poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział 5: Wiadomości, quidditch i nocne wędrówki

   Lily zrozumiała, że stało się coś złego, gdy tylko przekroczyła próg Wielkiej Sali. 
   Pierwszym co zauważyła, była wyjątkowa cisza, która nigdy nie miała miejsca w czasie śniadania. Zazwyczaj o tej porze panował harmider: wszyscy wymieniali plotki, żartowali, śmiali się i narzekali na masę prac domowych, a jednak dzisiaj tylko nieliczni uczniowie szeptali o czymś w niewielkich grupkach, ściskając w dłoniach „Proroka Codziennego”. Czując ciężar na sercu, ruszyła w stronę stołu Gryffindoru, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się co wywołało taką reakcję wśród jej kolegów. Znajdując się kilka metrów od Huncwotów, dostrzegła kolejne szczegóły. Po pierwsze przy stole profesorskim swoje miejsce zajmowała jedynie Trelawney, widocznie rozkojarzona i marząca, by znaleźć się gdziekolwiek indziej. Nie było ani dyrektora, ani pozostałych profesorów i Lily mimowolnie zastanowiła się gdzie mogli się podziać. Drugą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy było zachowanie przyjaciół. Huncwoci wyglądali śmiertelnie poważnie, a było to zjawisko, którego nigdy nie spodziewała się zobaczyć na własne oczy.
   - Co się stało? - zapytała szeptem, bojąc się naruszyć tą ciężką atmosferę. Syriusz podał jej gazetę, ale nawet nie oderwał wzroku od jajecznicy znajdującej się na talerzu przed nim. Jego mięśnie były napięte, a czoło zmarszczone, zupełnie tak jakby się nad czymś usilnie zastanawiał. Ruda zaciekawiona sięgnęła po „Proroka”, obawiając się jednak co może w nim znaleźć. 
   Tytuł na pierwszej stronie przyciągał wzrok, a ręka dziewczyny natychmiast powędrowała do ust, jakby chcąc powstrzymać krzyk przerażenia.
   - Merlinie...- westchnęła, szybko otwierając artykuł na odpowiedniej stronie. 

57 OFIAR PO ATAKU NA MUGOLSKĄ WIOSKĘ. 
CZY WOJNA JUŻ SIĘ ZACZĘŁA?

   Pięćdziesiąt siedem ofiar. Trzydzieści zaginionych osób. Ponad setka rannych. Tak przedstawia się statystyka po wczorajszym ataku na mugolską wioskę Branwell, w hrabstwie Suffolk. Podczas gdy Ministerstwo milczy, wymawiając się zbieraniem dowodów, nikt z nas tak naprawdę nie ma wątpliwości, że za zamachem stoi grupa tzw. Śmierciożerców, którzy od dłuższego czasu wywołują strach i niepokój w całym kraju. 
Jak dowiedzieli się nasi wysłannicy, do ataku doszło w późno w nocy i był on całkiem niespodziewany.
Wiemy, że sprawcy to grupa zamaskowanych postaci z różdżkami – mówi Milicenta Bagnold, asystentka obecnego Ministra Magii, Harolda Minchuma. - Niestety, z racji trwającego śledztwa, to wszystko co mogę państwu powiedzieć.
Większość ofiar nadal pozostaje w szoku. Nie tylko ucierpieli na zdrowiu, ale również zobaczyli coś, co nie mieści się w ich pojmowaniu świata. 
Wpadli do mojego domu – opowiada Sarah Hall, jedna z poszkodowanych. - Mieli czarne peleryny i białe maski, a w rękach coś z czego wylatywały błyszczące promienie. W moją przyjaciółkę uderzył zielony...
Dalszej części historii kobieta nie była w stanie opowiedzieć. Wszyscy mugole są przerażeni, a Ministerstwo robi wszystko, by jakoś wytłumaczyć zbrodnię przed ich światem. To nie pierwszy taki incydent, jednak z pewnością ciągnący za sobą największą ilość ofiar. Czy jesteśmy bezpieczni? Do czego jeszcze posuną się Śmierciożercy i ten, którego nazywają Czarnym Panem? Czy wojna, której tak wszyscy się obawiają, już się rozpoczęła? 
O poprzednich atakach – str. 7

