis, czwarty rok.
- Chcesz
być ścigającą?
- Będę
ścigającą.
Miała
taką pewność siebie, jaką Rogacz codziennie oglądał w lustrze.
Jasnoniebieskie oczy lśniły ekscytacją, a drobne dłonie zaciskały
się na rączce miotły. Jednym ruchem zgarnęła długie włosy i
związała je w koński ogon. Posłała w jego stronę ostatni
uśmiech, wzbijając się do góry, kiedy przyszła jej kolej. James
złapał się na myśli, że chciałby mieć ją w drużynie.
Dawaj,
Sophie. Pokaż na co cię stać.
Na
całe szczęście jej przechwałki nie były tylko częścią
fantazji i dziewczyna naprawdę udowodniła wszystkim co potrafi.
Pomijając pięć czystych rzutów, popisała się paroma naprawdę
wyjątkowymi akrobacjami, zbierając gromkie brawa, gdy tylko z
powrotem postawiła nogi na ziemi. Za aplauz w dużym stopniu była
odpowiedzialna męska część widowni, która wpatrywała się w
dziewczynę jak urzeczona. W zeszłym roku żaden z nich
prawdopodobnie nie zwrócił na nią uwagi, ale teraz w czwartej
klasie zaczęła przemieniać się w dziewczynę, która może się
podobać. James mimowolnie pomyślał, że będzie miał dużo roboty
z wyganianiem jej adoratorów z treningów.
- Gratulacje -
uśmiechnął się, kiedy stanęła tuż przed nim. Była tak niska,
że nie sięgała mu nawet do ramion. Ile mogła mieć? Metr
pięćdziesiąt?
- Jestem
w drużynie?
- Jest
jeszcze paru kandydatów, więc musisz zaczekać.
Wspólnie
obejrzeli pozostałych uczniów, ale żaden nawet nie zbliżył się
do tego, co pokazała dziewczyna.
- Cóż,
chyba nie będzie to zaskoczenie dla nikogo...- westchnął,
wpatrując się w grupkę odrzuconych. - Gratulacje, Willis. Jesteś
naszą nową ścigającą.
Sophie
z szerokim uśmiechem na twarzy objęła go w pasie. Był pewien że
najchętniej rzuciłaby mu się na szyję, ale nie mogła jej
dosięgnąć.
- Dziękuję! -
pisnęła, odsuwając się w końcu na bezpieczną odległość.
- Pocałowałabym cię, tyle że po pierwsze: jesteś za wysoki, a po
drugie: nie chcę zgarnąć od Evans.
Miał
zamiar jakoś to skomentować, jednak blondynka już odwróciła się
do niego plecami i ściskała z Mary, która mówiła coś o
feminizacji drużyny i swojej radości z tego powodu. Przewrócił
oczami.
- Ostatnia
pozycja: szukający!
To
stanowisko było najważniejsze, zwłaszcza, że ślizgoni mogli
pochwalić się rewelacyjnym zawodnikiem. Nawet Syriusz, zazwyczaj
niechętnie chwalący własnego brata, przyznawał, że Regulus ma
talent i za każdym razem cieszył się jak dziecko z jego porażki.
James
szybko wyjaśnił zasady i wypuścił znicza. Szóstka kandydatów
wzleciała w powietrze, próbując dostrzec przebłysk złota na
terenie boiska. Przez dobre dziesięć minut po prostu kręcili się
w kółko, aż w końcu trzecioklasista, George Hayden, ruszył w
kierunku sektora Ravenclawu. Za nim natychmiast udali się
pozostali, jednak nie mieli szans. Chłopak był zwinny i szybki,
więc nie minęły dwie minuty a znicz trzepotał już w jego dłoni.
Nabór dobiegł końca.
Rogacz
szybko podziękował wszystkim kandydatom i przekazał nowej
drużynie informacje dotyczące treningów. Syriusz podszedł do
niego, klepiąc go po kumpelsku w ramię.
- Niezłe
nabytki - pochwalił przyjaciela, kiwając głową. - Ta mała jest
fajna...
- Nie
– James posłał Łapie karcące spojrzenie, ale ten tylko
uśmiechnął się niewinnie.
- O
co ci chodzi?
- Nie.
- Weź,
daj spokój...
- Ona
jest poza twoim radarem, jasne?
Potter
nadal pamiętał zeszły rok, kiedy przez romans Blacka i ich
ówczesnej obrończyni Cecilii Hill omal nie przegrali z
Hufflepuffem. Z Hufflepuffem!