   Lily zamknęła gazetę i ostrożnie położyła ją na stole. Tyle ofiar! Prawdziwa klęska, masowa mogiła...
   - Czy ci ludzie nie mają sumienia? - pokręciła głową, jakby nie dopuszczając do siebie myśli, że ktoś może być tak okrutny. James natychmiast chwycił ją za rękę. Była zbyt delikatna, zbyt dobra by być świadkiem takiego bestialstwa. 
   - Nie zdziwiłbym się, gdyby mój ojciec był jednym z nich - burknął Syriusz, nadal nie spoglądając na przyjaciół, którzy teraz wymienili niespokojne spojrzenia. - I wtedy owszem, nie ma czegoś takiego jak uczucia. To kat.
   Zapadła pełna napięcia cisza. Łapa rzadko mówił o rodzicach, a kiedy to robił, oni nie wiedzieli jak zareagować. Wszyscy mieli szczęśliwe domy. Jasne, może Lily nie dogadywała się z Petunią zbyt dobrze, ale miała jeszcze kochaną mamę i opiekuńczego tatę, a gdyby jej siostra potrzebowała pomocy, to niezależnie od ich relacji, z pewnością zrobiłaby wszystko żeby jej pomóc. Sądziła, że teraz, kiedy Black mieszkał u Pottera, przestanie martwić się mianem „czarnej owcy” i swoim pochodzeniem, jednak była w tym myśleniu bardzo naiwna. Przecież to była jego rodzina! Mógł jej nienawidzić, mógł chcieć się od niej odciąć, mógł na nich krzyczeć i się buntować, ale łączyła ich krew, a tego nie można zlekceważyć ot tak. 
   - Będzie dobrze - westchnął Peter, grzebiąc łyżką w owsiance. - Musi być. Przecież oni nie wygrają, no nie?
Chociaż wszyscy chcieli, nikt nie był w stanie tego zagwarantować. 


   - Zapewne wszyscy czytaliście o tragedii do której doszło dzisiaj w nocy - Grant był jeszcze bardziej poważny niż zwykle, a w jego oczach kryło się coś takiego, że wszyscy uczniowie mimowolnie odwracali wzrok. - Dlatego też nie będę was okłamywał. Sytuacja jest coraz gorsza.
   Nikt nie wyglądał na zaskoczonego. Niepokój unosił się nad Anglią już od dawna i większość z obecnych na lekcji uczniów, doskonale zdawała sobie sprawę z rosnącej działalności Voldemorta poza murami zamku. Atak na mugoli był tylko bodźcem, który uzmysłowił im jak mało zahamowań posiadają jego poplecznicy. 
   - Nauczyciele uważają, że nie ma co wzbudzać paniki, ale to nie jest czas, żeby tworzyć wam bezpieczną, różową bańkę - skrzywił się, widocznie niezadowolony z opinii reszty ciała pedagogicznego. - Jesteście młodzi, jednak wybaczcie, nie będę was traktować jak dzieci. Jeśli ktoś nie zamierza walczyć, rozumiem to. Jednak dla tych, którzy chcą...po lekcji stworzę ostateczną listę zainteresowanych Klubem Pojedynków. A teraz otwórzcie podręcznik na stronie 394. 
   Wszyscy w milczeniu wykonali jego polecenie, a on rozpoczął lekcje, myślami widocznie błądząc gdzieś indziej. James nachylił się do Syriusza.
   - Myślisz, że Lestrange brał w tym udział?
   - Pilnowałem go wczoraj i nic nie widziałem - Łapa wzruszył ramionami. - Ale nie zdziwiłbym się, jakby teraz płakał w poduszkę, że ominęła go taka zabawa. Pieprzony świr. 
   Odkąd podsłuchali rozmowę grupy ślizgonów, codziennie na zmianę obserwowali ich na Mapie, kontrolując każdy krok. Gdyby któryś z potencjalnych śmierciożerców zniknął, z pewnością by to zauważyli. James zerknął kątem oka na Remusa, który aktualnie był odpowiedzialny za pilnowanie podejrzanych, więc uważnie wbijał wzrok w leżący na ławce pergamin. 
   Powinni komuś powiedzieć o tym co usłyszeli. Gdyby miał decydować sam, z pewnością już dawno znalazłby się u Dumbledora. Lunatyk wymógł jednak na nich racjonalne i chłodne myślenie, a przecież on zawsze miał rację. Jak na razie ślizgoni zachowywali się nienagannie: ani na chwilę nie znikali z mapy i odwiedzali tylko te miejsca, które były dobrze uzasadnione. A jednak James czuł, że to tylko cisza przed burzą. I gdyby chodziło tylko o niego, albo setkę innych uczniów Hogwartu, mógłby tak igrać z ogniem do końca szkoły. Ale chodziło też o Lily, która przez znajomość ze Snapem często znajdowała się na celowniku mieszkańców domu węża. Nie mógł ryzykować, że cokolwiek jej się stanie.
   Na samą tą myśl zacisnął dłonie w pięści i poczuł falę wściekłości. Chętnie rozwalił by Rudolfowi nos. Ale obiecał Remusowi opanowanie, więc mógł tylko siedzieć na swoim miejscu i udawać, że słucha rozkojarzonego Granta. Choć Merlin mu świadkiem, nie wiedział jak długo to wytrzyma. 


   - Spalisz sobie mózg.
   Lily nie musiała odwracać się, by wiedzieć kto postanowił jej przeszkodzić, ale i tak to zrobiła. Rogacz stał za kanapą, na której siedziała, uśmiechając się szeroko i prawdziwie, czego nie widziała od dobrych kilku dni. Jego włosy wyglądały jakby stado płomykówek urządziło sobie z nich gniazdo, a w dłoni trzymał swój największy skarb: miotłę. No tak, pomyślała, obserwując jak siada na fotelu obok. Jeżeli coś potrafiło wywołać falę szczęścia u Jamesa Pottera i odsunąć jego myśli od zbliżającej się wojny, z pewnością było to latanie.
   - Ja przynajmniej mam co spalić - pokazała mu język, a on zaśmiał się głośno. - Jak trening?
   - Jest dobrze - pokiwał głową. - W wakacje wymyśliłem parę, moim skromnym zdaniem, naprawdę rewelacyjnych zagrań i jeżeli będziemy się ich trzymać, przegrana raczej nam nie grozi. Pierwszy mecz gramy z Puchonami, więc jakoś się nie przejmuję. Stłuczemy ich na miazgę. 
   - O Wielki Kapitanie Najwspanialszej Drużyny Gryffindoru - rudowłosa przewróciła oczami, na co chłopak rzucił w nią poduszką. - A jak nowi? 
   Nie mogła nie zauważyć jak bardzo błyszczą oczy Jamesa, kiedy opowiada o quidditchu. Na jego policzkach momentalnie pojawiały się rumieńce, a uśmiech ani na sekundę nie schodził z twarzy. 
   - Nieźle! Całkiem nieźle! Clint Welch potrzebował tylko parę wskazówek i obronił nawet moje rzuty - zawołał z udawanym zaskoczeniem, a Lily parsknęła śmiechem. James żartował z samego siebie prawie tak często jak się przechwalał. - Hayden potrzebuje jeszcze trochę treningu, ale ze ślizgonami gramy jako ostatni, więc mam czas, żeby zrobić z niego pogromcę Regulusa Blacka. A Sophie! Ta to dopiero jest zdolna! Wiem, że jest dopiero w czwartej klasie, ale naprawdę zastanawiam się, czy nie oddać jej odznaki kapitana, kiedy skończę Hogwart! - zrobił taką minę, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co powiedział. - Z nikim tak dobrze nie zgrałem się w manewrze Porskowej! Zupełnie jakbyśmy czytali sobie w myślach! O wilku mowa!
   James zamachał do przechodzącej przez portret blondynki, przywołując ją do siebie, a przecież widzieli się raptem piętnaście minut temu. Willis uśmiechnęła się szeroko i ruszyła w ich stronę. 
   - Ahoj, kapitanie! - usiadła na podłokietniku jego fotela, zarzucając swoje jasne włosy na plecy. Zarówno na twarzy jak i na ubraniach miała ślady błota, jednak nawet to nie odbierało jej uroku. Ruda nie mogła nie zauważyć, jak swobodnie blondynka czuła się przy huncwocie.
   - Właśnie opowiadałem Evans, jaka jesteś zdolna - szturchnął ją ramieniem, a ona wyraźnie zadowolona posłała Lily oczko.
   - Nigdy nie uwierzę, że mogłeś pochwalić kogoś innego niż samego siebie!
   James oburzył się teatralnie. Wpatrywał się z zachwytem w młodszą koleżankę, nieskutecznie próbując to ukryć.