- W porządku - westchnął przeciągle arystokrata, wpatrując się w
odchodzącą blondynkę. - A mogliśmy zostać naprawdę dobrymi
przyjaciółmi...
Z każdym kolejnym dniem profesor Grant zdobywał coraz więcej
fanów, oraz nieszczęśliwie zakochanych uczennic. Mimo, że jego
zajęcia były wymagające i niezwykle męczące, nie było ucznia,
który by ich nie lubił. Mężczyzna wyznawał jedynie praktykę, a
dla szesnastolatków okazja do wyżycia się na kimś lub na czymś,
stanowiła nie lada pokusę. Na jego zajęcia nawet Cathy
przychodziła punktualnie, co było sporym zaskoczeniem dla
wszystkich uczniów.
- Dobra robota, dzieciaki! - zawołał Grant, kiwając z powagą głową.
- Przećwiczcie to zaklęcie, tylko proszę, ostrożnie. Nie chcę,
żeby Pomfrey znowu narzekała na zakrwawionych drugoklasistów.
Peter zawstydzony spuścił głowę, a pozostali Huncwoci
zachichotali złośliwie. Ten wypadek zdarzył się tylko raz i to
nie była wina Pettigrew, że dzieciak kręcił się nie tam, gdzie
powinien.
Uczniowie ruszyli do drzwi, zabierając swoje torby spod ściany.
Ławki nie wróciły jeszcze na swoje miejsce i wcale się na to nie
zapowiadało. Potrzebowali miejsca, by w spokoju móc ćwiczyć
zaklęcia.
- Panie Potter – głos profesora zatrzymał Rogacza tuż przy
wejściu. - Może pan zostać na minutę?
- Co znowu zrobiłeś? - mruknął Remus, ale chłopak tylko wzruszył
ramionami. Ostatnio przecież starał się być grzeczny, bojąc się
w czymkolwiek podpaść Lily.
- Chciał pan porozmawiać? - podszedł do siedzącego za biurkiem
nauczyciela, kiedy wszyscy z jego rocznika opuścili salę.
- Dobrze ci idzie. Jesteś jednym z moich najlepszych uczniów.
Potter zaskoczony otworzył usta, spodziewając się dosłownie
wszystkiego oprócz pochwały.
- Dzię...Dziękuję?
- Chcesz zostać aurorem, prawda? - Grant odchylił się do tyłu,
mierząc go spojrzeniem.
- Byłoby super...W sensie, wiem, że trudno jest się dostać,
ale...- poprawił okulary, które zsunęły mu się z nosa.
- Nadawałbyś się. Jesteś podobny do matki - chłopak zamrugał
kilkakrotnie, po raz kolejny zostając zaskoczonym przez nauczyciela.
- Zna pan moją mamę?
- Pracowaliśmy razem przy jednej sprawie, na samym początku mojego
bycia aurorem – uśmiechnął się tajemniczo, widocznie
wspominając jakąś przygodę. - Twojego tatę też poznałem - dodał
po chwili. - Ma głowę do interesów.
Żadne z rodziców nie wspominało nigdy, że zna Adama Granta i
James poczuł się oszukany. Przecież wiedzieli jak go uwielbia i
podziwia, a żadne nie wspomniało o nim nawet słówkiem! Mama nigdy
nie lubiła mówić o pracy i skutecznie unikała przynoszenia jej do
domu, jednak tu chodziło o jego idola! Czekała ich poważna
rozmowa.
- Chciałem ci tylko dać dobrą radę – mruknął nauczyciel,
wyrywając chłopaka z zadumy. - Skup się na nauce, a zwłaszcza na
moich zajęciach. Takie osoby jak ty są teraz potrzebne bardziej niż
byśmy tego chcieli – wyglądał poważnie, a uśmiech już dawno
zszedł mu z twarzy.
- Tak jest.

Ej, ej, ej! A kto wygrał zakład? Peter czy Syriusz? Black - leniwy szpiczak - uwielbiam to określenie. Relacja Grant-Pollard jest też świetna i nie mogę się doczekać jak ją rozwiniesz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Zakład wygrał Peter :p Cathy wytrzymała pięć minut i pięćdziesiąt sekund (ale tylko dlatego, że Grant na początku się nie starał xd).
UsuńKolejny cudny rozdział!
OdpowiedzUsuńAdam jest boski, ale mam nadzieję, że Cathy się odkocha, bo
A) ma być z Lupinem <3
B) romans z profesorem to nie jest dobry pomysł xD
Bardzo mi się podoba, więc nie tracę czasu i przechodzę dalej ;)
Weny życzę!
~Arya