   - Nadal uważam, że musisz popracować nad „woollongongiem shimmy”, ale...
   - Za to moja „transylwanka” jest wręcz idealna! - zawołała, śmiejąc się dźwięcznie, nagle odwracając się w kierunku osłupiałej Lily. - Ostatnio niemal zrzuciłam go z miotły!
   - Udawałem! Nie chciałem, żeby ci było głupio!
   Evans wpatrywała się w siedzącą przed nią dwójkę gryfonów, nie do końca rozumiejąc czego jest świadkiem. Gdy wsłuchiwała się w ich rozmowę, poczuła się całkowicie zbędna, a przecież interesowała się quidditchem, znała te wszystkie pojęcia i statystki...Postanowiła wrócić do swojego dormitorium, jednak Rogacz zdążył ją wyprzedzić, gwałtownie podrywając się z miejsca.
   - Miałem ci pożyczyć tą pastę do miotły, nadal chcesz? - Sophie energicznie pokiwała głową. - Mam ją w dormitorium, chodź.
   Dziewczyna niemal podskoczyła w miejscu, a następnie ramię w ramię, rozmawiając jak najęci, ruszyli w stronę męskich sypialni. Ruda obserwowała ich dopóki nie zniknęli na schodach, nadal próbując zrozumieć co się właśnie stało.
   - Kto to był? - Cathy opadła na kanapę i przeciągnęła się leniwie. Gdy Lily nie odpowiedziała, szturchnęła ją lekko stopą, widocznie wyrywając ją z zamyślenia.
   - Blondynka? Och, to Sophie Willis - Evans machnęła ręką, zamykając trzymany na kolanach podręcznik i odwracając się w stronę przyjaciółki. - Nowa ścigająca. Przysięgam, że albo jest miłością życia Jamesa, albo jego dawno zaginioną siostrą bliźniaczką. 
   - W takim razie mamusia Potter będzie się musiała sporo tłumaczyć, bo wszyscy dobrze wiedzą, że to ty jesteś jego...
   - Cathy!- syknęła dziewczyna dając jej porządnego kuksańca.
   - No co?
   - Co się dzieje? - dołączył do nich Remus i Lily uśmiechnęła się szeroko, kiedy dostrzegła, widniejące na jego twarzy rumieńce. Ostatnio wyglądał coraz lepiej i nawet cienie pod oczami zaczęły się już zmniejszać. 
   - Znowu nie chce się przyznać, że ona i Rogacz są śmiertelnie zakochani - Pollard oskarżycielsko wskazała ją palcem. Lupin westchnął.
   - No i kogo ty próbujesz oszukać, Evans?
   - Mam was dość! - fuknęła obrażona, natychmiast wstając. W ekspresowym tempie zebrała wszystkie swoje rzeczy i z nosem wycelowanym w sufit, zniknęła w damskim dormitorium. Lunatyk i Cathy nadal chichotali.
   - To takie smutne - westchnęła w końcu brunetka, rozkładając się na całej kanapie, z głową na kolanach swojego przyjaciela. Remus mimowolnie zaczął gładzić dłonią jej ciemne loki. - Kiedy masz obok siebie idealną osobę i w ogóle tego nie zauważasz!
   Poczuł nieprzyjemny ścisk żołądka, mając ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Tyle słów cisnęło mu się na usta, jednak w końcu nie zdobył się na żadne z nich.
   - Tak bywa, Cathy - mruknął kompletnie nieszczęśliwy. - Zazwyczaj najtrudniej dostrzec nam to, co mamy na wyciągnięcie ręki.


   - To jest bardzo zły pomysł, Pollard. I mówię ci to ja.
   Dziewczyna przewróciła oczami, ostrożnie zerkając, czy po korytarzu nie błąka się ktoś nieodpowiedni. 
   - Nie bądź taką panienką, Black - rzuciła lekko, całkowicie ignorując jego mordercze spojrzenie. -Od kiedy to boisz się odrobiny zabawy?
   Chłopak westchnął i pociągnął ją za rękę. Szli powoli, ostrożnie stawiając stopy i nasłuchując miauczenia, które mogłoby ściągnąć woźnego oraz zniszczyć ich plany. Dla przeciętnego ucznia, Hogwart o tej godzinie mógł się wydać spełnieniem sennych koszmarów, ale oni byli profesjonalistami. Nikt nie był w stanie zliczyć nocy, spędzonych przez nich na wałęsaniu się po zamku. 
   - Zazwyczaj mam ze sobą Remusa, a on z kolei ma plan be, ce i de. Nie mówiąc już o mapie, czy pelerynie...
   - Dawniej jakoś radziliśmy sobie bez waszych magicznych zabawek! - szepnęła cicho, bo akurat przechodzili obok gabinetu profesor Lambert, nauczycielki mugoloznawstwa. - Czyżbyś się starzał, Łapciu?
   Z jego gardła wydostało się ciche warknięcie, a sam chłopak wyminął Cathy i ruszył przodem. Musiała zacząć truchtać, aby go dogonić. 
   Szczerze mówiąc nie planowała zabierać go ze sobą. Ba! Sama nie planowała gdziekolwiek chodzić! Ale wszyscy byli przerażeni atakiem na mugoli, a huncwoci jakoś nie spieszyli się do jakiegokolwiek żartu, więc postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Syriusz miał pecha, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Tak to jest, jak się za późno wraca z randek. 
   - Można uznać, że mnie porwałaś - stwierdził, kiedy w końcu znaleźli się pod wejściem do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. 
   - Punkt pierwszy: porwać jakiegoś naiwnego kretyna. Punkt drugi: wykorzystać go seksualnie...-zaśpiewała dźwięcznie, a on nawet w ciemności mógł dostrzec jej rozbawioną minę. - Na Merlina, przejrzałeś mnie!
   - Zawsze wiedziałem, że mnie pragniesz - wzruszył ramionami, postanawiając całkowicie zignorować ironiczny ton tej wypowiedzi. Cathy otworzyła swoją szkolną torbę i wyciągnęła z niej skomplikowaną aparaturę, na widok której Black miał ochotę złapać się za głowę.
   - Co to niby ma być?
   - To jest autorski wynalazek mojego niedocenianego przez wszystkich mózgu - uśmiechnęła się z dumą, próbując utrzymać wszystkie elementy w ramionach. Syriusz nie wyglądał na zachwyconego.
   - Nie dość, że chce mnie wykorzystać to jeszcze zabić...
   Ale mimo wszystko przejął od niej parę butelek z dziwną zawartością i wspólnie podeszli do gadającej kołatki. 
   - Dobry wieczór - zawołała brunetka, jednak strażnik wejścia chyba nie miał ochoty na rozmowę.
   - Kto mówi wszystkimi językami świata? - zapytał senny głos. Gryfoni wymienili znaczące spojrzenia, licząc, że to drugie zna odpowiedź. 
   - Dumbledore?
   - Błąd.
   - Minister magii?
   - Nie.
   - Merlin?
   - Nie poniżaj się, chłopcze...
   - Pollard! To coś mnie obraża!
   Cathy nie zwracała uwagi na wykłócającego się z kołatką przyjaciela, a tylko zamyślona wpatrywała się w posadzkę. Wszystkie zagadki krukonów były znane z podchwytliwych odpowiedzi i ta z pewnością nie była wyjątkiem. Syriusz wymyślał wszelkie możliwe postacie, ale ona wiedziała, że żadna z nich nie będzie dobrą odpowiedzią. 
   - Mam! - zawołała nagle, łapiąc zaskoczony wzrok Blacka, za który z pewnością powinna się obrazić. - Echo!
   Kołatka nie odpowiedziała, ale przejście otworzyło się, ukazując elegancko udekorowany Pokój Wspólny Ravenclawu.
   - Nieźle, Pollard. 
   - Cicho siedź, bo jeszcze nas ktoś usłyszy!
   Na palcach weszli do pomieszczenia, rozglądając się czy żaden krukon nie postanowił posiedzieć nad książkami do drugiej w nocy. Na całe szczęście nie musieli nikogo ogłuszać, więc spokojnie przystąpili do pracy. 
   - Do czego to tak właściwie służy? - zapytał, z uwagą obserwując jak dziewczyna łączy ze sobą kilka niepozornie wyglądających żyłek. 
   - Krukoni zawsze zachowują się jakby mieli miotłę w tyłku. Trzeba ich trochę rozweselić - kiedy tak uśmiechała się od ucha do ucha, budując swoją konstrukcję, wyglądała naprawdę przerażająco. -Przyczepimy to przy wejściu i każdy, kto przekroczy jego próg, zostanie spryskany jakimś eliksirem. Mam rozweselający, na porost włosów, wywołujący płacz i parę innych. Oczywiście, zakamuflujemy to odpowiednim zaklęciem, żeby nie wiedzieli co się dzieje. 
   Może nie był to szczyt geniuszu, a zwłaszcza nie coś co mogło zaimponować takiej legendzie jak Syriusz Black, jednak szczerze mówiąc miał ochotę zrobić cokolwiek. A tym zarozumiałym prymusom należało się odrobinę rozrywki. 
   - Niech ci będzie.
   Wszystko sprawnie przymocowali, starając się nikogo nie obudzić i zajęło im to dosłownie kilka minut. Wyraźnie zadowoleni z siebie wyszli z wieży Ravenclawu, na wejściu natychmiast natykając się na coś, co zgasiło uśmiechy na ich twarzach. Pani Furry, cholerna kotka cholernego woźnego, jak gdyby nigdy nic siedziała na korytarzu i patrzyła prosto na nich swoimi błyszczącymi zielonymi ślepiami. Gryfoni przez chwilę wpatrywali się w nią jak spetryfikowani, a wtedy ona zaczęła mruczeć, co natychmiast otrzeźwiło ich umysły. Nikt nie wiedział jak to się działo, ale Filch potrafił usłyszeć swoją pupilkę z drugiego końca Hogwartu i przybiec do niej w tempie błyskawicy. 
   - Jaki jest plan? - Cathy przerażona spojrzała na Syriusza, który rozglądał się na boki.
   - Ucieczka?
   - Całkiem dobry!
   Ruszyli przed siebie ciemnym korytarzem, zatrzymując się dopiero przy schodach.
   - Mówiłem żeby wziąć mapę!
   - Nie było czasu na szczegóły!
   Wyglądał jakby chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu zrezygnowany westchnął. Ona wpatrywała się w niego z ciekawością, licząc na jego zdecydowanie większe doświadczenie w podobnych sytuacjach. 
   - Rozdzielamy się. Ja biegnę w stronę lochów i odciągnę uwagę, a ty migiem wracaj do dormitorium. 
   Nie zamierzała się z nim sprzeczać, więc tylko skinęła głową. Wystartowali szybko, każdy w swoim ustalonym kierunku, nie oglądając się na drugiego. Cathy mimowolnie podziękowała sobie i Grantowi za te przebyte kilometry, bo choć teraz biegła tak szybko jak jeszcze nigdy w życiu, odczuwała jedynie lekką zadyszkę. Była już na ostatniej prostej, niemal hamowała przed portretem, kiedy wydarzyło się coś, czego dziewczyna z pewnością się nie spodziewała. Przejście za Grubą Damą otworzyło się i wyszła przez nie McGonagall widocznie zaskoczona obecnością swojej uczennicy po tej stronie drzwi. 
   - Panno Pollard! - zawołała z oburzeniem na widok osłupiałej dziewczyny. - Co ty robisz o tej godzinie na korytarzu?
   Cholera, westchnęła ciężko Cathy, próbując przybrać najbardziej niewinną minę, jaką miała w zanadrzu. No to miała przesrane. 



Z małym opóźnieniem, ale w święta byłam zajęta jedzeniem, a w sylwestra alkoholem.
Teraz idzie sesja, więc nastąpi kolejna przerwa, jednak natychmiast po ostatnim egzaminie wracam.
God natt!

2 komentarze:

  1. Halo, halo! Jak to przerwa?! Jak ja to przeżyję, powiedz mi, moja droga?

    No ale rozdział. Dobrze, że go rozweseliłaś trochę, bo początek naprawdę był depresyjny. Remus to taki kochany człowiek, najsłodszy z nich wszystkich. To takie przykre, że jest tak nieszczęśliwy. No i Black... "Nie poniżaj się, chłopcze..." - kołatka skradła mi serce tym tekstem :D Jily <3 mój ukochany ship. Oni są dla siebie stworzeni. Sophie jest słodziutka, ale to nie to. Rogaczowi by się zęby popsuły od tej słodyczy.
    Powodzenia podczas sesji i mam nadzieję, do niedługo! :*

    www.kolatka-w-ksztalcie-serca.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, mam nadzieję, że przynajmniej Syrka nie złapią xD

    OdpowiedzUsuń